Wysokie odszkodowania – ile mitu, ile prawdy?


Ostatnimi czasy media co jakiś czas dzielą się z nami sensacyjną informacją o horrendalnie wysokich odszkodowaniach/zadośćuczynieniach, jakie zasądzają sądy w sprawach, w których przywykliśmy raczej do skromniejszych wyroków. Za informacją idzie zwykle lawina komentarzy mniej lub bardziej błyskotliwych, a przy okazji również narasta góra lodowa nieporozumień.

Nie komentując obecnie żadnego z wydanych orzeczeń, chciałabym dziś na jedną tylko kwestię zwrócić Państwa uwagę. Jest to sprawa niestety trudna i nagminnie przysparzająca mnie osobiście sporo kłopotu. Zaś medialne informacje o wielomilionowych odszkodowaniach za „zwykły” tzw. uszczerbek, nie pomagają. Chodzi o wyjaśnienie klientom, dlaczego żądać możemy tyle akurat ile żądamy, a nie „milion pięćset sto dziewięćset”.
źródło: pl.wikipedia.org
Otóż gdy przytrafi nam się przykry wypadek, spowodowany czyimś niepożądanym działaniem (szkoda), mamy do tej osoby roszczenie o naprawienie szkody, ewentualnie również o tzw. zadośćuczynienie. Sprawę, o ile nie zostanie rozwiązana polubownie, kierujemy do sądu. Sęk w tym właśnie , że musimy ROZSĄDNIE stwierdzić ILE nam się tych pieniędzy należy. I to jest bardzo trudne. Jeśli za sprawą wypadku ujęło nam z życia kilka dni, tygodni, miesięcy czy nawet lat – to trudno przecież ten okres „wycenić”, prawda? Nasze życie jest bezcenne i przekładanie straconego czasu, a już w ogóle naszego bólu i cierpień na tysiące czy nawet setki tysięcy złotych, czy może nawet milionów, takie jakieś nieadekwatne się wydaje. A jednak dotychczas nikt nie wymyślił lepszego sposobu na wyrównanie szkód, niż zapłata kwoty „odpowiedniej”.

Szkopuł polega na tym, że to, co sądy zasądzają jako „odpowiednie”, dla każdego poszkodowanego, a w każdym razie dla znacznej większości, to zbyt mało. Zawsze zbyt mało. Podczas gdy zasady procesu cywilnego są nieubłagane. Żądaj tyle, ile ci zostanie zasądzone, w przeciwnym razie od „przegranej” części zapłacisz drugiej stronie koszty procesu. Na własne oczy widziałam orzeczenie, w którym pan za złamaną nogę domagał się o wiele za wiele. Sąd zasądził na jego rzecz  kwotę, którą następnie w ponad połowie pan musiał zwrócić stronie przeciwnej jako koszty procesu. I po raz kolejny, choć - mam nadzieję  - nienachalnie, namawiam do korzystania z pomocy profesjonalnego pełnomocnika. My wiemy, dzięki zebranemu doświadczeniu i badaniom, w jakich sytuacjach możemy żądać określonych kwot. I jedno z naszych najtrudniejszych zadań, to przekonanie klienta, że naprawdę w jego sprawie i interesie nie możemy żądać więcej. Choć zrozumiałe, że subiektywnie i złamana noga może być warta miliony, wiadomo, że sąd raczej zastosuje swoją miarę.

Zaś przywoływanie medialnych spraw – bo ten lub ów „dostał” kilka milionów, to dlaczego my o tyle nie wnosimy, nie pomoże. Idę o zakład, że skoro w większości przypadków poszkodowani w tych medialnych „milionowych” sprawach byli reprezentowani przez profesjonalistów, w każdej z nich musiał być szczególny powód do wystąpienia z tak wysokim roszczeniem. Przygotowany adwokat nie żądałby kwot nieadekwatnych, narażając klienta na zbyt wysokie koszty postepowania. Może więc najlepiej wybierać pełnomocników ze szczególną rozwagą, potem zaś już zdawać się na ich doświadczenie, dzięki temu nie narazimy się na stres i niepotrzebne wydatki. Z pewnością, gdy przyjdziemy do adwokata z wielomilionową sprawą, nie spuści on oczu i nie zrezygnuje z wygranej. Również i dlatego, że skromność w pracy, jak wiadomo, rzadko bywa naszą najmocniejszą stroną. J

Czy ugoda się opłaca (i komu)?


Świeżo upieczony adwokat, syn znanego mecenasa, otrzymuje od ojca pierwszą sprawę – wielopokoleniowy konflikt. Po rozprawie, uradowany i dumny przychodzi do ojca, informując, że udało się zawrzeć ugodę. – Ach, synu, coś ty najlepszego zrobił! – martwi się ojciec – Pradziadek prowadził tę sprawę, twój dziadek prowadził tę sprawę, ja prowadziłem tę sprawę tyle lat – a ty, z czego ty teraz będziesz żył?!

pl.wikipedia.org
 
 

Odnoszę wrażenie, że z mediacją, arbitrażem i zawieraniem ugód w Polsce nie jesteśmy zbyt oswojeni. Trochę to tak, jak z książkami, które podobno więcej osób pisze niż czyta, jeśli chodzi o sprawy związane z polubownym kończeniem sporów – więcej jest z tego szkoleń, dotacji, literatury, kursów i kursików – niż realnego, konstruktywnego działania i sukcesów.

Instytucja zawezwania do próby ugodowej przed sądem powszechnym używana jest często wyłącznie proceduralnie, służy przerwaniu biegu przedawnienia. Jeśli chodzi o kierowanie przez sąd spraw do mediacji (mediatorów), jest to kwestia wciąż rzadka i nie zawsze sprawdzająca się w praktyce – przykro to pisać, ale sprawa może rozbić się nawet o miejsce mediacji, czasem odległe i niewygodne dla stron, za to uparcie forsowane przez osobę mediatora (który z udostepnienia własnego lokalu czerpie zwykle niewielką dodatkową korzyść finansową). Moje doświadczenia z sądownictwem polubownym (arbitrażem) są znikome, choć być może i tak bogatsze niż większości adwokatów, bo w ogóle prowadzenie sprawy przed sądem arbitrażowym w Polsce, to egzotyka. Każdy spór przed sądem powszechnym rozpoczyna się pytaniem, czy strony widzą szanse na ugodę, jednak już często z góry wiemy, że wszyscy w sali traktują takie pytanie jako obowiązkową formalność. Jednym słowem system polubownego rozwiązywania sporów nadal raczej kuleje.

To nie wina instytucji, nie słabe szkolenia czy brak świadomości podsądnych wpływa na taką sytuację. Moim zdaniem – klienci instytucji wymiaru sprawiedliwości sami sobie nakładają garnitur konfliktu. Bo, proszę Państwa, każdy dobry kompromis taki jest, że żadna ze stron nie jest w 100% usatysfakcjonowana (inaczej nie byłby to kompromis). No i tu właśnie, jak myślę, tkwi problem: skoro już mamy być niezadowoleni, to żeby tak chociaż było do kogo mieć pretensje. Znakomitym rozwiązaniem jest więc powierzenie całej sprawy sędziemu, który, jeśli wyda wyrok niepomyślny, może zostać (choćby w duchu) odsądzony od czci i wiary, mamy winnego, mamy katharsis, choć częściowa satysfakcja jest. A przynajmniej tak się może wydawać.

Bo tak naprawdę znacznie lepiej będziemy czuć się po zawarciu ugody, bez tkwienia w konflikcie długotrwale (a postępowania sądowe niestety potrafią ciągnąć się latami), mogąc spokojnie zajmować się sprawami bardziej konstruktywnymi niż spór. Dlatego zawsze, kiedy przychodzi do nas klient z nową sprawą, proszę go o dokładne określenie, jaki jest czy ma być cel naszego postępowania. Rozsądek najczęściej podpowiada określone, bardzo konkretne cele. Mając je przed sobą, zawsze będziemy w stanie rozmawiać o ugodzie bez poczucia krzywdy. Przewidujemy, że możemy ustąpić ze swojej pozycji w określonym zakresie, w zamian za zyskany czas, szybsze pieniądze, czy po prostu dobry nastrój.

Odpowiadając na pytanie tytułowe: w zasadzie zawsze warto próbować zakończyć konflikt ugodą i wszystkim stronom powinno się to „opłacać”. Wszystko zależy od warunków, tego, z czego rezygnujemy i co w zamian uzyskamy. Z pewnością zawierając porozumienie, wykazujemy wiele odpowiedzialności i również dojrzałości społecznej, „biorąc sprawy w swoje ręce”. Zaś rolą pełnomocników powinno być wspieranie klientów w tych trudnych decyzjach – oraz współdzielenie odpowiedzialności za rezultat. Profesjonalny pełnomocnik powinien dążyć do takiej ugody, której warunki zapewnią bezpieczeństwo prawne i komfort mocodawcy. Zarabianie na wiecznym konflikcie dawno odeszło do lamusa.

 

Subiektywnie o kancelariach odszkodowawczych


W minionym tygodniu byłam na znakomicie przygotowanej i prowadzonej konferencji dotyczącej działalności kancelarii tzw. odszkodowawczych – konferencji organizowanej przez Pana Profesora dra hab. Eugeniusza Kowalewskiego - Kierownika Katedry Prawa Ubezpieczeniowego Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. Nieczęste a wielce przyjemne to doświadczenie, gdy wracamy z wydarzenia jednak naukowego, a dającego tyle praktycznych przemyśleń.

Ten blog nie jest miejscem na zdawanie relacji z wyników naukowych czy przedstawianie analiz prawnych dotyczących legalności czy zasadności funkcjonowania jakichkolwiek podmiotów. Ale temat kancelarii czy raczej firm odszkodowawczych jest moim zdaniem interesujący również na poziomie mniej eksperckim. Pozwolę sobie, zainspirowana tematem, wyrazić całkowicie subiektywne, osobiste i nienaukowe zdanie.

Ponieważ ja osobiście, proszę Państwa, nie do końca rozumiem, o co chodzi z tymi kancelariami. Coś się stało jakby znienacka, zasiało, wyrosło, zakwitło i bynajmniej nie więdnie, a otoczenie tylko patrzy, oczy przeciera i… nawet rzadko komentuje. A  komentarz społeczny jest moim zdaniem przydatny.

No to proszę bardzo. Firmy odszkodowawcze zaczęły powstawać ponad dekadę temu. Te pierwsze, dziś są potentatami zatrudniającymi rzesze mniej lub bardziej wykształconych specjalistów prawnych. Zasada działania jest prosta: firmy te reprezentują klientów w postępowaniu likwidacyjnym, prowadzonym przed towarzystwem ubezpieczeniowym. Gdy sprawa trafia do sądu, muszą zlecić jej prowadzenie wykwalifikowanemu prawnikowi (adwokatowi lub radcy prawnemu). Zasada zarobkowania też jest prosta: firmy odszkodowawcze pobierają swe wynagrodzenie od klienta dopiero po wyegzekwowaniu określonych kwot od ubezpieczyciela, raczej wyłącznie według stawek procentowych (procent od kwoty)

I tu zaczyna się taki mały problem. Natury etycznej. Bo jakoś tak jest, że łatwiej człowiekowi podzielić się czymś, czego jeszcze nie ma. Nawet jeśli jest to, na ten przykład, 50%  tego, czego nie ma jeszcze. Zwłaszcza też, gdy człowiek, na ten przykład, leży po wypadku połamany na łóżku szpitalnym, ledwo przytomny, długopis w ręku słabo się trzyma, ale podpisuje umowę. Bo ten drugi problem, to taki, że niektóre kancelarie pozyskują swych klientów właśnie w szpitalach, ledwo oko klient po wypadku otworzy, a tu rach-ciach – i mamy umowę!
wypadek drogowy, ódź 2007, za: http://pl.wikipedia.org/wiki/Wypadek_drogowy
 

Te powyższe kwestie są raczej powszechnie znane i nawet czasem w sferze publicznej poruszane. Jest jednak jeszcze jeden problem, powiedzmy że trzeci, który ja osobiście jako adwokat obserwuję. Że w powyżej opisanym układzie funkcjonowania i rozliczania wynagrodzenia, nie zawsze opłacać się może firmie odszkodowawczej występować przeciw ubezpieczycielowi do sądu. Opisując rzecz w skrócie: zgłoszenie szkody to wysiłek umiarkowany, wypełnia się wniosek, załączniki, przesyła dowody istnienia szkody (np. wypisy ze szpitala). Ubezpieczyciel analizuje sprawę i dochodzi do wniosku, że faktycznie wypadek miał miejsce, a wnioskodawca jest uprawniony do odszkodowania czy zadośćuczynienia, jednak wypłaca mu, powiedzmy, trzy czwarte tego, co powinno się mniej więcej należeć. Firma odszkodowawcza przyjmuje pieniądze, potrąca swój procent i resztę przelewa klientowi na rachunek. Warto postawić pytanie (pamiętając, że droga sądowa wiąże się dla takiej firmy odszkodowawczej z koniecznością poniesienia wydatków – musi zapłacić za reprezentację w sądzie adwokatowi (lub radcy prawnemu)) – czy aby na pewno kancelaria będzie miała zawsze chęć i wolę „bawić” się w długotrwały i trudny nieraz proces, kiedy tu już następni „bezsporni” klienci czekają?

Na pewno nie zawsze, skoro do mojej kancelarii trafiają klienci po „przygodzie” z firmą odszkodowawczą. Wówczas, gdy przyjmuję sprawę i potem biegam do sądu, walcząc dla klienta o ten „ogonek” (który może być kwotą kilkudziesięciu tysięcy złotych), po który nie sięgnęła kancelaria odszkodowawcza, mam świadomość, że najznaczniejsza część tortu została przez taka firmę spałaszowana ze smakiem. Niestety, ja też nie pracuję za darmo i wychodzi na to, że klient musi zapłacić więcej, niż płaciłby, gdyby jeden tylko podmiot prowadził sprawę od początku do (zadowalającego) końca. I tu przychodzimy do punktu, w którym chcę stwierdzić, że obecna formuła działalności takich firm odszkodowawczych jest moim zdaniem po prostu społecznie nieuczciwa i szkodliwa.

Bo, proszę Państwa, ja jestem za wolnością gospodarczą, serio. No może nie w wydaniu ekstremalnym, ale zawsze. Jednak przede wszystkim jestem za konsekwencją i zdrową konkurencją. Jeśli adwokaci mają skończyć studia, aplikację, zdawać egzaminy, by móc reprezentować klientów, następnie zaś o tych klientów nie mają prawa zabiegać (reklamować się), podczas gdy do prowadzenia kancelarii odszkodowawczej nie potrzeba legitymować się żadnymi absolutnie warunkami i mogą sobie w radiu trąbić, że są specjalistami od wysokich odszkodowań, następnie zaś te dwa typy podmiotów rywalizują o ten sam rynek klientów (znajdźcie adwokata, który wam powie, że nie poprowadzi sprawy odszkodowawczej ;-)) – to odczuwamy chyba jakąś delikatną dysharmonię.

Czy to będzie trochę prowokacyjne gdy powiem, że istnieją dwie drogi rozwiązania tego trzeciego problemu – i wówczas możemy mówić, że „niech rynek decyduje”? Ograniczenie możliwości reklamy i akwizycji firmom odszkodowawczym oraz nałożenie obowiązku posiadania kwalifikacji prawnych już na etapie postępowania likwidacyjnego (przed ubezpieczycielem) lub przeciwnie – wpuszczenie do sądów jako pełnomocników w sprawach cywilnych wszystkich, bez konieczności legitymowania się jakimikolwiek uprawnieniami (tak jak w postępowaniu administracyjnym, gdzie przed organem administracji publicznej pełnomocnikiem może być „każdy”). Mogę wyrazić tylko przypuszczenie, że nasze państwo, które lubi eksperymenty na prawnikach, byłoby gotowe wprowadzić to drugie rozwiązanie. A wówczas przynajmniej sprawy odszkodowawcze prowadzone byłyby częściej do końca. Pytanie, czy jest na to gotowy system sprawiedliwości, niech zawiśnie w powietrzu.

 

Nieruchomość na rynku wtórnym – nie taki diabeł straszny.


Nieruchomość na rynku wtórnym – nie taki diabeł straszny.


Poproszona o komentarz do potężnej dawki informacji praktycznych wprost od architekta z siostrzanego bloga – piszę dziś o tym, jak dobrze przygotować się do zakupu mieszkania na rynku wtórnym. Kupujemy mieszkanie używane, a więc powinniśmy dobrze zbadać, kto poprzednio nim władał i na jakich zasadach. W tym celu najlepiej – na chwilę – wcielić się w rolę detektywów. Będziemy badać dokumenty, a z nich powinniśmy dowiedzieć się, jaka była historia naszej nieruchomości.
  1. Księgi wieczyste
Przede wszystkim musimy znać numer księgi prowadzonej dla naszej przyszłej nieruchomości. Na stronie https://ekw.ms.gov.pl/eukw/pdcbdkw.html możemy następnie przejrzeć treść ksiąg. Zwracamy uwagę na kwestie następujące:
  • Kto jest wpisany jako właściciel nieruchomości (również, czy jest to osoba fizyczna czy osoba prawna/jednostka organizacyjna)
  • Czy nieruchomość jest przedmiotem współwłasności
  • Czy do księgi są wpisane jakiekolwiek roszczenia osób trzecich
  • Czy w księdze wieczystej znajduje się wzmianka, że wobec nieruchomości prowadzone jest postępowanie egzekucyjne
  • Czy do księgi wieczystej wpisane zostały jakiekolwiek hipoteki
  • Czy w księdze wieczystej znajduje się wzmianka o prawie pierwokupu
  • Czy poprzednim właścicielem był Skarb Państwa albo jednostka samorządu terytorialnego
  • Czy wcześniejszym przed Skarbem Państwa właścicielem zbywanej nieruchomości była osoba pozbawiona prawa własności tej nieruchomości przed dniem 5 grudnia 1990 r.
  • Czy w księdze wieczystej została wpisana wzmianka o wpisaniu zabytku nieruchomego do rejestru.
Jeśli chodzi o większość z tych kwestii, odpowiedź na nie na podstawie wpisów nie powinna nastręczać trudności, również negatywny wynik badania będzie jasny. Nieruchomość kupujemy od jej jedynego właściciela lub od wszystkich współwłaścicieli, bez ograniczeń i obciążeń. Co do informacji odnośnie do prawa pierwokupu i kwestii właścicielskich Skarbu Państwa – problem może powstać w przypadku (stosunkowo rzadko spotykanych) roszczeń reprywatyzacyjnych. W takim razie należałoby pogłębić badanie historyczne dotyczące nieruchomości.
Warto przyjrzeć się również podstawie nabycia nieruchomości przez zbywającego właściciela. Unikniemy w ten sposób dalszych niespodzianek. Uważajmy na przykład, czy podstawą nabycia nieruchomości nie jest umowa dożywocia. Jest to dość popularna forma zbywania mieszkań w kamienicach: najczęściej starsza osoba umawia się z kimś, że przenosi na niego własność nieruchomości (zwykle na osobę młodszą) w zamian za prawo dożywotnego dalszego zamieszkiwania w tej nieruchomości oraz dostarczanie (przez nabywcę) środków utrzymania. Umowa dożywocia zawierana jest przed notariuszem, jednak dopiero od 1991 r. podlega obowiązkowemu ujawnieniu w księgach wieczystych. Istnieje więc ryzyko, że kupimy mieszkanie w kamienicy z (dożywotnią) wkładką sprzed 1991 r., a tego chcielibyśmy chyba uniknąć. W przypadku stwierdzenia, że jednak nieruchomość nabyto na podstawie takiej umowy, sprawdźmy, czy dożywotnik żyje. Jeśli tak, raczej rezygnujemy z zakupu, chyba, że jesteśmy tak otwarci na nowe znajomości, a przyszłe nasze mieszkanie tak ogromne, że jeden obcy lokator więcej nie sprawi nam różnicy.
  1. Inne ewidencje i rejestry
Dobrze dowiedzieć się, czy na terenie, na którym znajduje się nieruchomość przyjęto miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego lub czy rozpoczęto postepowanie dotyczące uchwalenia takiego planu. Dalej, czy nieruchomość znajduje się w obszarze, wobec którego w miejscowym planie ustalono ochronę (zgodnie z ustawą o ochronie zabytków). Jest to istotne, ponieważ jeśli nieruchomość znajduje się w strefie ochrony konserwatorskiej – konserwator będzie miał nadzór nad wszelkimi pracami prowadzonymi w obrębie elewacji, dachu i innymi zewnętrznymi elementami budynku (również okna). W przypadku wpisu do rejestru zabytków, co powinno być ujawnione w księdze wieczystej, niezbędne będzie konsultowanie z konserwatorem każdej zmiany w tzw. substancji lokalu, co znacznie utrudnić może najmniejszy nawet remont. Z planu zagospodarowania przestrzennego możemy też dowiedzieć się, jakie jest przeznaczenie nieruchomości znajdujących się w pobliżu naszej nieruchomości.
W przypadku, gdy w obrębie nieruchomości prowadzone były jakieś prace remontowe, warto też przeanalizować legalność procesu budowy – pozwoleń na budowę i pozwoleń na użytkowanie.
Gdyby okazało się, że przedmiotem nabycia ma być również prawo użytkowania wieczystego, sprawdźmy, na jaki okres zostało ustanowione i kiedy okres ten upływa. Dowiedzmy się koniecznie, w jakiej wysokości została ustalona opłata roczna w związku z użytkowaniem wieczystym, czy nie została również ustalona opłata dodatkowa; czy wszystkie dotychczasowe opłaty zostały wniesione w terminie.
Kiedy już przeprowadzimy powyższe badanie i wyjdzie nam, że jesteśmy przekonani co do przedmiotu nabycia, przed zawarciem umowy sprzedaży poprośmy zbywców o przedstawienie aktualnego zaświadczenia z ZUS i Urzędu Skarbowego (nie starsze niż 3 dni), że zbywcy nie zalegają z zapłatą podatków ani opłacanych składkach (jeśli zbywca jest przedsiębiorcą). W przypadku, gdy nieruchomość nabywamy od osoby pozostającej w związku małżeńskim, warto również poznać treść ewentualnej umowy majątkowej małżeńskiej. Dzięki temu będziemy mieć pewność co do zakresu uprawnień majątkowych zbywcy.
Najlepiej, przystępując do zawarcia umowy, znajdźmy dobrego, „swojego” notariusza, do którego będziemy mieć zaufanie. Najpewniej to my, jako nabywcy, będziemy pokrywać koszty aktu notarialnego, więc nam przypada wybór kancelarii notarialnej. Nie bójmy się wcześniej umówić na spotkanie z notariuszem, poprosić go o przygotowanie umowy z wszelkimi zabezpieczeniami. Możemy poprosić również o przedstawienie nam projektu takiej umowy (np. przesłanie go drogą elektroniczną), a następnie nie bójmy się zadać pytania. W końcu to o naszą przyszłość chodzi, o miejsce, w którym spędzimy znaczną część życia – przygotujmy je dla siebie bez zbędnego stresu. 



Jak wygrać sprawę sądową?


Nie trzeba być wybitnym filozofem by stwierdzić, tylko trochę upraszczając temat, że wygranych jest zaledwie 50% spraw sądowych. To jasne, bo jedna strona „wygrywa” druga zaś „przegrywa”. Chodzi raczej o to, by znajdować się po tej bardziej zadowolonej stronie J.

Złotej recepty nie ma, to pewne. Jedną rzecz mogę jednak powiedzieć z przekonaniem. ZANIM rozpoczniemy sprawę, warto ocenić realne szanse powodzenia i przeprowadzić własny „rachunek zysków i strat”. A w spór wdawać się tylko z pewnością własnych racji.  Mając dobre przygotowanie – prawidłową analizę prawną naszej sytuacji – walczymy do końca. Dzięki temu właśnie przygotowaniu, unikniemy frustrujących dylematów na każdym z kolejnych etapów postępowania. Czy zaskarżać niepomyślne rozstrzygnięcie? Jeśli na etapie pozwu byliśmy dobrze przygotowani, odpowiedź jest oczywista. Wyższa instancja powinna podzielić nasze poglądy.

Takie mądre teorie nosiłam w sobie i przekonywałam do nich klientów. Aż tu, proszę Państwa, zdarzyło się, że sama stałam się uczestnikiem postępowania sądowego. Nie będę zanudzać tematem sporu, dość, że doszłam jakiś czas temu do wniosku, że ZUS potraktował mnie jako przedsiębiorcę stanowczo zbyt arogancko.  Oraz że nie miał racji.

Wobec takiej diagnozy – skierowałam sprawę do sądu. Nie traktowałam tego postępowania zbyt priorytetowo, nie była to też wielka sprawa. Niestety nadmiar obowiązków nie pozwolił mi być na posiedzeniu przed Sądem Okręgowym. Sąd wydał niepomyślny wyrok. Wszystko zostało wyczerpująco wyjaśnione, poparte licznymi przykładami wykazującymi prawidłowość postępowania ZUSu. Pomyślałam tylko, że jeśli nie napiszę apelacji, to będzie oznaczać, że ZMARNOWAŁAM sporo czasu, analizując sprawę po raz pierwszy, przed wniesieniem odwołania. Brak konsekwencji byłby też z pewnością niezgodny z moimi teoriami. Wróciłam do dawnej analizy i okazało się, że jednak w rozumowaniu sądu są luki. Pomimo braku entuzjazmu, napisałam apelację, a w minionym tygodniu odbyło się posiedzenie w sprawie apelacyjnej.
Toga adwokacka, źródło: www.rp.pl, Fotorzepa fot.
 

Pozwolę sobie napisać, że wizyta w sądzie bez togi, we własnej sprawie (na której mi przecież tak bardzo nie zależało), była dla mnie osobiście potwornie stresująca! Naprawdę zupełnie nie wiem dlaczego, nagle przed drzwiami sali poczułam się jak młódka przed strasznym jakimś egzaminem. Pewnie mądry psycholog wyjaśniłby, skąd ten stres, bo zwykle nie jest mnie tak łatwo przestraszyć. Kiedyś rozmawiałam z sędzią, która była świadkiem w sprawie sądowej i opowiadała, jakie to dla niej przeżycie było, a ja zastanawiałam się, o co kobiecie chodzi. Teraz już wiem. Jeśli czytają mnie koledzy z branży, uwierzcie kochani, jeśli przydarzy się taka konieczność w przyszłości, idę z pełnomocnikiem J.

Ale wracając do sprawy. Po tak długim czasie, mimo niepomyślnych wcześniejszych stanowisk, zupełnie zresztą rzeczowo uzasadnianych, ostatecznie Sąd przyznał rację mojej pierwszej diagnozie. Tej przemyślanej, przygotowanej już dawno tezie, która stanowiła wynik analizy prawnej. I w znacznej mierze o to właśnie chodzi: by nie brnąć w nieprzemyślane postępowania, ale jeśli już sprawę skierowaliśmy do sądu, mając uzasadnione przekonanie o swych racjach, konsekwentnie walczmy do końca. Zwiększymy swe szanse na te lepsze 50%.

O dzieciach, psach i psychologicznej kozetce


Kilka dni temu natknęłam się na Facebooku na filmik, zyskujący całą masę lajków i pozytywnych komentarzy. Na filmie możemy zobaczyć małego chłopca, tak na oko dwulatka, który znajduje się w towarzystwie innych bawiących się dzieci (w żłobku?) i słania się na nogach próbując zasnąć, jednak nie potrafi wpaść na pomysł, by się po prostu położyć. W pierwszych sekundach ta walka ze snem jest przekomiczna (maluch zasypia na stojąco), minki, które robi i jego reakcje na otoczenie są zabawne, jednak filmik trwa minutę i trzydzieści siedem sekund, halo halo, ktoś to cały czas nagrywał, a to biedactwo cały czas cierpiało, próbując zasnąć, nie umiejąc sobie poradzić.

Pomyślałam, że to moje skrzywienie zawodowe, że ja bym, holender, pozwała te wszystkie przedszkolanki, dyrektorkę, a może i Ministra Edukacji, jakby to moje dziecko było. Ale, myślę sobie, może jakaś przeczulona jestem, ciekawe, co na to moi znajomi. I zamieściłam ten filmik na FB. I co? I okazuje się, że moi znajomi są chyba jacyś inni niż ci inni, bo nie ma lajków, tylko oburzenie. No i pytanie, jak takim sytuacjom zapobiegać?

Przypomina mi się taka historia, trochę cięższego kalibru, która była dla mnie osobistym przełomem w sposobie myślenia. W podejściu do tego, jak pomóc najlepiej, skutecznie, jak być może nawet pomóc zapobiec w przyszłości sytuacjom na ogół niegroźnym, niezbyt społecznie piętnowanym, a jednak trudnym, niszczącym, na które nie powinniśmy się godzić.

Zadzwonił do mnie serdeczny przyjaciel. Taki, co to długo się nie widzicie, ale i tak wiesz, że nawet na końcu świata możesz na nim polegać, taki, jakich tylko kilku w całym życiu miewasz. No i z prośbą dzwoni, nigdy dotychczas właściwie nie prosił mnie o nic. A tu taka historia, potworna zupełnie. Jest wstrząśnięty. Słucham uważnie i trochę ze mnie powietrze schodzi. Przyjaciołom kolegi z psiego forum (tak, z psiego forum) jakiś facet, pseudomyśliwy, umyślnie zastrzelił psa. A teraz prokuratura prowadzi postepowanie w tej sprawie i wszystko wskazuje na to, że prokurator sprawę umorzy. Tak nie może się stać, bo przecież to morderstwo było! A ja jestem adwokatem, więc na pewno coś mogę poradzić, o co on mnie bardzo gorąco prosi. Wszystkie informacje i dane kontaktowe, włącznie ze zdjęciami psich zwłok mam na skrzynce mailowej. Cała sprawa toczy się na drugim końcu Polski. Wykrztusiłam, że zrobię, co tylko w mojej mocy. Mam zalogować się na forum i pomóc zrozpaczonym ludziom.

Tylko co ja mogę zrobić? Że prokurator umorzy sprawę, nie mam złudzeń. Jazda na drugi koniec kraju tylko po to, żeby usłyszeć osobiście od prokuratora, co może zrobić w takiej sprawie (niewiele), z lekka mija się z celem. Ale obiecałam, że pomogę, to pomóc muszę. Poza tym coś we mnie w środku też się buntuje, takie bestialstwo nie powinno pozostawać bezkarne. Loguję się na forum, odnajduję wątek, czytam komentarze. Okoliczności rzeczywiście dramatyczne. To była bardzo rzadka rasa jakiegoś gigantycznego psa, który – łagodny jak cielak, chodził bez smyczy w okolicy swego domu (na wsi) i po lesie, samą obecnością płosząc okoliczną zwierzynę. Nie podobało się to jednemu z mieszkańców, który do lasu chodził polować. Najpierw więc myśliwy ogłosił, że psa zlikwiduje, a potem po prostu strzelił. Zwierzę w agonii zdążyło wrócić do domu, gdzie w progu, w kałuży krwi, padło martwe na oczach dzieci. Tyle historii. Wszystko wskazuje na to, że pseudomyśliwy może dostanie niewielką grzywnę, a może postępowanie w ogóle umorzą. Nawet nie kryje się, że cała sprawa z jego punktu widzenia warta (dosłownie) funta kłaków. Koledzy z koła łowieckiego podobno popierają go bardzo, wystawiali zaświadczenia i potwierdzają, że sprawa jest błaha i przypadkowa.

Coś mnie jednak tknęło. Rzadka rasa? Że tak powiem, jak rzadka? Bardzo. Drogi taki pies? No drogi, drogi, ale my nie o pieniądzach, bo najlepszy przyjaciel życie stracił. Dobrze, mówię, wy – nie o pieniądzach. Ale jakby temu kolesiowi, co strzelał, płacić przyszło, to może by pożałował?

Alma, archiwum własne
 

Okazało się, że śmierć wspaniałego przyjaciela rodziny spowodowała łączne realne  straty finansowe na poziomie ponad dwudziestu tysięcy złotych. Pies był reproduktorem i zarabiał na siebie. Zakup nowego i odchowanie go do stanu dojrzałości, a także inne wydatki poniesione przez rodzinę, jak się okazało, były niemałe. Dzieci można wysłać na terapię psychologiczną po przebytej traumie. Wszystko na koszt pana z dubeltówką, czy co on tam miał. Z pewnością mina mu zrzedła, gdy otrzymał wezwanie do zapłaty. Może powiedział i swoim kolegom, że strzelać do cudzych psów jednak się nie opłaca?

Wracając do filmiku z dzieckiem, oczywiście trudno od razu pozywać przedszkole o koszty terapii psychologicznej naszych pociech, po jednej nieudanej sytuacji wychowawczej. Jednak sama świadomość pań przedszkolanek, a już na pewno dyrekcji, że możemy, czy jesteśmy gotowi samodzielnie walczyć o swoje prawa, może wiele zmienić. Gdy widzimy pierwsze symptomy niepożądanych zachowań, można o takiej odpowiedzialności napomknąć.  Wizją odszkodowania zmieniamy  świadomość – własną i otoczenia. Uczymy się, że jak się źle, głupio krzywdzi innych, to może będzie trzeba kiedyś za to zapłacić. Dosłownie.

Co mnie czeka w sądzie?


Kiedy przychodzi do nas wezwanie do sądu, sprawa od razu wygląda poważnie. Jesteśmy oficjalnie wzywani do stawienia się w określonym dniu i terminie (łącznie z godziną) pod wskazanym adresem, do sali określonej w wezwaniu. Zwracam uwagę, że w sądzie mamy STAWIĆ się, nie zaś WSTAWIĆ się, co ewentualnie możemy uczynić dopiero po rozprawie, zapewne w zależności od jej przebiegu :).

Kto czytał w dzieciństwie książkę Ludwika Jerzego Kerna „Ferdynand Wspaniały”, ten wie, że z sądem rozmowa nie zawsze przebiega łatwo. Do dziś tkwi w mojej pamięci opis całkiem absurdalnej sytuacji, kiedy Ferdynand (pies) trafia do sali rozpraw i jako podsądny ma odpowiadać na pytania. Psia logika nie pozwala mu zrozumieć, dlaczego miałby się zwracać do siedzących naprzeciw ludzi per Wysoki Sądzie. Ostatecznie przekonany, że co zasada to zasada, pies nazywa każdego z członków składu sądowego, wedle ich osobistego wzrostu: „wysoki”, „średni” bądź „niski sądzie”. Niezmiernie irytuje to sędziów, którzy nieustannie biedaka strofują i pouczają, ten zaś czuje się coraz mniej i mniej komfortowo.

Na szczęście w rzeczywistości sędziowie powinni być (i są) raczej wyrozumiali i starają się pomóc osobie zabierającej głos. Jednak swobodniej czujemy się, gdy dokładnie wiemy, co nas czeka. Przed sądem możemy występować w wielu rolach i każdej z nich przypisany jest inny zakres uprawnień i obowiązków. Dziś piszę jedynie o najbardziej uniwersalnych zasadach, które powinny znaleźć zastosowanie niezależnie od tego, czy jesteśmy świadkiem, czy oskarżonym, czy też może powodem lub wnioskodawcą w sprawie cywilnej.

Po pierwsze obecność.

Kiedy odbieramy wezwanie, upewnijmy się, czy wizyta w sądzie jest naszym obowiązkiem. W piśmie (pod treścią wezwania lub najczęściej w prawym górnym rogu) znajdziemy informację np. „stawiennictwo osobiste obowiązkowe”. W takim wypadku jedynie usprawiedliwienie od lekarza sądowego (listy lekarzy są dostępne w Internecie oraz w sekretariatach sadów) może nas uwolnić od tego obowiązku. Brak takiego usprawiedliwienia w przypadku nieobecności może skutkować nałożeniem na nas grzywny, a nawet przymusowym doprowadzeniem na termin kolejnej rozprawy (przez policję). Lepiej więc korespondencję kierowaną do nas przez sąd odbierać (o skutkach nieodbierania korespondencji napiszę innym razem), a do sądu (na wezwanie) przychodzić.

Przychodzimy punktualnie; nie ma tu miejsca na kilkuminutowe nawet spóźnienie, ponieważ może ono być potraktowane jako nieobecność, przy czym niestety ta zasada nie zawsze działa z wzajemnością – może się okazać, że będziemy czekać pod salą rozpraw z powodu opóźnień. Sądy coraz sprawniej organizują czas rozpraw (wzywając świadków na następujące po sobie godziny), jednak nie zawsze są w stanie wszystko przewidzieć. Zdarzać się mogą opóźnienia, porównywalne nawet z rozkładem jazdy PKP…

Po drugie, jak się ubrać.

Mam nadzieję, że nie narażę się na atak dwóch skrajnych skrzydeł obyczajowo-filozoficzno-religijnych, pisząc tu, że ubrać, to się proszę Państwa należy tak mniej więcej, jakbyśmy wybierali się do kościoła na porządną niedzielną sumę. Schludnie, w zakrytym obuwiu, panie z zasłoniętymi ramionami i dekoltem, spódnica raczej dłuższa niż krótsza, panowie koszule, długie spodnie.

Nie - same podkoszulki, nie - bermudy, nie - miniówki, nie - klapki, a jeśli sandały – to nie - skarpety (choć ta ostatnia uwaga raczej natury ogólnej, nie sądowej (;-)). Powyższe wyliczenie jest nieprzypadkowe, spotkałam się z takimi właśnie "letnimi" zestawami, które nie umknęły  zresztą cierpkich uwag sądu.

Pamiętajmy, że pozostałe osoby w sali (sędziowie, pełnomocnicy, prokuratorzy) występują w togach, ciemnych, ciężkich, w których jest gorąco i które – mogę zapewnić – nie są strojem zbyt komfortowym, jednak gwarantującym zachowanie i uszanowanie powagi sądu.  Każdy winien więc po prostu ubrać się stosownie do okoliczności.

Po trzecie, gdzie stanąć/usiąść.

Do sądu wchodzimy po wywołaniu sprawy. W końcu sali zobaczymy skład sądu – czasem jest to jedna osoba, czasem nawet kilkunastu sędziów. Obok składu sędziowskiego (bywa, że z przodu) siedzi protokolant, czyli pracownik sekretariatu, który notuje przebieg rozprawy. Coraz więcej spraw jest obecnie nagrywana, jednak rola protokolanta pozostała – nadal odnotowuje się najważniejsze czynności na rozprawie w formie pisanej.

Miejsca pozostałych uczestników postępowania są również ustalone. Warto wiedzieć – wybaczcie ponowne sakralne porównanie – że nieprzypadkowo układ ten przypomina biblijny obraz Sądu Ostatecznego. Sprawiedliwi (prokurator, oskarżyciel posiłkowy, powód cywilny – a więc osoby, które poszukując sprawiedliwości, spowodowały, że sprawa trafiła na wokandę) siedzą „po prawicy” składu sądowego, zaś oskarżony czy pozwany – po lewej stronie. Cóż, czasem wymowa tego układu nie wydaje się sprawiedliwa, jednak takie prawa tradycji.

Jeśli przyszliśmy na rozprawę z ciekawości – a zasada jest taka, że każdy ma prawo udziału w rozprawie, pod warunkiem, że jest osobą pełnoletnią i że sąd z jakichś względów nie wyłączył jawności postępowania – siadamy w miejscu przeznaczonym dla publiczności (w ławkach, jak na amerykańskim filmie).
źródło: http://dabrowag.sr.gov.pl/, Zeman Grzegorz 2006

Po czwarte, co i jak powiedzieć.

Niezależnie od tego, w jakim charakterze będziemy przesłuchiwani, sąd spisze podstawowe informacje na nasz temat. Koniecznie pamiętajmy, aby mieć przy sobie ważny dowód tożsamości, który zostanie sądowi okazany. Poprosi się nas, abyśmy stanęli przy specjalnej barierce, naprzeciw składu. Będziemy zapytani o nasze podstawowe dane: imię, nazwisko, miejsce zamieszkania (sama miejscowość), zawód wykonywany, wiek oraz czy byliśmy karani za składanie fałszywych zeznań. Następnie być może zostanie od nas odebrane przyrzeczenie – w takim wypadku sąd poprosi, aby wszyscy obecni w sali powstali, zaś osoba przesłuchiwana obowiązana jest powtarzać za sędzią słowa przyrzeczenia, świadek w sprawie cywilnej mówi np.: „Świadomy znaczenia mych słów i odpowiedzialności przed prawem przyrzekam uroczyście, że będę mówił szczerą prawdę, niczego nie ukrywając z tego, co mi jest wiadome”.

 I dopiero teraz zostaje nam udzielony głos. W pierwszym momencie może być nieco krępujące, że pierwsze pytanie, które zadaje sąd, zabrzmi zapewne: co jest panu/pani wiadome w sprawie, do której został pan/pani wezwany? Jest możliwe, że dłuższą chwilę nikt nam nie będzie zadawał pytań, oczekując, że w pewnym zakresie wypowiedź nasza będzie spontaniczna. Może się zdarzyć, że nie mamy zielonego pojęcia, z jakiego powodu jesteśmy wezwani, w takim wypadku trzeba to od razu powiedzieć, sąd przejdzie do swoich pytań. Zgodnie z pouczeniem, mówimy prawdę, w przeciwnym wypadku narażamy się na odpowiedzialność karną. Pytania będzie nam jeszcze zadawał sam sąd, a także (być może) strony i ich pełnomocnicy. Pamiętajmy, że niezależnie od tego, kto zadał pytanie – odpowiadamy zawsze zwróceni prosto do sądu i tak, jakby była to odpowiedź na pytanie sądu - nie odpowiadamy pełnomocnikom, nie zwracamy się do nich per proszę pana ani po imieniu, cały czas mówimy wyłącznie do sądu, bo to sąd nas przesłuchuje.

Choć czasem trudno zatrzymać emocje, zasada zwracania się wyłącznie do sądu może być wielce pomocna. Bywa, że konflikt pomiędzy uczestnikami postępowania jest tak silny, że nie potrafią mówić  do siebie inaczej, niż w sposób uwłaczający trochę obyczajności. Pamięć o tym, że to do sądu a nie do siebie mówimy (i nie do pełnomocników, którym też potrafi się „oberwać”), trzyma wszystkie emocje na wodzy i nieraz pomaga dobrnąć do cywilizowanego zakończenia sprawy.  

Kiedy odpowiadamy na jakiekolwiek pytanie sądu – zawsze robimy to na stojąco (nie trzymając rąk w kieszeniach :)). Co oczywiste, w sali rozpraw nie żujemy gumy, nie jemy, nie pijemy.  I tak, zwracamy się „Wysoki Sądzie”, ewentualnie „Proszę Wysokiego Sądu” lub „Proszę Sądu”. Bo nie ma sądu Średniego, ani Niskiego, wbrew przekonaniom Ferdynanda Wspaniałego, tylko Sąd Wysoki (i Najwyższy).

http://blogroku.pl/2014/kategorie/co-mnie-czeka-w-sa-dzie-,c51,tekst.html



Jestem w ciąży - gdzie moja położna?



Coraz częściej mówimy i myślimy o świadomości pacjentów, o możliwości żądania przez nich odszkodowań od podmiotów medycznych, kiedy „coś pójdzie nie tak”. To bardzo dobrze, że świadomość prawna i w tym obszarze wzrasta. Dobrze, że uczymy się, że jeśli ktoś popełnił błąd, może za to ponieść odpowiedzialność. Dobrze, że szukamy rozwiązań pomagających nam przynajmniej częściowo zrekompensować straty, jakie ponosimy w związku z leczeniem, po komplikacjach i perypetiach zdrowotnych. Jednak mogę z pewnością stwierdzić, że klienci szukający odszkodowania, sto razy woleliby nigdy nie mieć powodu, aby przestąpić próg mojej kancelarii. Woleliby po prostu, aby nigdy nie doszło do „zdarzenia medycznego” (tak eufemistycznie ustawa nazywa sytuację, kiedy niefachowe działanie lekarzy wywoła u nas rozstrój zdrowia). O sprawach medycznych będę tu pisać nieraz, jednak dziś trochę przewrotnie – o tym, co (być może) pomogłoby nam niektórych z nich uniknąć.

Media bombardują informacjami na temat nieprawidłowości działań szpitali i lekarzy, również przy porodach, czego skutki bywają tragiczne. Karetka nie dojeżdża na czas, lekarze odmawiają przyjęcia do szpitala, zwlekają z podjęciem decyzji o tzw. cesarskim cięciu. Pytanie, czy sytuacjom tym można byłoby zapobiec? Nie zawsze. Analizując konkretny przypadek, nigdy nie dowiemy się, „co by było gdyby”. Gdyby tak jednak wyobrazić sobie, że świadomość samych ciężarnych gwałtownie wzrasta? Gdyby tak mieć pewność, że wszystkie one, bez wyjątku, są objęte stałą, troskliwą opieką specjalisty przez wiele miesięcy przed porodem? Że już w ciąży mają zapewnioną bezpłatną fachową pomoc, bez kolejki, właściwie „na telefon”? Niemal całą ciążę? Gdyby przed tą wielką chwilą każda z nas wiedziała, co dokładnie ją czeka i jakich przeszkód (w tym biurokratycznych) może się spodziewać, jak im zaradzić?

A gdybym Wam powiedziała, że taki system pomocy ciężarnym z powodzeniem funkcjonuje w Polsce? Tylko nie wiem, naprawdę nie wiem dlaczego – mało kto o nim mówi, mało kto cokolwiek wie.

Kilka słów o prawie.

Zgodnie z art. 68 ust. 3 konstytucji RP państwo ma obowiązek objęcia szczególną opieką zdrowotną dzieci do 18. lat, kobiety w ciąży, w okresie połogu, osoby niepełnosprawne i w podeszłym wieku. Ze względu na tę zasadę, zgodnie z art. 13 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, kobieta w ciąży, która nie ma żadnego tytułu do ubezpieczenia, wciąż ma prawo do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych. Kobieta w ciąży ma prawo do wszystkich świadczeń, jakie muszą być jej udzielone ze względu na stan zdrowia. Szczegóły dotyczące tego, jaki zakres opieki przysługuje ciężarnym reguluje Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 20 września 2012 roku w sprawie standardów postępowania medycznego przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych z zakresu opieki okołoporodowej sprawowanej nad kobietą w okresie fizjologicznej ciąży, fizjologicznego porodu, połogu oraz opieki nad noworodkiem.

A teraz hit.

fot. EB


Czyli to, co chciałabym Wam dziś polecić jako wiedzę użyteczną. Kobiecie w ciąży przysługują w ramach NFZ wizyty położnej środowiskowej przed porodem - jedna wizyta tygodniowo od 21. do 31. tygodnia ciąży i dwie wizyty tygodniowo od 32. tygodnia ciąży do terminu rozwiązania. To około 30 godzin indywidualnych spotkań! Są to indywidualne zajęcia w ustalonym z położną miejscu – najczęściej  będzie to miejsce zamieszkania ciężarnej, do którego położna przyjeżdża w umówionym czasie jeden lub dwa razy w tygodniu (każde spotkanie trwa około godziny). Tematyka spotkań dostosowywana jest do indywidualnych potrzeb ciężarnej. Otrzymujemy fachowe wsparcie – porady zdrowotne, pielęgnacyjne, ale także wsparcie emocjonalne, psychologiczne. Mamy czas na ustalenie planu porodu, z którym później możemy przyjechać do szpitala, spokojnie wiedząc, czego możemy oczekiwać (a czego wymagać). Nasza położna będzie najlepiej poinformowana, w którym szpitalu jakie panują indywidualne zwyczaje i może nas dobrze praktycznie przygotować do tego, co może nas czekać. W przypadku awaryjnej sytuacji, mamy również kogoś znanego nam, oswojonego, do którego możemy zwrócić się o ewentualne wsparcie. Warto przy dokonywaniu wyboru położnej dowiedzieć się również, jakie badania będzie mogła nam zaoferować w czasie spotkań – z pewnością dokona pomiaru ciśnienia, ale zdarza się również, że położna będzie wyposażona np. w przenośny aparat KTG, co może nam oszczędzić wizyt w przychodniach czy u naszego ginekologa, gdy będziemy na „ostatnich nogach”.

Aby być pod opieką wybranej położnej, wystarczy wypełnić i złożyć w danej placówce (być może naszej przychodni, choć nie ma obowiązku rejonizacji) odpowiednią deklarację zawierającą podstawowe informacje na nasz temat, jak imię i nazwisko, adres czy numer PESEL. W przypadku chęci wyboru położnej z jakiejś dalszej lokalizacji, warto najpierw z nią porozmawiać, by nie narazić się na odmowę przyjęcia nas pod opiekę z powodu odległości do naszego miejsca zamieszkania.

Proste? Bardzo. Dobrze, że państwo zapewnia ciężarnym tak rzetelną, stałą, indywidualną opiekę specjalistyczną. Szkoda, że tak niewiele kobiet ma świadomość tych możliwości.  Położną najczęściej spotykamy po praz pierwszy w sali porodowej – kiedy wszystko już się dzieje, cały personel bywa spięty, a my mamy niewielką kontrolę nad sytuacją. Może gdybyśmy były lepiej przygotowane, świadome swoich praw jako pacjentki, spokojniejsze – udałoby się uniknąć niejednego nieszczęścia, z pewnością zaś łatwiej byłoby nam przejść ten niełatwy przecież czas rozwiązania. Czego wszystkim gorąco życzę.

Nie przyjmuję mandatu – co dalej?



Wprawdzie miało dziś być o czym innym, ale z powodu lawiny pytań i wątpliwości dotyczących tematyki poprzedniego wątku (za tę aktywność bardzo Wam dziękuję i zachęcam jednocześnie do zadawania pytań bezpośrednio pod postem J na stronie) – wyjaśnimy dziś, co dzieje się z naszą sprawą, kiedy poddamy w wątpliwość zasadność wystawianego mandatu.

Po pierwsze, zanim dojdziemy w rozmowie z funkcjonariuszem do punktu „odmawiam przyjęcia mandatu”, pamiętajmy, że mamy pewne pola negocjacji. Opisując sprawę z dużym uogólnieniem, zasada ignorantia iuris nocet (nieznajomość prawa szkodzi) wprawdzie z powodzeniem funkcjonuje w praktyce stosowania prawa i powoduje, że nie usprawiedliwia się naszego braku świadomości co do podstaw do ukarania, jednak niewiedza czasem może nam pomóc kary mimo wszystko uniknąć. Pamiętajmy, że jeśli zostajemy pouczeni, oznacza to, że w toku postępowania (czyli naszej rozmowy z policjantem) stwierdzono, że do wykroczenia doszło, jednak organ (policjant) doszedł do przekonania, że zamiast kary może zastosować tzw. środki oddziaływania wychowawczego (np. pouczenie, zwrócenie uwagi, ostrzeżenie). Wydaje się, nawiązując do poprzedniego wątku (jak pić i nie płacić mandatu ), że wyjaśnienie: ja naprawdę nie wiedziałem, że ta brama/ten mostek to ulica oraz – że to drzewo to skwer, wydaje się, powinno doprowadzić do zastosowania przez organ raczej środków wychowawczych, niż kary. Możemy machnąć wówczas ręką na nasz wewnętrzny krzyk sprzeciwu co do kwalifikacji obiektów malej architektury przez organ jako wyłącznie parki, skwery i ulice.

Ale załóżmy, że ten organ jest jednak nieprzejednany. Mostek to według niego ulica, brama lub drzewo to skwer albo park, a tak poza tym, to jak pan masz wątpliwości, to wszystko sobie możemy wyjaśnić w sądzie, za co będzie pan płacić – i to dużo, BO ZA CAŁE POSTĘPOWANIE, wyjaśnia nam organ. I robi się niemiło. Chyba, że wiemy, co nas czeka.

Po pierwsze, o co chodzi.

Kiedy odmówimy przyjęcia mandatu, sprawa trafia najpierw do postępowania przygotowawczego (możemy być jako podejrzani wezwani przez organ na przesłuchanie, ale prawdopodobne, że organ będzie na tyle przekonany o swych racjach, że zaniecha wzywania nas), następnie, w formie skierowanego przez organ wniosku o ukaranie – do sądu karnego. Ten w pierwszej kolejności, po rozpatrzeniu okoliczności zdarzenia oraz analizie przepisów, najprawdopodobniej wyda – w trybie uproszczonym – wyrok nakazowy, w którym orzeczona zostanie kara grzywny, w wysokości uznanej przez sąd; może ona być wyższa, równa lub niższa (co nierzadko się zdarza) od „propozycji” jaką złożył nam funkcjonariusz. Gdy otrzymamy wyrok nakazowy, mamy prawo wnieść sprzeciw – w terminie 7 dni od daty doręczenia wyroku – kierując go do sądu, który wyrok wydał. W sprzeciwie opisujemy szczegółowo, dlaczego nie zgodziliśmy się na przyjęcie mandatu. Możemy również poprosić, aby sąd nie wzywał nas do osobistego stawiennictwa, np. dlatego, że okoliczności w sprawie nie powinny budzić wątpliwości, zaś kwestie podlegające wątpliwościom sprowadzają się wyłącznie do analizy prawnej  (czy mostek to ulica J).
 
całonocne interwencje policji w Sopocie w czasie słynnych "Połowinek Trójmiasta" (13/14 października 2014)
źródło: sopot.policja.gov.pl
 

W takim wypadku wyrok traci moc, a sprawa zostaje rozpoznana merytorycznie od początku. Warto pamiętać, że wniesienie sprzeciwu – w przeciwieństwie do środków odwoławczych – może spowodować ostatecznie wydanie surowszego wyroku, niż ten wynikający z wyroku nakazowego.

Jeśli i z tym wyrokiem nie będziemy się zgadzać – mamy prawo do apelacji. Wnosimy ją do sądu okręgowego i tam wydane orzeczenie będzie już ostateczne.

 Po drugie, ile to kosztuje.

Jeśli sprawę wygramy, to nas ona nic nie kosztuje, poza krztyną straconego czasu. Wprawdzie nie ma w przepisach obowiązku osobistego stawiennictwa na rozprawę w postępowaniu wykroczeniowym, jednak niestety praktyka sądów jest taka, że obwinionego wzywają, pod rygorem, że „w przypadku niestawiennictwa na kolejny termin rozprawy zostanie  doprowadzony za pośrednictwem Policji po uprzednim zatrzymaniu”. Brzmi tak groźnie, że raczej każdy porządny obywatel zwalnia się z pracy i przychodzi. Warto przy tym wiedzieć, że pracownik nie wykorzystuje tu swego urlopu – pracodawca jest obowiązany zwolnić pracownika od pracy na czas niezbędny do stawienia się w sądzie i albo mu za ten dzień normalnie płaci, albo wystawia zaświadczenie określające wysokość utraconego wynagrodzenia i wówczas od sądu możemy domagać się rekompensaty utraconych zarobków.

A jak przegramy?

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Sprawiedliwości z dnia 10 października 2001 r. w sprawie zryczałtowanych wydatków postępowania oraz wysokości opłaty za wniesienie wniosku o wznowienie postępowania w sprawach o wykroczenia, przed sądem pierwszej instancji za postępowanie zwyczajne zapłacimy 100 zł, w drugiej instancji dodatkowo 50 zł. Dodatkowo będziemy zobligowani do zapłaty, na podstawie ustawy z dnia 23 czerwca 1973 r. o opłatach w sprawach karnych – 10% wysokości grzywny, nie mniej niż 30 zł.

W przypadku, gdy w sprawie zajdzie konieczność powołania biegłego (np. przy wykroczeniach komunikacyjnych) i następnie sprawę przegramy, będziemy obciążeni również kosztami wykonanej w toku sprawy ekspertyzy. Praktyka wskazuje, że w przypadku „standardowych” opinii w sprawach związanych z wykroczeniami w ruchu drogowym, jest to rząd kilkuset złotych.

Po trzecie, czy to warto.

Na to pytanie musimy odpowiedzieć sobie sami. Czasem lepiej odpuścić, kosztem niesłusznie nawet zapłaconych 200 zł, zyskujemy tzw. święty spokój. Są jednak przypadki, kiedy po prostu wiemy, że dzieje się niesprawiedliwość, że niesłusznie (w jakim celu?) ktoś chce nas przymusić do zgody na bezprawie. W takim przypadku nasz sprzeciw zyskuje wymiar nie tylko indywidulany, ale również społeczny. Uczymy się (i innych), że prawo wymaga szacunku od wszystkich.

 

 

Jak pić i nie płacić (mandatu)?


Temat trochę wakacyjny, ale pogoda bywa plażowa, więc nadal chyba warto się dowiedzieć, że nieprawdą jest, by spożywanie alkoholu w miejscu publicznym było karane. W każdym razie nie zawsze.

Ciekawe, że ta nieprawda powtarzana jest co krok i wmawiana nam przy każdej okazji. Co więcej, zdarza się, że nawet funkcjonariusze publiczni próbują nam w oparciu o tą wmawianą (nie)prawdę zaproponować mandat. Nie dajmy go sobie wcisnąć. A problem wyjaśnijmy.

Najpierw o przepisach. Po pierwsze, na pewno uraduje Czytelników, że wszystkie przepisy antyalkoholowe są wprowadzane wyłącznie dla naszego dobra. Ich źródło bowiem płynie wprost z ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, której cała treść jest następstwem uznania przez ustawodawcę „życia obywateli w trzeźwości za niezbędny warunek moralnego i materialnego dobra narodu” (to cytat z arengi czyli wstępu do ustawy). Wyjaśniwszy tę kojącą kwestię – przejdźmy do nurtujących (niektórych z) nas przepisów dotyczących samego spożywania alkoholu. Przywoływana ustawa wskazuje, że alkohol nie może być spożywany „na ulicach, placach i parkach” (z wyjątkiem miejsc przeznaczonych do ich spożycia na miejscu, w punktach sprzedaży tych napojów). Wymienia też inne miejsca, w których zabrania się picia „procentów”: na terenie szkół oraz innych zakładów i placówek oświatowo-wychowawczych, opiekuńczych i domów studenckich, na terenie zakładów pracy oraz stołówek, w miejscach i czasie masowych zgromadzeń, w środkach i obiektach komunikacji publicznej (z wyjątkiem wagonów restauracyjnych i bufetów w pociągach), w obiektach wojskowych. Dodatkowo wskazuje się miejsca i okoliczności, w jakich nie należy pic i sprzedawać alkoholu o wyższej i najwyższej procentowo zawartości. Co dość istotne, w ustawie nie ma słowa np. o plażach.



1907 r.
Obwieszczenie Magistratu zakazujące Paniom kurzyć na Plantach. To już przepis natury porządkowej.

Archiwum Narodowe Kraków, Zbiór afiszy i plakatów, sygn. 29/665/326
 
 
 

Nie cieszmy się przedwcześnie jednak, bowiem przepisy dają jeszcze upoważnienie radom gminnym, by wprowadzały czasowe lub stałe zakazy „alkoholowe” na swoim terenie. Ograniczenia te powinny  być uzasadnione troską o nasze społeczne morale (w przeciwieństwie do tzw. przepisów porządkowych, których uzasadnieniem może być po prostu utrzymanie porządku). I  tak na przykład: w Sopocie uchwała Rady Miasta z dnia 05 września 2014 r. stanowi zakaz spożywania (także sprzedaży, podawania, wnoszenia) alkoholu na terenie obiektów, na których odbywają się imprezy przeznaczone dla dzieci i młodzieży do lat 18, pierwszego dnia wiosny (dzień wagarowicza) od godz. 7.00 do 14.00, w dniu „Bożego Ciała” w czasie i na trasie procesji oraz na plaży w godzinach od 18.00 do 9.00, za wyjątkiem tzw. punktów sprzedaży, czyli kawiarni i lokali gastronomicznych; w Gdańsku i Gdyni np. na plaży alkoholu pić nie wolno wcale – i wydaje się, że ta jednak restrykcja jest zbyt daleka, zbliżona do troski o święty spokój i porządek a nie morale społeczne.

Wracając do tematu – jeśli chcemy napić się piwa z puszki, powinniśmy znać więc treść lokalnych przepisów dotyczących ograniczeń spożywania alkoholu na danym obszarze. Możemy o nią zapytać np. strażnika miejskiego, który na pewno zna przepisy gminne. A potem znaleźć miejsce, które nie jest „ulicą, placem lub parkiem” oraz dodatkowo żadnym z miejsc wynikających z uchwały i hulaj dusza. Czasem trudno znaleźć granicę, pomiędzy skwerem a parkiem, to jest niestety wykorzystywane przez funkcjonariuszy, którzy nie wnikając w takie drobne szczegóły, wypisują mandaty. Jednak zapewniam, że policjanci oraz strażnicy miejscy są świadomi ograniczeń, jakie stawiają im w tym przypadku przepisy. Jeśli więc rozsądnie uzasadnimy funkcjonariuszowi, dlaczego pijemy pod tym a nie innym drzewem lub w tej a nie innej bramie, możemy mandatu uniknąć. A jeśli i tak uparcie będzie się nam go wypisywać, możemy po prostu odmówić przyjęcia. O konsekwencjach odmowy przyjęcia mandatu napiszę przy następnej okazji.

Akt rozpaczy.



Postanowiłam się przemeldować. Z mężem. To znaczy oboje zdecydowaliśmy – jednocześnie (niespotykane?) zmienić adres zameldowania, co pociągnęło za sobą konieczność wymiany sporej liczby dokumentów, w tym – dowodów osobistych. Nie spodziewałam się, że czeka nas walka o zdrowy rozsądek. Bez znajomości przepisów – skazana na klęskę.

Wśród dokumentów niezbędnych do wymiany dowodu osobistego wymaga się przedstawienia aktu urodzenia lub – jeśli pozostajemy w związku małżeńskim – aktu małżeństwa. Odpowiednio wyposażeni (w akt) i pełni optymizmu co do perspektyw szybkiego załatwienia sprawy – wybraliśmy się więc do właściwego urzędu. Pierwsza wniosek złożyłam ja. Bardzo miło obsłużona, zostawiam wszystkie niezbędne dokumenty i czekam sobie spokojnie na męża, który już jest obsługiwany przez drugą panią, dwa okienka dalej. Nagle widzę, że wymiana zdań jest stanowcza, po czym mój małżonek drogi i nieustępliwy, ustępuje jednak i odchodzi od okienka „z kwitkiem”. Trudno uwierzyć, przecież miał ten sam wniosek i te same dokumenty, co ja. Nie chcą go w tym mieście, czy co?

 Ależ chcą, objaśnia (mnie) mąż, chcą, tylko żądają też, aby przedstawił akt naszego małżeństwa i na nic się zdaje tłumaczenie, że TEN SAM AKT już przed chwilą został złożony, tylko przeze mnie, w okienku obok. Nic z tego. Inna sprawa, inna teczka, inny akt. Ale my już nie mamy kolejnego aktu, ten był ostatni! Trudno, jechać, odpis otrzymać, przywieźć i złożyć. Takie są przepisy o dowodach osobistych.

Dobrze, że są jeszcze również inne przepisy, a właściwie przepis. Nie przez wszystkich urzędników lubiany PRZEPIS ROZSĄDKU. Który mówi, że jeśli w urzędzie jest jakiś dokument, to choćby był w innym wydziale tego urzędu, ba! w innym budynku nawet, urzędnik w toku postępowania administracyjnego  nie może od nas żądać dostarczenia tego dokumentu do jakiejkolwiek sprawy przez niego prowadzonej. Dosłownie artykuł 220 Kodeksu Postępowania Administracyjnego brzmi następująco:

Art. 220 KPA

§ 1. Organ administracji publicznej nie może żądać zaświadczenia ani oświadczenia na potwierdzenie faktów lub stanu prawnego, jeżeli:
1)    znane są one organowi z urzędu;
2)    możliwe są do ustalenia przez organ na podstawie:
a)    posiadanych przez niego ewidencji, rejestrów lub innych danych,

b)    rejestrów publicznych posiadanych przez inne podmioty publiczne, do których organ ma dostęp w drodze elektronicznej na zasadach określonych w przepisach ustawy z dnia 17 lutego 2005 r. o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne,
c)    wymiany informacji z innym podmiotem publicznym na zasadach określonych w przepisach o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne,
d)    przedstawionych przez zainteresowanego do wglądu dokumentów urzędowych (dowodu osobistego, dowodów rejestracyjnych i innych).

fot. merlin.pl

Mąż, po rozmowie ze mną i wyposażony we właściwy przepis, wrócił do pani urzędniczki, która już była zajęta kolejną sprawą. Zadowolona nie była, ale kiedy poinformował ją, że po skontaktowaniu się „ze swoim prawnikiem” (J) będzie obstawać przy wersji niedostarczania drugiego aktu, pani z obrażoną miną pofatygowała się do koleżanki, która kilka minut wcześniej przyjęła moje dokumenty, wyjęła akt, skopiowała go i włożyła do teczki męża. Cała operacja zajęła jej niecałe 5 minut, podczas gdy my musielibyśmy poświęcić co najmniej pół dnia, aby wydobyć nowy akt z urzędu w innym mieście i dostarczyć do obrażonej pani urzędnik. Dało się? Dało się J. I udało się. Polecam pamięć o art. 220 KPA za każdym razem, gdy załatwiamy swoje sprawy w urzędach. Zapewniam, przyda się Wam nieraz.

Świadomość a jakość

Kwestia świadomości prawnej obywateli w naszym kraju nie musi być sprawą górnolotną. Rzecz dotyka spraw przyziemnych. Dlaczego w Niemczech mają lepsze proszki do prania (tych samych marek) niż w Polsce? Dlaczego Francuzki mogą dobrać sobie staniki w dowolnych rozmiarach pod i na biuście, a u nas 70-90, miseczka A-D (jak dobrze pójdzie)? Dlaczego w Wielkiej Brytanii są tańsze markowe ubrania? Dlaczego usługodawcy za granicą są milsi i zdają się być nawet lepiej wychowani, niż u nas?

Kupujemy w naszym osiedlowym sklepie zjełczałe masło, może i trochę nas to irytuje, może wścieka nas nawet, ale zaciskamy zęby i biegniemy po inne, w najlepszym wypadku w sklepie obok (tamto nie nadaje się nawet dla pieska), na reklamacje nie mając najmniejszej ochoty (szkoda czasu). Ukradziono nam komórkę? Nie ma sensu iść na policję, jeszcze nas po sądach ciągać będą. Ktoś nam sprzedał przeterminowaną kiełbasę? Przecież aż tak długo nie mieliśmy tego rozstroju żołądka, po co jeszcze go zakwaszać wyjaśnianiem sytuacji. W przedszkolu naszego dziecka odkryliśmy salmonellę? Oj, jeden przypadek, nie będziemy donosić do Sanepidu, to się źle kojarzy, same kłopoty dla przedszkola, no i panie będą krzywo potem na naszego malucha patrzeć. Ktoś nas zakaził w szpitalu podczas standardowego zabiegu? Z nimi i tak nie wygramy... Stomatolog usunął nie ten ząb naszemu dziecku? Toż to mleczak jeszcze był!

A gdyby tak spróbować coś zrobić, cokolwiek? Większość opisanych powyżej przykładów (autentycznych) jest skutkiem czyjegoś przekonania o braku odpowiedzialności za własne działania. I czemu tu się dziwić? Skoro nikt się nie skarży, nie protestuje, zupełnie nieracjonalny i niebiznesowy byłby wysiłek sprzedawców (w końcu to też przedsiębiorcy!). Możemy jednak być przekonani, że społeczności europejskie na swoich producentach i sprzedawcach wymusiły lepszą obsługę (a trwało to wiele lat). Przedszkolanki na tzw. zachodzie są świadome, że jeśli będą krzyczeć na dzieci, najprawdopodobniej później zapłacą za terapię psychologiczną swych (dawnych) podopiecznych. Właściciele psów sprzątają po nich (no, może nie w Paryżu J), ponieważ w innym wypadku będą musieli zapłacić za takie sprzątanie z nawiązką. W przypadku sprzedaży nieświeżego mięsa, odszkodowania za uszczerbek na zdrowiu klientów wielokrotnie przekroczą jakiekolwiek zyski producentów. I tak dalej. W takiej sytuacji po prostu nie opłaca się proponowanie usług/produktów o niskiej jakości.

Ciekawe, że przepisy, jakie u nas funkcjonują, w swej treści nie różnią się od przepisów  prawnych w innych państwach europejskich. Chodzi jedynie o sposób korzystania z tego prawa. Będę bardzo usatysfakcjonowana, jeśli dowiem się, że przekonałam Czytelnika tego bloga do skorzystania z przysługujących mu praw J.

Terminy

Każda ze stron umowy jest zobowiązana do działania w ramach pewnych zakreślonych terminów. Warto również precyzyjnie określić te terminy. Będzie to o tyle istotne, że od daty wymagalności świadczenia wierzycielowi (osobie, która będzie domagać się wykonania danej czynności lub zapłaty określonej kwoty) należeć się mogą odsetki od żądanej sumy pieniężnej.
W przypadku, gdy termin spełnienia świadczenia jest dla stron kwestią tak istotną, że jego niedochowanie mogłoby spowodować, że realizacja umowy po terminie stanie się bezwartościowa (np. dostarczenie choinki po 24 grudnia J), warto wskazać w treści umowy, że strony uznają zachowanie terminu za element istotny umowy – zastrzeżenie takie umożliwi wierzycielowi odstąpienie od umowy w przypadku niedochowania terminu przez dłużnika, następnie zaś żądanie stosownego odszkodowania (jako że każde uchybienie istotnym elementom umowy uprawnia kontrahenta do odstąpienia od jej dalszej realizacji).
Podobnie warto pamiętać o terminach przy wystawianiu faktur. Kiedy z tytułu wykonania umowy jedna ze stron wystawia rachunek lub fakturę, należy precyzyjnie określić zarówno datę wystawienia faktury, jak i datę doręczenia faktury kontrahentowi, dzięki temu będziemy mieć możliwość precyzyjnego określenia terminu wymagalności roszczenia.

Pamiętajmy więc, że dobrze opisane terminy realizacji umowy to atut w naszych rękach, dzięki któremu będziemy mieli możliwość żądania odsetek z tytułu ewentualnego opóźnienia, które będą nam przysługiwać niezależnie od tego, czy opóźnienie wynikło z winy naszego kontrahenta, czy też nie. Dziś wysokość odsetek ustawowych kształtuje się na poziomie 13% w skali roku. To więcej, niż możemy uzyskać z lokaty naszych środków finansowych w banku!

Przedmiot umowy

Umowę zawiera się w jakimś określonym celu. Strony zawierające umowę powinny więc jak najstaranniej określić przedmiot umowy, tak, aby jej cel mógł zostać prawidłowo zrealizowany. Przedmiot umowy to określenie, jakie świadczenia strony powinny sobie wzajemnie zapewnić. Warto dokładnie opisać, co strony planują osiągnąć wskutek wykonania sporządzanej umowy, nie poprzestając na oględnym określeniu charakteru umowy (np. „remont”). Bardziej szczegółowy opis służy przy tym zazwyczaj obu stronom kontraktu: gdy każda z nich ma w wyraźny sposób określony zakres zadań, jakim musi sprostać, w przypadku niewykonania lub nienależytego wykonania któregoś z obowiązków, istnieje wyższy stopień prawdopodobieństwa, że zostanie przez drugą ze stron przymuszony do jej wykonania lub zapłaty stosownego odszkodowania. Sama zaś świadomość takiego potencjalnego przymusu bywa środkiem wystarczającym dla prawidłowej realizacji założonych postanowień umownych.
Aby ułatwić redakcję opisu przedmiotu umowy, warto przyjąć również zasadę, że opisujemy wzajemne świadczenia stron w sposób na tyle precyzyjny i klarowna, by każda postronna osoba analizująca nasz kontrakt mogła bez trudu zrozumieć, w sposób pewny i wyczerpujący, cel i wspólny zamiar stron umowy. Pamiętajmy, że wszelkie niedopowiedzenia mogą zakłócać późniejszą interpretację postanowień umowy – zwłaszcza w przypadku ewentualnego sporu nasz przeciwnik z pewnością zakwestionuje wszystkie niekorzystne dla niego ustne zapewnienia, które strony składały przy jej zawarciu.

Pamiętajmy również, by w umowach, w których przedmiot dotyczy rzeczy materialnych, opisać je odnosząc się do uniwersalnych danych, jakimi posługujemy się w obrocie prawnym (jeżeli umowa dotyczy nieruchomości – wskazujemy jej adres, numer księgi wieczystej, numer działki, na jakiej jest posadowiona itd., jeśli pojazdu – numery pojazdu i silnika itp.). Im większa precyzja opisu, tym mniej miejsca na ewentualne późniejsze spory.

Zasada swobody umów

Jak obiecałam w poprzednim poście, przedstawiam Czytelnikom najbardziej podstawowe reguły, których przestrzeganie powinno zagwarantować pewność co do norm, jakie znajdą zastosowanie do konkretnych sytuacji życiowych. Jedną z podstawowych zasad, jakie obowiązują w tzw. „demokratycznym państwie prawa” (a takim zgodnie z Konstytucją jest Polska), jest zasada SWOBODY UMÓW. Oznacza to, że do granicy, jaką byłoby naruszenie obowiązującego prawa, możemy w swobodny sposób umawiać się z naszymi partnerami, według jakich reguł chcielibyśmy realizować swoje cele. Najbardziej podstawowe i najczęściej zawierane umowy oraz wynikające z nich prawa i obowiązki zostały opisane w obowiązujących przepisach; najszerszym źródłem reguł umownych jest ustawa: kodeks cywilny. W tej ustawie znajdziemy podstawowy opis praw i obowiązków związanych z następującymi umowami: umową sprzedaży, zamiany, dostawy, kontraktacji, umowy o dzieło, umowy o roboty budowlane, najmu, dzierżawy, umowy leasingu, użyczenia, pożyczki, umowy rachunku bankowego, umowy zlecenia, umowy agencyjnej, komisu, przewozu, spedycji, umowy ubezpieczenia, przechowania, umowy składu, umowy spółki cywilnej, poręczenia, darowizny, czy umowy renty lub dożywocia.
Jeżeli chcemy zawrzeć którąkolwiek z powyższych umów, warto w pierwszym rzędzie zerknąć do kodeksu cywilnego, aby przekonać się, czy zawarty tam katalog reguł dotyczących danej relacji będzie nam odpowiadać. I uwaga! – najważniejsza dla nas informacja, stanowiąca konsekwencję zasady SWOBODY UMÓW jest taka, że prawie wszystkie opisane w kodeksie cywilnym reguły dotyczące treści umów możemy jako strony swobodnie zmieniać. Możemy również zawrzeć zupełnie inną, nieopisaną w żadnej ustawie umowę (będzie to wówczas tzw. „umowa nienazwana”). Jest to naturalnie bardzo dobra wiadomość, niosąca jednak również pewne konsekwencje: jeśli nie zadbamy o swój interes przy zawieraniu umowy, nie opiszemy precyzyjnie swych oczekiwań, możemy następnie mieć kłopot z wykazaniem partnerowi swych racji. Pamiętajmy, że gdyby doszło do sporu sądowego, zadaniem sądu stanie się zbadanie i ustalenie ZGODNEGO ZAMIARU STRON oraz CELU UMOWY (będzie to dla sądu nawet bardziej istotne niż dosłowne brzmienie poszczególnych zapisów umownych!).
Jak pisałam w poprzednim poście, większość umów dla swojej skuteczności nie wymaga nawet zachowania formy pisemnej. Może to być w niektórych przypadkach bardzo dogodna okoliczność, jednak jeśli mamy wobec kontrahenta (choćby naszego hydraulika!) sprecyzowane oczekiwania, zwykle korzystniej jest szczegółowo te właśnie oczekiwania opisać. W ten sposób unikniemy niepotrzebnego stresu związanego z konsekwencjami niewykonania lub nienależytego wykonania umowy.
Pamiętając, że najistotniejszym zadaniem umowy jest określenie zgodnego zamiaru stron oraz celu umowy, możemy zaopatrzyć nasz kontrakt wstępem, tzw. preambułą, rozpoczynającą się (najczęściej) od słów: „Zważywszy, że...” . Zwrot ten możemy powtórzyć kilkakrotnie, jeśli będziemy chcieli naświetlić  okoliczności, które skłoniły strony do zawarcia umowy, a które mogłyby posłużyć interpretacji dalszej treści takiej umowy. Przedstawiamy przyczyny, które skłoniły strony do zawarcia umowy w sposób następujący:
PRZYKŁAD:
Zważywszy, że:
·         PRODUCENT jest producentem materiałów wybuchowych oraz amunicji, zwanych dalej Produktami
·         PARTNER prowadzi działalność w zakresie marketingu i sprzedaży Produktów oferowanych przez PRODUCENTA
·         PRODUCENT i PARTNER wyrażają wolę ustanowienia trwałych i korzystnych dla obu stron warunków współpracy w ramach promocji i sprzedaży Produktów
Strony oświadczając, iż są odpowiednio umocowane do zawarcia niniejszej umowy, ustalają, co następuje.
Wstęp o powyżej wskazanym charakterze można umieścić po przedstawieniu stron umowy (opis stron w poprzednim poście), zaś przed jej treścią. W treści zaś, na jej początku, możemy umieścić DEFINICJE (ich zadaniem będzie również pomoc w interpretacji dalszej części umowy). W przypadku dłuższych i bardziej skomplikowanych kontraktów zachęcam do wprowadzenia „słowniczka pojęć”, w pozostałych przypadkach podstawowe pojęcia określamy np. jak w przykładzie powyżej, za pomocą słów: „dalej nazywany...” . Pamiętajmy przy tym, by w każdym wypadku dbać o jasność i jednoznaczność sformułowań.

Stosowanie powyżej wymienionych reguł przejrzystości zagwarantuje, że obowiązująca zasada swobody umów stanie się naszą sojuszniczką, zapewniając, że kontrakt zostaje zapisany i interpretowany tak, jak strony przy jego zawarciu sobie wyobrażały.