Matki-antybohaterki


Media obeszła w ostatnich dniach sensacyjna wiadomość. Child Alert: uprowadzono trzyletniego chłopca. Komunikat policji mrozi krew w żyłach. Chłopiec został porwany spod klatki schodowej w bloku przez trzech niezidentyfikowanych mężczyzn. Zamaskowani sprawcy najprawdopodobniej wyrwali dziecko z objęć stawiającej opór matki. W biały dzień. Bandytyzm, trudno inaczej sprawę nazwać. Nic dziwnego, że każdy (prawie każdy), kto dojrzał komunikat na Facebooku czy innym kanale informacji, udostępniał go dalej. W ten sposób system Child Alert – nowość w naszym kraju, zastosowana (podobno) dopiero drugi raz w Polsce zdecydowanie sprawdził się: cała Polska mówi o tym strasznym zdarzeniu.
źródło: www.childalert.pl
 

Muszę szczerze przyznać, że pomimo, że chętnie dzielę się w portalach społecznościowych różnymi informacjami, które mogą przynieść społeczną korzyść, tym razem zobaczywszy ogłoszenie (właściwie w pierwszych minutach, zanim stało się ono tak bardzo nagłośnione), powstrzymałam się jednak od pierwszego odruchu wciśnięcia przycisku „udostępnij”. Z perspektywy wielu zawodowych doświadczeń, przemknęło mi przez głowę, że to może jednak bardziej skomplikowana i delikatna rodzinna sytuacja, może to jakiś zdesperowany ojciec próbujący uzyskać kontakt z dzieckiem, posunął się zbyt daleko? Niech wówczas policja realizuje swoje zadania, ale prywatnie ja w takich poszukiwaniach uczestniczyć nie muszę (i niekoniecznie chcę). Jeśli sytuacja związana byłaby z tzw. porwaniem rodzicielskim, jak się to w prawniczym żargonie określa, sprawa staje się mniej jednoznaczna z punktu widzenia zasad moralnych i zasad sprawiedliwości. Świadczyć może o tym fakt, ze porwania rodzicielskie w jednych krajach Europy stanowią przestępstwo określone kodeksem karnym, w innych – nie.

Z pewnością nasza policja w sprawie opisywanej na wstępie zajmuje się w tej chwili wyjaśnianiem kwestii, czy przesyłane przez ojca dziecka wiadomości, że chłopiec znajduje się pod jego opieką i jest zdrowy – rzeczywiście pochodzą od ojca i czy są prawdziwe. Bo taka właśnie informacja – pokrywająca się z moimi wątpliwościami i na razie niestety niepotwierdzona – została niedawno podana do publicznej wiadomości przez osobę podającą się za ojca chłopca.

Opisywana sytuacja jeszcze nie została wyjaśniona, dziecko nie zostało znalezione, policja nie zaprzestaje czynności. Realnego kontaktu z ojcem podobno nie ma. Nie wiadomo, co z dzieckiem się dzieje i z pewnością na tym etapie konieczne jest doprowadzenie poszukiwań do pozytywnego finału. Zarówno matka, jak i ojciec – a także instytucje państwowe - muszą wiedzieć, gdzie jest chłopiec i czy jest zdrowy, czy nic mu się nie stało. Trzymam kciuki za jak najszybsze i najsprawniejsze działanie policji. Jeśli prawo zostało naruszone, należy przywrócić właściwy porządek sprawom. Wszyscy życzymy temu dziecku, aby okazało się, że to rzeczywiście ojciec, niestety niezgodnie z prawem, postanowił „wziąć sprawy w swoje ręce”. Że nie wydarzyła się żadna gorsza tragedia.

Doświadczenie wskazuje, że jest to możliwe.  Odchodząc od przykładu opisanego powyżej, ponieważ na razie nie znamy faktycznych okoliczności tej sprawy, zastanówmy się, co sprawia, że takie przypadki porwań rodzicielskich w ogóle zdarzają się – i to coraz częściej. Wyobraźmy więc sobie zdesperowanego ojca, który przez lata walczy w sądzie o prawo do kontaktu z dzieckiem i formalnie prawo to jest mu przyznane, jednak matka praktycznie do kontaktów nie dopuszcza – taki ojciec ma naprawdę niewiele narzędzi w ręku. Jeszcze gorzej, gdy matka swoim postępowaniem, często wbrew oczywistym faktom i prawdzie, manipuluje dzieckiem (a czasem też osobami w strukturach wymiaru sprawiedliwości – w prokuraturze, wśród biegłych, przed sądem) tak, by nie dopuścić do ustalenia „normalnych” kontaktów ojca z dziećmi. Wystarczy czasem kilka drobnych faktów przeinaczyć i tata, z porządnego człowieka, w oczach dziecka i instytucji przeradza się w egoistycznego potwora.

Pamiętacie Państwo wpis z tego bloga zamieszczony [tutaj] o matkach-bohaterkach? Tych, które dla dobra dziecka poświęcają swoje uczucia, chowają emocje, połykają łzy i godzą się na radość dziecka z kontaktów z tatą. Choćby dla nich było to osobiście bardzo trudne, bo przecież, jeśli w sprawę wkracza sąd, to najczęściej kontakt  pomiędzy matką a ojcem nie układa się najlepiej. A jednak starają się, by dzieci miały jak najlepsze dzieciństwo, z obecnym w nim ojcem. Dla dobra dziecka. W moim przekonaniu to są bardzo dzielne mamy.

Jest też niestety zupełnie inna kategoria matek. Tych, które z egoistycznych pobudek, bynajmniej nie dla dobra dziecka, nie dopuszczają do kontaktów dzieci z ojcami. Które naprawdę krzywdzą wszystkich wokół, byleby sprawić ból swym dawnym partnerom. I zazwyczaj udaje im się ten ból wywołać, jednak jakim kosztem? Niestety, działania tych antybohaterek bywają wspierane przez instytucje państwowe, które a priori często dają większą wiarę oświadczeniom matek niż ojców. A jeśli nie uda się (już w sądzie) obalić często bardzo krzywdzących i niesprawiedliwych oskarżeń, wówczas taki ojciec pozostaje bezradny, zrozpaczony. Ten stan może wywołać frustrację i skutki tragiczne, np. w postaci porwań rodzicielskich. Aby do sytuacji takich nie dochodziło, czasem wystarczy trochę więcej empatii ze strony osób, które zajmują się sprawami konkretnej rodziny – kuratorów, policji, biegłych, sędziów. Zanim wydarzy się tragedia.

I jeszcze jedno. Piszę tu ponownie o sytuacji stereotypowej, jaką najczęściej zastajemy w polskim porządku prawnym: mama, która na co dzień zajmuje się dzieckiem i ojciec, który domaga się „kontaktów”. Tak bywa nadal w większości wypadków i dlatego taką praktykę opisuję. Na szczęście ten stereotyp również w Polsce ulega powolnym zmianom. Z doświadczeń wynika, że nie ma powodu, aby dziecko nie spędzało większości czasu z tatą, a z matką miało „ustalone kontakty” – i zapewniam, że takie sytuacje się zdarzają. Dzieci mogą być przez ojców otoczone najlepszą, troskliwą opieką. Spodziewam się, że niedługo i do polskiego sądownictwa dotrze informacja, że w tym zakresie nastąpiła (i nadal trwa) wielka i bardzo pozytywna rewolucja społeczna. Bardzo życzyłabym sobie (i Państwu), aby równouprawnienie płci w tym zakresie nie było tylko ładnie brzmiącym frazesem. Formalnie w Polsce nie ma bowiem przecież prymatu macierzyństwa nad ojcostwem.

 

 

 

Udostępnianie wizerunku dzieci w Internecie



Kilka dni temu media obeszła sensacyjna wiadomość, że podobno sąd w Portugalii zakazał rodzicom publikowania wizerunku swojej córki w sieci. Skrót myślowy uzasadnienia, jest taki, że dziecko jest człowiekiem, a każdy człowiek ma prawo do prywatności i ochrony wizerunku. Toteż rodzice, którzy nie są właścicielami dzieci, a ich opiekunami jedynie, nie mają prawa niszczyć tej sfery poprzez zamieszczanie zdjęć  i informacji o dzieciach w Internecie.
Nie udało mi się dotrzeć do samego źródła tej informacji czyli wyroku, a jedynie do relacji w mediach. Sam temat został potraktowany jako rodzaj przełomu, że sądy zajęły stanowisko. Sprawa była analizowana „przy okazji” rozwodu rodziców. Na temat portugalskiej sprawy więcej niż podała prasa nie wiem, jednak warto zastanowić się, czy mogłaby trafić na polską wokandę.
fot. archiwum własne

Temat ciekawy i ważny. A także aktualny i wcale nieodległy. Trudno mieć pewność, czy podobna sprawa była badana przez polskie sądy, sądzę, że nie. Jednak mogę zapewnić, że może się to w każdej chwili zdarzyć – i wcale nie byłby to żaden przełom.
Wszystko jest w porządku, kiedy rodzice są zgodni. Właściwie w takim wypadku, dopóki nie powstaną precyzyjne przepisy regulujące sprawy dzieci w sieci, nie ma podstaw, by ktokolwiek reagował czy zabraniał umieszczania zdjęć dzieci w Internecie (pomijam kwestię, gdy takie udostępnienie jest z innych względów niezgodne z prawem, np. ze względu na charakter zdjęć lub treść wpisu). To ostatecznie rodzice mogą na razie więc zdecydować, gdzie i kiedy pojawi się zdjęcie ich dziecka.
Jeśli jednak jedno z rodziców wyraża chęć i wolę publikacji informacji o dzieciach w sieci (na przykład prowadzi o nich bloga), zaś drugie z rodziców stanowczo sprzeciwia się takim działaniom, uważając na przykład, że jest to naruszanie prywatności dzieci – i rodzice nie mogą osiągnąć porozumienia, przepisy prawa rodzinnego wskazują, że każde z nich może o decyzję zwrócić się do sądu. Jak z każdym innym problemem dotyczącym istotnych spraw dziecka, co do którego nie mogą osiągnąć zgody.
I wówczas rzeczywiście sąd może badać, czy w danej sytuacji, w konkretnym przypadku, rację ma rodzic, który zamieszcza zdjęcia dzieci na fejsbuku czy blogu, czy też ten rodzic, który zgody na to nie wyraża. Wyobrażam sobie każdy wyrok w takiej sprawie – i aprobujący publikacje, i zabraniający ich. Wszystko bowiem zależy w takim wypadku od okoliczności konkretnych i dotyczących tej rodziny, co do której sąd zabiera głos.
Zakładam, że podobnie rzecz mogła się mieć w przypadku wyroku portugalskiego. Jak zostało to napisane, wbrew doniesieniom medialnym, nie byłby to więc wielki przełom. Co nie zmienia faktu, że sprawa wykorzystywania wizerunku dzieci, czy ich opisywanie w sieci w taki sposób, że jest to odbierane przez wiele osób, jest kwestią bardzo delikatną i na razie nieuregulowaną prawnie. Tym bardziej, jeśli decydujemy się na takie działania, pamiętajmy, że dzieci dorosną. I zapytajmy sami siebie, czy chcielibyśmy, aby nasze zdjęcia i informacje o nas z dzieciństwa były tak ogólnodostępne, jak my to fundujemy naszym pociechom.
Temat przyszłych ewentualnych roszczeń dzieci względem rodziców, jeśli poczułyby się urażone treściami, jakie na ich temat zostały w sieci udostępnione, to zagadnienie zupełnie inne. Na razie, przynajmniej w Polsce, na szczęście jest to zagadnienie wyłącznie teoretyczne. Jednak wszyscy musimy pamiętać, że w Internecie łatwo zamieścić  wszystko. Oraz, że to wszystko właśnie – tam zostaje na bardzo długo.


O sprawach większej i mniejszej wagi.


Sprawy sądowe o charakterze rodzinnym zazwyczaj nie są zbyt skomplikowane z punktu widzenia prawnego. Za to zwykle dotykają jednocześnie najbardziej żywotnych kwestii, są dla stron trudne emocjonalnie, często również dla osób profesjonalnie w nich uczestniczących – sędziów, adwokatów, psychologów – niełatwe do oceny. Tam, gdzie mamy do czynienia z zaangażowaniem dzieci, mogą przybierać dramatyczny przebieg.

Kiedy jeszcze do tego dodamy tło w postaci transgranicznego charakteru sprawy lub wielokulturowości stron, napięcie może być bardzo wysokie. Zdecydowanie chodzi więc o to, by sprawy rozstrzygać szybko i sprawnie. Z tego względu ustawodawca przewidział dla niektórych z nich specjalny, szybszy tryb postępowania. I bardzo słusznie, z założenia.

Myślę tu między innymi o postępowaniach, jakich ostatnio pojawia się w Polsce coraz więcej – o sprawach dotyczących wydania dzieci na podstawie tzw. Konwencji Haskiej. Jeśli np. matka-Polka, mieszkająca dotychczas za granicą, rozstając się ze swym dotychczasowym partnerem i ojcem swych dzieci, postanowi zamieszkać z dziećmi w Polsce, a nie uzyska na to uprzednio zgody ojca, powinna liczyć się z uruchomieniem dość bezwzględnego postępowania, którego celem będzie powrót dzieci do kraju, w którym żyły dotychczas. Tam zaś, już w zwykłym trybie, sądy mogą zająć się orzekaniem co do poszczególnych spornych rodzinnych kwestii pomiędzy stronami.

W takich wypadkach to pomiędzy państwami (na poziomie ministerialnym) dochodzi do wymiany informacji o tzw. uprowadzeniu  - i sprawy trafiają do sądów za pośrednictwem organów rządowych. Konwencja przewiduje krótki czas na rozstrzygnięcie sprawy, przy czym jednocześnie stworzono mechanizmy wymuszające stały kontakt na drodze sąd – ministerstwo w Polsce – ministerstwo za granicą. Oraz konieczność składania odpowiednich raportów w przypadku zwłoki.

fot. archiwum własne
 
W ostatnim miesiącu uczestniczyłam w dwóch takich konwencyjnych postępowaniach. Nie odnosząc się do szczegółów żadnej z bieżących spraw, muszę przyznać, że za każdym razem pozostaję pod wrażeniem sprawności sądów, ich elastyczności, doręczania dokumentacji, kontaktów z pełnomocnikami, możliwości wyznaczania szybkich terminów kolejnych rozpraw, czy też przeprowadzania badań psychologicznych bez żadnej zwłoki i niwelowania wszelkich innych niedogodności. W takich warunkach naprawdę można pracować, z satysfakcją.

I tylko przychodzi mi taka natrętna, powracająca myśl do głowy. Że dlaczego nie może tak być we wszystkich sprawach. Bo że się da, to już wiemy – na przykładzie tych transgranicznych, gdzie przepisy postępowania sądowego są te same, tylko jakoś lepiej stosowane. Czy więc dzieci całkiem polskie, a odebrane rodzicom tytułem tzw. zabezpieczenia i czekające na termin badania psychologicznego po cztery, pięć miesięcy – gorsze są  od tych zagranicznych? Czy sądy nie dysponują faksami i telefonami w celu informowania w takich zwykłych sprawach o zmianach terminów lub o nowym piśmie, które do sprawy wpłynęło? Czy kiedy sędzia idzie na urlop, mógłby go zastąpić w niezbędnych czynnościach kolega, czy sprawy musza być na wiele tygodni odkładane?

Mogę wyrazić nadzieję, że i zwyklejsze postępowania będą z czasem przebiegać coraz sprawniej. Kiedy sprawa trafia do sądu, a zwłaszcza rodzinna, dla stron jest to zazwyczaj jedna z istotniejszych  w ogóle spraw życiowych. Konwencja Haska i inne dotyczące jej przepisy przypominają o tym uczestnikom postępowań i nie pozwalają na opieszałość. I na tych sprawach powinniśmy się wzorować, oczekując tych samych standardów dla postepowań lokalnych. O ile byłoby łatwiej, gdyby w każdym postępowaniu, nie tylko tych wybranych, Wysoki Sąd miał w pamięci, że ludzie przed nim stojący przychodzą, oczekując sprawiedliwości, która powinna być realizowana sprawnie i bez zbędnej zwłoki – w każdym wypadku, tej większej i tej mniejszej wagi.

Koszty postępowania sądowego

- Ale jak wygramy sprawę, to rozumiem, że druga strona będzie musiała zwrócić mi koszty tego postępowania? – pyta mnie każdy klient, który zaczyna sprawę w sądzie. Rozumie się samo przez się, nieprawdaż.

Niestety, nie-prawda(ż). Bo TEORETYCZNIE – tak. Ale, czy wiecie Państwo, jaka jest różnica pomiędzy teorią a praktyką? Znam taką trafną odpowiedź, która przyzwoitością niestety wykracza poza ramy tego tekstu. Zasady zwrotu kosztów postępowania również zresztą niewiele mają wspólnego z przyzwoitością, a jednak opiszę tu krótko, na czym polega ich istota.
 
Otóż przepisy regulują, jakie są tzw. minimalne stawki wynagrodzenia zasądzanego pełnomocnikom stron za prowadzenie spraw z urzędu. To są kwoty wypłacane adwokatom przez Skarb Państwa za prowadzenie przez nich spraw zleconych im przez sąd w przypadku, gdy stronie postępowania z takich czy innych przyczyn (np. gdy wykaże, że nie ma pieniędzy) „należy się” adwokat opłacany przez państwo (czyli przez Was, Czytelnicy).

Jak wiadomo, w kasie państwowej wiele nie ma, a adwokaci z założenia ustawodawcy z pewnością mogą dołożyć się do tej publicznej pomocy „z urzędu”. Więc od wielu lat utrzymuje się „minimalne stawki” na rzeczywiście minimalnym poziomie. Jest to oczywistą arogancją ustawodawcy w stosunku do mojej grupy zawodowej, ale – pal licho, znoszę to z godnością. Wprawdzie z pewnym dyskomfortem – wolę pomagać innym, kiedy tego chcę, a nie, gdy się mnie do tego zmusza – jednak traktuję swoje „urzędówki” tak właśnie  - jako działalność społeczną. I nawet mogłabym się zgodzić, z powodu trudnej sytuacji finansowej budżetu państwa i osobistego umiłowania Ojczyzny, na takie współfinansowanie pomocy prawnej z urzędu.

Jest jednak pewien szkopuł. Kiedy prowadzimy sprawy zwykłe, nie te „z urzędu” i dobiegają one do końca – sąd rozstrzygając zasądza stronie wygrywającej spór „koszty procesu”. Czyli, odpowiadając na pytanie klienta z pierwszego akapitu – TAK, sąd zasądza koszty procesu, jednak - UWAGA: według stawek wskazanych w rozporządzeniu o „minimalnych stawkach”.

Współpracowałam kiedyś z dobrze prosperującą spółką, która przy okazji obsługi w zupełnie innym obszarze prawnym zwróciła się do mojej kancelarii o pomoc w postępowaniu sądowym dotyczącym zwolnionego z pracy pracownika. Sprawa miała charakter wyłącznie wizerunkowy, chodziło o to, by nie demoralizować pozostałych zatrudnionych osób „ustąpieniem” przez pracodawcę w dość pryncypialnych kwestiach. Niestety, od strony sądowej sprawa ta była szalenie pracochłonna, musieliśmy wykonać przy jej okazji dogłębną analizę dokumentacji spółki, w tym z udziałem zewnętrznych ekspertów, księgowych i biegłych. Odbyło się kilka rozpraw, z których każda trwała po kilka godzin. Ustalone z klientem honorarium mojej kancelarii w tej sprawie nie było właściwie wynagrodzeniem, a raczej  - przysługą, która nawet nie stanowiła ostatecznie zwrotu poniesionych przez nas kosztów, była to kwota 2.000 zł. Sprawę wygraliśmy. Sąd zasądził całkowity zwrot kosztów, we wskazanej w wyroku kwocie… 60 zł. Na tyle została oszacowana nasza praca przez ustawodawcę.

wnętrze sądu XIX wiek, Anglia, źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/S%C4%85d#/media/File:Old_Bailey_Microcosm_edited.jpg


Klient był  umiarkowanie usatysfakcjonowany informacją, że to właśnie jest sukces, że formalnie koszty zostały mu w całości zwrócone, radość z wygranej została zamącona. Ponieważ spór w tamtej sprawie miał w całości charakter raczej walki o pryncypia, tym wyrazistsza była porażka wymiaru sprawiedliwości w punkcie, w jakim sąd zasądził „koszty postępowania”. W każdej sprawie, zasądzając koszty, sądy posługują się wyłącznie kwotami wykazywanymi w przywoływanych rozporządzeniach dotyczących „stawek minimalnych”. Dopóki wykazane w nich kwoty nie zbliżą się do poziomu stawek rynkowych, trudno mówić o sprawiedliwości procesowej.

Niestety, trudno zrozumieć, dlaczego ustawodawca jest kompletnie głuchy na postulaty adwokatów o zmianę stawek, a w mediach można jedynie znaleźć informacje, że żądamy podwyższenia „własnych” honorariów za postępowania z urzędu. Aby klienci po wygranej sprawie mogli poczuć pełną satysfakcję,  koszty, jakie ponoszą na postępowanie sądowe powinny im być sprawiedliwie zwracane. Na razie nadal mogę klientowi odpowiedzieć jedynie: TEORETYCZNIE - TAK

O pieprzeniu (i soleniu), dosłownie i w przenośni.

I znów z powodu pewnych prawnych rozwiązań w sieci i w „realu” wrze. Że po pierwsze już podobno nie można pieprzyć w barach. A po drugie, że jeden taki bar się postawił, popieprzył i teraz za karę mu dosolili, milion złotych. Na co go nie stać, więc interes zostanie zamknięty, a 130 osób straci pracę.
Są to informacje wyłącznie medialne, sprawy nie znam i nie zamierzam tu wypisywać, co lub kto powinien zrobić lub nie robić w tej sprawie. Jak się zresztą przeczyta kilka artykułów na ten temat, to łatwo się dowiedzieć, że nie kary mają zapłacić milion, tylko jest to kwota, którą należy (podobno, na tym etapie sprawy) – zwrócić. Czyli wcześniej ją dostali, obiecując, że będą jakichś tam warunków dotrzymywać.
Na marginesie, zupełny szlag mnie trafia, kiedy padają argumenty, że przecież tak nie można, bo w przypadku realizacji tej bezdusznej decyzji urzędników, ludzie stracą pracę, na bruk pójdą. Za takim argumentem przemawia oczywiście fakt, że zgodnie z naszą Konstytucją, w Polsce panuje zasada „sprawiedliwości społecznej” (w przeciwieństwie, jak niestety rozumiem  - po prostu  - do sprawiedliwości). Liberalne poglądy, jakie mi towarzyszą, nie wytrzymują po prostu w starciu z tą argumentacją. Jak ktoś naruszył prawo, to powinny wobec niego być stosowane równe zasady, jak do wszystkich. Obojętnie, o jakich kwotach mówimy (czy sto złotych czy milion) oraz ilu ludzi ma przez to pracę stracić. O sprawiedliwości społecznej jeszcze kiedyś z pewnością napiszę. Wróćmy jednak do tematu.

Bar mleczny w Gdyni, źródło:wikipedia.org/wiki/bar-mleczny

No właśnie, prawo. Jak ktoś złamał PRAWO. I dochodzimy tu do sedna sprawy. PRAWO bowiem, to ogół NORM, które należy stosować. Normy wyprowadzamy zaś z PRZEPISÓW. Jednym słowem – PRAWO to nie PRZEPIS, zwłaszcza, za przeproszeniem, durny przepis. Durny przepis należy  interpretować tak, żeby przestał być durny, ponieważ prawo (w założeniu) głupie nie jest. Notabene, do tego właśnie potrzebni są prawnicy. Prawnik wcale nie musi znać przepisów. Powinien za to z pewnością wiedzieć, jak te przepisy znaleźć, a przede wszystkim – jak je interpretować, tak, żeby stosowane prawo było mądre i sprawiedliwe.
Niektórzy urzędnicy umieją interpretować przepisy i wówczas rzeczywiście wydając decyzje STOSUJĄ PRAWO ( do czego są uprawnieni i zobowiązani). Chwała im za to. Inni aplikują po prostu goły, głupi  przepis. Coś przeczytali, nie zrozumieli, a potem niszczą – człowieka, przedsiębiorcę, czyjś dorobek życiowy.
Nie wiem, jak jest w przypadku barów mlecznych, choć na pierwszy rzut oka – informacja, że już nie można tam stosować przypraw, przyprawia mnie o zdumienie. Ale – jeśli chodzi o opis sprawy, miałam do czynienia z przypadkiem brzmiącym być może podobnie, jeśli chodzi o pewne zasady.
To była sprawa agencji zatrudnienia, która wysyłała za granicę pracowników z Polski. Traf chciał, że w przypadku dwóch pracowników (tak, słownie dwóch) spośród kilku tysięcy, jakim  podmiot zapewniał pracę, agencja nie zastosowała się do przepisu, który nakazywał jej odpowiednie pouczenie tych osób o ich prawach i obowiązkach. Nie pouczyła tych dwóch ludzi na piśmie. Przepis brzmiał bezwzględnie – w przypadku braku zastosowania takiego pouczenia – należy podjąć decyzję o wykreśleniu agencji z rejestru. Spółka trafiła do mnie już na ostatniej prostej – decyzja o wykreśleniu zapadła, zostało niewiele nadziei. Odwołanie. Które, pamiętam to jak dziś (a sprawa toczyła się kilka lat temu), składałam w imieniu klienta z towarzyszącym mi przekonaniem, że jeśli ten podmiot naprawdę zostanie zamknięty, to mój zawód do kitu jest. Bo głupie mogą być tylko przepisy, a nie prawo. A rolą adwokata staje się wskazanie prawidłowych rozwiązań urzędnikom (którzy zresztą sami powinni przepisy interpretować tak, aby stawały się w ich rękach prawem, ale ten temat pozostawię na inną okazję).
Szczęśliwie, w opisywanym przeze mnie przypadku, sprawa trafiła do osób myślących, rozumiejących istotę rzeczy. Agencja z powodzeniem działała dalej. Może więc jest nadzieja, że i bary mleczne będą sprawnie funkcjonować, a ich klientami będą również mądrzy i sprawiedliwi urzędnicy. Którzy stosują prawo, a nie przepisy.

O prawach. I obowiązkach.


Wkroczyłam do przedszkola syna i nagle mnie olśniło. Na wprost wejścia od pewnego czasu znajduje się ogromna tablica, na której wypisano prostym i przystępnym językiem, jakie dziecko ma prawa. Jest to bardzo ładnie przygotowane, w kilku punktach napisano to, o czym my dorośli zapewne wiemy i co z pewnością również każdy młody człowiek wiedzieć powinien. Że mamy prawo do życia bez przemocy, że dziecko ma prawo do zabawy, do nauki, do kontaktu z obojgiem rodziców, wypisano też inne uprawnienia, które bezspornie każdemu dziecku się należą.

Jedna z moich córek wkracza w wiek nastoletni. Ona z kolei świadomość swych praw zdecydowanie ma. Czasem nawet zastanawiam się, czy nie przerośnięta nieco ta świadomość. Zdarzyło się już nam (rodzicom) od niej usłyszeć, jak powinniśmy postąpić i na co się po rodzicielsku zgodzić, skoro takie właśnie ma dziecko prawa, a nie inne. Szkoła organizuje spotkania z różnymi osobami, które tłumaczą młodzieży, że organy i instytucje państwowe stoją na straży ich praw. Oraz wskazują ponownie, jakie te prawa szerokie są i czego młodzież może żądać i oczekiwać od organów i instytucji. Od rodziców i nauczycieli też. W sumie od wszystkich.

Uczniowie szkoły podstawowej - źródło: wikipedia.org/wiki/dziecko
 

Ja się z tym oczywiście zgadzam. Ba, sądzę, że nie tylko dzieci należy kształcić w zakresie świadomości prawnej, ale całe nasze społeczeństwo. Niestety prawda jest bowiem taka, że tej świadomości bardzo często brak. Świetnie, że podejmuje się działania mające na celu ochronę najmłodszych i kształcenie ich świadomości. Przyklaskuję każdemu projektowi, który choć trochę przyczyni się do upowszechniania świadomości obywatelskiej w naszym kraju.

Jest jeden tylko szkopuł w całej tej sprawie. Tak się składa, że w świecie musi istnieć równowaga. Z każdym prawem zaś łączy się OBOWIĄZEK. Nie potrafię pojąć, dlaczego w tym całym kształceniu świadomości naszych dzieci, zapomina się wskazać na tą jednak szalenie istotną zależność. Dzieci mają prawo do nauki, ale jest to też ich obowiązek. Mają prawo do zabawy, ale mają też swoje obowiązki, będące tak naprawdę ich pracą (np. sprzątnięcie zabawek). Nikt nie może używać wobec dzieci przemocy, ale i one nie mogą używać przemocy wobec siebie i innych. Oczywiście, teoretycznie wszyscy to wiemy i staramy się wychowywać dzieci w poczuciu obowiązku, szkoły i przedszkola niby też. Ale obok tablicy w przedszkolu informującej o prawach dziecka nie stoi informacja o jego obowiązkach. Na pogadankach o Rzeczniku Praw Dziecka i jego roli, nikt o obowiązkach nie wspomina. I w ten sposób buduje się w młodym pokoleniu wypaczony obraz świata. Z którym wkroczą oni w dorosłe życie.

Czytałam coś o pokoleniach X, Y i Z. Że teraz na rynek pracy wchodzi pokolenie Y, które tym różni się od X, że jest bardziej roszczeniowe, za to niezbyt chętnie przyjmuje na siebie odpowiedzialność za powierzone zadania. Pracodawcy, z którymi współpracuję, zdecydowanie potwierdzają taką, jednak nową, prawidłowość. Młodzi ludzie są podobno obecnie zdania, że praca im się po prostu należy – i to taka dobrze płatna, niezbyt absorbująca, bo popołudniami realizują swoje hobby. A jak pracy nie ma – to należy się solidna opieka socjalna.

I nie dziwię się tym młodym. Problem jest taki, że pracodawcy wcale nie realizują założeń i pragnień tej młodzieży, podobnie jak państwo, którego na to po prostu nie stać. I wówczas przychodzą rozczarowania. Dramat będzie, jak jeszcze młodsi dojdą do wieku dorosłego. A to wszystko wina starszych pokoleń, że tak młodzież wychowują. Skoro wpajamy naszym dzieciom, że mają bezwarunkowo mnóstwo praw, zapominając w tym samym czasie wspomnieć, że te właśnie prawa łączą się z obowiązkami  – to czego się możemy spodziewać? Naturalnie, że wyrosną z przekonaniem, że wszystko się należy bezwarunkowo i po prostu. Bo świadomość prawną kształcić oczywiście należy, tylko mądrze i ze świadomością konsekwencji, czego chcemy nauczyć.

Pacjent (dobrze) WYSŁUCHANY.

Dziś trochę z mojego najwłaśniejszego poletka. Z inspiracji po ostatnim spotkaniu i długiej rozmowie z osobami, które doskonale wiedzą, o czym piszę.

źródło: wikipedia.org
 
Sprawy sądowe z elementem medycznym (tzw. „błędy lekarskie”) należą raczej do trudnych – zarówno dla stron postępowania, jak ich pełnomocników – i sądu. Trudno w pierwszym rzędzie ocenić, czy dana sprawa jest faktycznie „sprawą”, którą powinien rozstrzygać sąd. Trudno zgromadzić materiał dowodowy, bo żeby coś zakwalifikować do służących stronie dowodów, trzeba się na danej materii choć trochę znać. A prawnik, wiadomo, to nie medyk. Trudno fachowo, a jednocześnie zrozumiale przedstawić sądowi, dlaczego zwracamy się do niego o rozstrzygnięcie. Trudno jest nawet słuchać świadków, ponieważ jeśli są lekarzami (a znaczna część świadków, jeśli nie wszyscy w takich sprawach, to właśnie lekarze), nie mogą wyrażać w toku przesłuchania swoich poglądów (ta domena jest pozostawiona biegłym), mogą mówić jedynie o spostrzeżeniach, faktach. Czasem trudno jedno od drugiego oddzielić.  Trudno znaleźć biegłych, którzy wydadzą opinię w sprawie. Trudno znaleźć w sobie cierpliwość, by wyczekać (czasem ponad dwa lata!) na wydanie takiej opinii. Trudno polemizować z opinią biegłego. I z całą pewnością – bardzo trudno wydać w takiej sprawie wyrok. A następnie go uzasadnić w sposób przekonujący strony do jego słuszności.

A jednak są tacy, co postanawiają przejść tę drogę przez mękę, pomimo, że ostrzega się ich lojalnie – że łatwo nie będzie. Determinacja klientów wszczynających tego rodzaju postępowania jest moim zdaniem wyższa niż tych, którzy żądają odszkodowań z bardziej konwencjonalnych tytułów. A jest rzeczą zdumiewającą, że we wszystkich sprawach „medycznych”, z którymi w każdym razie ja miałam do czynienia – można odnaleźć jeden wspólny mianownik. W każdej z nich, bez wyjątku, pacjent czuł się po prostu ŹLE POTRAKTOWANY. Znaczną część czasu podczas pierwszego spotkania spędzamy z klientami na rozmowie o przebiegu leczenia i naprawdę zawsze słyszę coś w stylu: w życiu nie zdecydowałbym się zaczynać tej sprawy, ale uważam, że muszę, bo ONI nie mogą tak traktować pacjentów! Może ta sprawa spowoduje, że TO SIĘ ZMIENI.

Nie chodzi tu już o to, że wszelkie nieprawidłowości w podejściu do pacjenta zazwyczaj stanowią równocześnie naruszenie jakichś przepisów prawa – te kwestie pomijam, jako nudnawą argumentację prawniczą. Mam jednak jeszcze inne, zupełnie banalne spostrzeżenie: elementem leczenia (kluczowym!) jest przecież postawienie właściwej diagnozy. Do jej osiągnięcia zaś niezbędny jest prawidłowy tzw. wywiad. Czyli potocznie rzecz ujmując – sumienne WYSŁUCHANIE, co ma pacjent do powiedzenia na temat swojej choroby. Zadanie mu właściwych pytań i następnie uwzględnienie odpowiedzi w wybranym procesie leczenia. Zaś taki WYSŁUCHANY pacjent raczej nie będzie uważał się nigdy za osobę źle potraktowaną. Mało tego, idę o zakład, że po WYSŁUCHANIU zwiększamy szansę na prawidłową diagnozę. Nawet jednak jeśli zdarzy się, że coś pójdzie w procesie leczenia nie po myśli, niewielkie prawdopodobieństwo, że sprawa ujrzy finisz w sądzie. W każdym razie do mnie nie zwrócił się nigdy pacjent, który żądałby postępowania wskazując, że traktowano go dobrze, ktoś popełnił przy tym jakiś błąd czy nieprawidłowość, a odszkodowania będziemy żądać, bo nam się po prostu należy (w innych sprawach odszkodowawczych jest to za to popularna forma argumentacji).

Mam wielu znajomych i kilku przyjaciół w gronie lekarzy. Tym najbliższym, co do których wiem, że SŁUCHAJĄ, nieomal mogę zagwarantować, że nie staną na wokandzie. Wszystkim pozostałym gorąco życzę, aby zawsze mieli CZAS dla swoich pacjentów, choć wiem, jak bardzo deficytowe jest to dobro w służbie zdrowia. Oczywiście, że formuła tego tekstu sprawia, że sprawę bardzo uprościłam. Ale każdy z nas staje się kiedyś pacjentem. Czasem wówczas wystarczy, by ten, w których rękach jest nasze zdrowie – z uwagą nas wysłuchał.

O powszechności ubezpieczeń obowiązkowych i społecznej degrengoladzie


Dzielę się dziś refleksją nieprzynoszącą doraźnych rozwiązań czy pomysłów przyszłych rozwiązań. Więc śmiało można ten tekst pominąć, nie czytać. Będzie malkontencko. O ubezpieczeniach, czyli naszym chlebie powszednim. Konkretnie – o ubezpieczeniach obowiązkowych.

Na przykład adwokaci podlegają obowiązkowo ubezpieczeniu odpowiedzialności cywilnej. Podobnie lekarze. Polega to na tym, że płacimy co miesiąc obowiązkowo składki, w przypadku zaś, gdybyśmy w swych działaniach zawodowych popełnili błąd, to nie my z własnej kieszeni, lecz ubezpieczyciel powinien pokrywać straty.

Założenia ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej są teoretycznie trafne. Wykonuję trudny zawód, mogę obawiać się, że w jakimś miejscu popełnię błąd, ktoś na tym ucierpi, ja zaś będę zobowiązana do pokrycia horrendalnych strat, na których poniesienie mnie nie stać. Więc proszę cię ubezpieczycielu, zbadaj naszą sytuację, oceń, jakie ryzyko wiąże się z ubezpieczeniem moich działań i w zamian za comiesięczną opłatę z mojej strony oraz ze strony kilku tysięcy innych podobnych osób, przyjmij na siebie odpowiedzialność  za nasze ewentualne niedociągnięcia. W ten sposób moi klienci będą mieli 100% pewności, że jeśli zawiodę, uzyskają odszkodowanie od podmiotu, który jest wypłacalny (ja mogę nie być takim podmiotem, a w każdym razie klientowi bardzo trudno ocenić moją wypłacalność).

Super. Tylko, czy wiecie Państwo, że u zarania ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej było np. we Francji traktowane jako nieetyczne i nie wolno było ubezpieczycielom zawierać takiej umowy? (Brytyjczycy podeszli do problemu bardziej biznesowo J.) Obecnie coraz szerzej otwartymi drzwiami wchodzi do nas plaga obowiązkowych ubezpieczeń. Niedługo zacznę się obawiać, że każdy będzie zobowiązany do posiadania ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej dla wszystkiego, co robimy. I w tym kontekście doskonale zaczyna być widoczne, dlaczego ten produkt był dwa wieki temu zabroniony we Francji.

Przyjmuję sprawę „medyczną”. Pacjentce po zabiegu w miejscu jego prowadzenia pozostawiono pamiątkę: narzędzie. Po kilku konsultacjach medycznych, z pewnością, że niestety mamy do czynienia z sytuacją, w której gdzieś po drodze popełniono błąd, kontaktuję się telefonicznie z lekarzem przeprowadzającym zabieg. No i co, słyszę w słuchawce, czy pani wie, ile ja mam takich sytuacji. Proszę ze mną więcej nie rozmawiać, po to mam ubezpieczenie, żeby takich jak pani mieć z głowy.
źródło: wikipedia.org/stomatologia
 

Tylko, że właśnie nie takie miało założenia to ubezpieczenie. Powinno ono raczej chronić potencjalnych poszkodowanych w ten sposób, by zawsze mogli liczyć na wypłacalnego przeciwnika, by zawsze otrzymywali należne odszkodowanie. Umowa ubezpieczenia ma sens, gdy jest zawierana przez świadome podmioty, które czynią to w celu ochrony swych klientów czy „niewinnych” osób trzecich. Tymczasem obecna „powszechność” i „obowiązkowość” tej umowy doprowadza w wielu wypadkach (moim zdaniem) do rozmywania odpowiedzialności i w konsekwencji do bylejakości świadczonych usług. Na szczęście powyżej opisana sytuacja nie należy do częstych, przynajmniej w środowisku adwokackim czy lekarskim, gdzie występują jeszcze inne czynniki samokontroli zawodowej. Tu zresztą myślę, że nawet bez obowiązku, większość przedstawicieli tych grup zdecydowałaby się na dobrowolne ubezpieczenie. Rozciąganie obowiązku ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej na kolejne grupy jest już całkowitym nieporozumieniem. Prowadzić będzie wyłącznie do braku poczucia odpowiedzialności społecznej za własną pracę, a tym samym – do obniżenia jakości świadczonych usług. Ze szkodą, a nie z pożytkiem społecznym.

 

 

Kontakty z dzieckiem – bohaterstwo dnia powszedniego.



Sprawy rodzinne są zawsze tak bardzo delikatne, że nie miałabym odwagi żadnej z tych, przy jakich dane mi było uczestniczyć, komentować. Do tego każda jest inna, zupełnie inna, tak jak ludzie są inni, inne życiorysy i inne okoliczności. Decyzje życiowe podejmowane przez moich klientów są ich decyzjami, ja mogę jedynie pomóc im najlepiej i najbezpieczniej przejść przez niektóre trudne życiowe sytuacje.

Jednak cała masa zdarzeń, czynności, emocji, leży zupełnie poza wpływem prawnika. I o jednej niewielkiej ich części chciałabym dziś napisać. To będzie taka trochę prywatna myśl, która narodziła się w mojej głowie już dawno temu, urosła i przypomina się co jakiś czas. A dotyczy tego, co dzieje się pomiędzy rodzicami i dziećmi w sytuacji, kiedy rodzice nie żyją już ze sobą.

Trochę  nawet przewrotnie, ponieważ chcę właśnie powiedzieć o sytuacji osadzonej w stereotypie. I o kobietach. Przewrotnie, bo tak się jakoś składa, że częściej zdarzało mi się reprezentować panów, a panie obserwowałam zza drugiej strony „barykady”. Mimo wszystko, stoją w moich oczach, z całą swą codziennością, pięknem i – bez patosu -  bohaterstwem.

Kiedy para przestaje ze sobą żyć, a ma dziecko lub dzieci, jest tak bardzo trudno. Rozwodzą się (albo nie, bo nigdy nie byli małżeństwem) i ustalają, w jaki sposób będą zajmować się tymi wspólnymi dziećmi. Robią to albo sądownie (tzw. ustalenie kontaktów z dzieckiem) albo też pozasądowo. Czasem z udziałem adwokatów, psychologów, mediatorów, czasem zupełnie sami ustalają własne reguły gry. I jakaś ustalona teoria przechodzi w praktykę.
Stanisław Wyspiański Macierzyństwo źródło: Wikipedia
 Stereotypowo załóżmy, że ona zajmuje się dziećmi cały czas, a on tylko w ustalone dni, dajmy na to dwa weekendy w miesiącu i co drugą środę. Praktyka jest więc oczywiście taka, że wszystko co najcięższe – ranne wstawanie, zawożenie dziecka do szkoły i zajęcia tzw. dodatkowe, nocne czuwania, choroby, zakupy, lekarze, pranie, prasowanie, sprzątanie, odrabianie lekcji, wywiadówki, no wszystko po prostu – jest na głowie mamy. Tata zaś zjawia się kilka razy w miesiącu: zadbany, uśmiechnięty (nie tyrał jak ona na dwie zmiany) – i z nim dziecko czekają same przyjemności: kino, zoo, basen, spacer, obiad w restauracji, nierzadko – kolacja z nową ciocią.   Dziecko czeka na te spotkania, cieszy się na nie – no jak tu się nie cieszyć, przecież kocha tatę, a do tego ZAWSZE jest tak fajnie. A mama, wiadomo, nerwowa kobieta. Bywa, że czasem krzyczy.

I właśnie o tym chciałam napisać. Że te wszystkie matki, które MIMO WSZYSTKO bez nerwów i utrudniania ojcom kontaktów – po prostu oddają im dzieci w dobrej atmosferze – dla mnie są i pozostaną bohaterkami. Ja wiem, że taki obowiązek. Wiem, że dziecko ma prawo do kontaktu z ojcem i matką. Wszyscy to wiemy. Ale kiedy sobie myślę, że tak bardzo ciężko pracuję w tygodniu, że nie mam czasu na zabawę z dzieckiem,  a potem w weekend, zamiast sobie ten czas darować, musiałabym pozwolić mu odejść z facetem, który może mnie skrzywdził, do którego mam tyle żalu i pretensji, a może którego tak serdecznie całym sercem nie znoszę, a może jest to mi totalnie obojętny, obcy człowiek, który zabiera MOJE dziecko – wszystkie te opcje równo powodują, że na myśl samą krew mnie zalewa.

I dlatego będę zawsze podziwiać te cudne mamy, które umieją oddzielić swój żal, swój stres od złości, które dla dobra dziecka, tego prawdziwego jego dobra, nie tego „sądowego”, odsuwają konflikt na bok, stwarzają atmosferę przyzwolenia na cieszenie się z ustalonych kontaktów. Dobrej atmosfery nie da się ująć w ramy prawne. Za to wiem to z doświadczeń moich klientów, że to ich bohaterstwo procentuje – bo dzieci z czasem wyrastają na ludzi dorosłych i zaczynają pojmować, jak wiele z siebie dla ich szczęścia oddać potrafiła mama. Żaden przepis i żaden prawnik tego szczęścia nie zagwarantuje, o tym mogę zapewnić.

Je suis Charlie à la polonaise. Czy to ma sens ?


Kilka dni temu podano nam informację, że na polski rynek trafił tygodnik „Charlie Hebdo”. W czasie strasznej zbrodni jaka miała miejsce 7 stycznia 2015 r. w Paryżu,  gdzie po zamachu terrorystycznym na redakcję tej gazety zginęło 12 osób, łączyliśmy się w solidarności ze społeczeństwem francuskim. Je suis Charlie, anonsowała znaczna część świata. I zaraz obok pojawiały się hasła protestu. Je ne suis pas Charlie, pisali przeciwnicy gazety i jej antyreligijnej ideologii, wielu z nich w Polsce. I u nas rozpoczęła się dyskusja na temat granic wolności słowa. Na temat ochrony poglądów religijnych. Na temat prawa do głoszenia swych poglądów oraz ochrony uczuć innych ludzi. Na temat wolności i ograniczeń oraz ochrony, jaką może gwarantować prawo.

Hasło z oficjalnej strony gazety "Charlie Hebdo"

Dyskusję można właściwie sprowadzić do próby odpowiedzi na pytanie, czy poglądy (odczucia) religijne, sprawy dotyczące wyznania, mogą i powinny korzystać ze szczególnej ochrony prawnej. Ochrony idącej dalej, niż ochrona innych niż religijne poglądów i uczuć. Czy prawo karne powinno zajmować się odpowiedzialnością za bluźnierstwo? Czy można kogoś pozwać cywilnie za obrazę uczuć religijnych?

Odpowiedzi na te pytania nigdy nie będą jednoznaczne. Przepisy prawa stanowią odzwierciedlenie pewnej umowy społecznej – to społeczeństwo decyduje przecież, jakie czyny powinny podlegać penalizacji. I od świadomości, stopnia rozwoju społecznego zależy zazwyczaj zakres wolności i ograniczeń. Te wolności i ograniczenia są nieprzekładalne z jednej społeczności w inną. Zwróćmy uwagę, że np. w USA w zależności od stanu, od tego czy jego społeczność jest mniej czy bardziej konserwatywna, bluźnierstwo nie stanowi przestępstwa lub też jest surowo karane!

W Polsce w kodeksie karnym opisano przestępstwo obrazy uczuć religijnych (dyskutuje się wprawdzie nad wyjęciem tego czynu z penalizacji). Można również, o ile ktoś poczuje się urażony działaniem innych osób, złożyć pozew cywilny o ochronę dóbr osobistych. Choć w tym ostatnim zakresie rodzą się wątpliwość co do zakresu „osobistości” dobra, jakim jest ochrona poglądów religijnych. W każdym razie ja mam takie wątpliwości. Przy czym sądy wprawdzie pozwy rozpatrują, jednak przyglądając się wysokościom zasądzanych w takich procesach kwot, można stwierdzić, że sprawy te nie są jednak traktowane zbyt poważnie. Ale należy przyznać, że ochrona poglądów religijnych w Polsce istnieje, przynajmniej formalnie. Że należałoby ten stan utrzymać, można wnioskować z burzy polskich protestów przeciw formie i treści żurnalistyki w stylu „Charlie Hebdo”.

To zupełnie inaczej niż we Francji. Tam społeczeństwo, wyrosłe i związane z ideałami oświeceniowymi, do dziś posługujące się hasłami rewolucji francuskiej, społeczeństwo liberalne i ateistyczne – nie rozumie nawet, że ktoś może stawiać bariery słowu, czy też satyrycznym rysunkom. Przyznaję, że podczas studiów we Francji, byłam na początku zaskoczona stopniem istniejącej tam wolności. Co tydzień rozdawano na terenie uczelni bezpłatne gazetki marksistowskie (naprawdę, a to było zaledwie kilkanaście lat temu!), tytuły gazet nie przebierały w słowach. Hasła na różnorakich manifestacjach (które z wielu powodów przechodziły przez miasto średnio raz w miesiącu) wzbudzały we mnie zdumienie, że nikt tu nie interweniuje, nikt nie żąda ukrócenia takiej dezynwoltury. Jednak do tej wolności można szybko przywyknąć. I jest ona ożywcza po prostu. Nie muszę stać się marksistką, nie muszę kupować i czytać czasopism, które wywołują we mnie niesmak. Jak dobrze jest jednak wiedzieć, że mogę mieć pełną wolność czytania i pisania o cudzych i własnych poglądach.

Wracając na nasz rodzimy grunt, te same treści, swobodnie dostępne we Francji, publikowane w Polsce mogą siać zgorszenie. Rysunek w pełni akceptowalny przez społeczeństwo francuskie, może u nas wywołać konsternację. Protesty i sprzeciwy. Bunt. Ze zdumieniem przyjęłam w tym kontekście informację, że „Charlie Hebdo” trafił właśnie na polski rynek. Poza zabójczą ceną (39,90 zł), treści tam przedstawiane również (moim zdaniem) raczej nie będą zachęcać polskich czytelników. Narażenie na odpowiedzialność karną w Polsce istnieje, ryzyko pozwu cywilnego ze strony zagorzałego przedstawiciela społeczności religijnej również, przede wszystkim jednak – stawiałabym raczej na ryzyko rynkowe, że taki styl i formacja światopoglądowa po prostu się nie przyjmie. Nie wydaje się, aby w każdym miejscu na ziemi wszystkie relacje i potrzeby społeczne miały kształtować się identycznie. Zdecydowanie wolałabym jednak, aby i u nas to raczej rynek, a nie ograniczające przepisy prawa decydowały o tym, co i kiedy można publikować.

Białe szaleństwo z głową (i nogami).

Jesteśmy w samym środku sezonu zimowego. Wprawdzie pogoda dopisuje tak na pół gwizdka, jeśli chodzi o możliwości narciarskie, ale wszystko może się szybko zmienić, poza tym część z nas wybiera się na narty w miejsca, gdzie śniegu nigdy nie braknie. Wobec czego dziś już chciałabym wrzucić mały kamyk do ogródka świadomości prawnej narciarzy.

Przykro jest to bowiem stwierdzać i mam nadzieję, że nikt osobiście się nie poczuje obrażony, jeśli powiem, że moim zdaniem kultury jazdy naszym narciarzom często brak. Może odkąd Adam Małysz zaczął odnosić tak cudne, spektakularne sukcesy, narciarstwo aspiruje do bycia również naszym narodowym sportem (bo chyba już nie piłka nożna?), jednak aspiracje te nie zawsze idą w parze ze znajomością podstaw zachowania na stoku. Trochę to tak, jak jeszcze niedawno można było poznać z daleka polskiego kierowcę na drodze (jechał lewym pasem autostradą, choć prawy był wolny oraz nie znał zasady włączania się w ruch „na zamek”). Niestety, jeżdżąc na nartach za granicą, naprawdę z daleka mogłam rozpoznać rodaków na stoku. I dumna nie zawsze byłam, oględnie rzecz ujmując.

To ci, co się niespodzianie gromadzili na środku wąskiego zjazdu, łapiąc w grupce promienie słońca i ucinając pogawędki, podczas gdy inni próbowali ich z każdej strony ominąć, nie łamiąc sobie przy tym nóg. To ci, co (z oszczędności?) wędrowali pieszo stokiem, w górę lub w dół (dlaczego w dół?!). To ci, którzy mijali bez zatrzymania i udzielenia pomocy osobom, które przewróciły się na stoku. I również ci, których odwaga mnie zadziwiała, bo na nogach łatwo się już nie stało po którymśtam grzańcu, a narty jednak zakładali – i w drogę.

Tymczasem, również i na stoku obowiązują pewne zasady, przepisy, podobnie do przepisów o ruchu drogowym.  Dziś już nikt (a szkoda) nie czyta „Kodeksu Narciarskiego” opracowanego przez wybitnego prawnika, adwokata Andrzeja Rozmarynowicza oraz prof. Władysława Lenkiewicza pod koniec lat 60. XX wieku. Jednak wielce uniwersalne, a przy tym mające zazwyczaj walor obowiązujących przepisów, są zasady opracowane przez Międzynarodową Federację Narciarską (FIS). Nazywane „Dekalogiem narciarza”, są dostępne w wielu źródłach w Internecie, ponadto najczęściej w jakiejś formie opracowania publikowane przez podmioty zarządzające stokiem. I nie są to żarty, te przepisy obowiązują na serio.
 
Warto od małego uczyć dzieci zasad bezpieczeństwa. Fot. EB
 

Jeśli doszłoby do wypadku na stoku – wina jest zawsze tego, co na górze. To tak mniej więcej, jak w przypadku aut – wina tego, co z tyłu. Jeśli więc zjeżdżając spowodujemy wypadek na stoku, możemy być pewni konsekwencji finansowych. Bo i odpowiedzialność jest tu podobna, jak w przypadku kolizji czy wypadków drogowych. I jeśli nie będziemy mieć wykupionej polisy OC (to naprawdę nie jest żart, ani żadna przesada!), która przecież w przypadku samochodów jest obowiązkowa, na stoku zaś już nie – za nasze wakacje możemy zapłacić znacznie, znacznie więcej, niż planowaliśmy wyjeżdżając nawet na najdroższą wycieczkę. Zachęcałabym do wykupienia takiej polisy, wówczas przynajmniej w przypadku nieszczęścia nasze kłopoty będą częściowo zredukowane.

Pamiętajmy również, że zgodnie z zasadami wynikającymi z ustawy o bezpieczeństwie i ratownictwie w górach i na zorganizowanych terenach narciarskich, w Polsce dzieci do lat 16 powinny jeździć na nartach w kasku, zaś osoby jeżdżące na nartach muszą być trzeźwe. Złamanie tych zasad stanowi wykroczenie zagrożone karą grzywny do 5.000 zł. Warto również zwrócić uwagę, że polski ustawodawca po praz pierwszy przywołaną ustawą (w 2011 r.) zobligował podmioty zarządzające terenem narciarskim do prowadzenia specjalnego rejestru wypadków, dzięki któremu prowadzenie spraw odszkodowawczych związanych z wypadkami na stokach stało się ułatwione. Od niedawna również stoki narciarskie w Polsce są patrolowane przez policję. Świadomość prawna wyraźnie więc podnosi się. I mnie to cieszy.

Zwłaszcza, że urlop zapewne spędzimy całą rodziną w Polsce, w naszym rodzinnym domu, opisanym na siostrzanym blogu tutaj . Już odliczamy dni do zimowych wakacji. Wprawdzie zakopiańskie stoki stanowią umiarkowaną konkurencję dla znakomicie przygotowanych włoskich czy francuskich tras, jednak jeżdżenie w Polsce też ma wielki urok. I dlatego będę wspierać każdą formę poprawy bezpieczeństwa na naszych stokach. A na dziś życzę – i Państwu, i sobie – pięknej, prawdziwej, białej i mroźnej zimy. Do zobaczenia na stoku!

 

Zawód zawodu zaufania publicznego.

Od kilku dni w mediach i na portalach społecznościowych wrze. Lekarze strajkują, ponieważ ich zdaniem Ministerstwo Zdrowia (a tym samym rząd) chce wymusić przyjęcie warunków współpracy, których ci przyjąć nie chcą i nie mogą. Minister zaś jest w pozycji silniejszego i z pozycji tej korzysta. Z wielkim, widocznym w mediach zaangażowaniem. A internauci, czyli pacjenci, czyli społeczeństwo – daje się tej (anty)kampanii ponieść.

źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Operacja_(medycyna)


Kiedy czytam komentarze internautów, nie mogę wprost uwierzyć, że ten (postkomunistyczny) roszczeniowy model jest tak głęboko zakorzeniony w naszym społeczeństwie. Przecież już od ponad ćwierćwiecza mamy wolność. I mamy też wolne zawody – są to mi.in. tzw. „zawody zaufania publicznego”, czyli takie, które z założenia powinny się cieszyć społecznym zaufaniem. Tymczasem, kiedy Minister wysyła komunikat, że lekarzom zależy wyłącznie na pieniądzach, „zawód” przybiera raczej skojarzenie nie z zajęciem, a z uczuciem. Bo jak ma się czuć pacjent, gdy słyszy, że jego lekarz myśli tylko o kasie, a nie o zdrowiu.

Pierwszy z brzegu i zapewne marginalny drobiazg dotyczący propozycji ministerialnej, przykuł moją uwagę. Medycy mają być obecnie, jak wynika z relacji medialnych, punktowani (in plus) za „wykrycie” choroby i karani (finansowo) za niepoprawne diagnozy. To trochę tak, jakby adwokat miał otrzymywać wynagrodzenie wyłącznie za „wygrane” sprawy (a takie postulaty już były podnoszone co najmniej przez internautów!). Z tym, że ja osobiście jako pacjent średnio czułabym się ze świadomością, że badający mnie lekarz wprost marzy o wykryciu we mnie jakiegoś guza! A przecież to i adwokaci ze swej praktyki wiedzą (prowadząc spory „medyczne”), że lekarz nie ponosi odpowiedzialności za niepomyślny rezultat leczenia (musiałby być Panem Bogiem), a jedynie za brak należytej, zawodowej, najwyższej staranności w podjętych działaniach. Choćby po tym szczególe widać, że walka lekarzy o zmianę ministerialnych propozycji wydaje się sensowna i zgodna przede wszystkim z dobrem pacjenta. W każdym razie w moim rozumieniu.

Jeśli chodzi o pieniądze i oskarżenia, że składali przysięgę i że wobec tego w każdym przypadku lekarze powinni mieć otwarte przychodnie i przyjmować pacjentów, zaś walka o wynagrodzenia czyni z nich piranie, hieny i co tam jeszcze, jest populizmem i głęboką nieprzyzwoitością. To polityka państwa spowodowała, że większość lekarzy prowadzi działalność gospodarczą i musi działać i myśleć biznesowo. Ja bardzo uprzejmie przepraszam, ale nie słyszałam groźby ze strony środowiska medycznego, że będą odmawiać pomocy w sytuacji zagrożenia życia. Muszą zaś być wysoce zdesperowani i przekonani o swoich racjach, skoro decydują się na zamknięcie przychodni i nieprzyjmowanie pacjentów na bieżąco (przecież to oczywiste, że tym samym codziennie tracą pieniądze!). I twierdzenie, że z powodu charakteru wykonywanego zawodu nie mają prawa protestować, jest szantażem intelektualnym, emocjonalnym, niegodnym. Szantażem jednocześnie prymitywnym i na dłuższą metę szkodzącym społeczeństwu, które już zupełnie traci wiarę w zawody zaufania publicznego.

Adwokaci przerabiają to codziennie. Jesteśmy zobligowani do prowadzenia spraw z urzędu, w których stawki wypłacane nam przez Skarb Państwa czasem nie stanowią nawet zwrotu naszych wydatków na telefony, papier czy parking opłacany w związku z prowadzoną sprawą. Nie strajkujemy zapewne dlatego, że dla żadnego adwokata sprawy z urzędu nie stanowią podstawy działalności, a jedynie najczęściej traktowane są właśnie jako wkład społeczny dla biednej ojczyzny, biednego społeczeństwa. Ja w każdym razie osobiście w ten sposób traktuję „urzędówki”. I tylko uciska mnie trochę i doskwiera, że ta półgratis praca z mojej strony jest mi narzucana. Bo gdyby jakiś polityk zwrócił się do mnie i kolegów, i powiedział wprost: „Jesteśmy krajem tak biednym i niewydolnym, że zwracamy się do was z prośbą, abyście pracowali dla waszej ojczyzny za darmo w takim to a takim zakresie” – to przynajmniej mielibyśmy sytuację jasną, czarno na białym.  Prośba o darmową pomoc jest już chyba lepsza niż udawanie, że się komuś za coś płaci, prawda? Przypuszczam nawet, że zupełnie możliwe, że jakiś kompromis co do takiej pomocy mógłby zostać wówczas wypracowany – przy założeniu, że sprawa jest uczciwie zdefiniowana. Tymczasem mówi mi się zupełnie co innego: „Jesteś adwokatem, więc musisz przyjąć taką a taką sprawę za wynagrodzeniem sztywno określonym (np. 60 zł) i jesteś do tego zobligowana, bo wykonujesz WOLNY zawód”. Państwu to nie zgrzyta?

To samo, jak wydaje się, dotyczy obecnie środowiska lekarskiego. Nazywa się to potocznie odwracaniem kota ogonem. Dobrzy politycy kontra źli i pazerni lekarze. I jeszcze jedna uwaga na temat reakcji społeczeństwa,  wynikająca z komentarzy internautów. Czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego przyjmuje się, że lekarze (czy my, adwokaci) w ogóle mają dla kogoś/za kogoś pracować za darmo? Przecież są przedsiębiorcami, jak inni. Mają (jak i my) rodziny, dzieci, które muszą utrzymać,  dla których nie mają zbyt wiele czasu, bo zajmują się codziennie problemami innych ludzi, tym ludziom pomagając; dają (jak i my) innym pracę, płacą podatki, ZUSy i Bóg wie jakie jeszcze świadczenia. Dlaczego nikt nie oczekuje, że mechanik samochodowy czy blacharz pracujący za przyzwoitym wynagrodzeniem, popracuje również gratis, a lekarz czy adwokat, to powinien działać jedynie w imię idei?

Atmosfera, jaka budowana jest wokół zdarzeń związanych z protestem lekarzy związanych z tzw. Porozumieniem Zielonogórskim jest – moim zdaniem – trudna do zniesienia. Obraz zaś zawodu lekarza rysowany przez polityków, następnie zaś powielany przez media i z przyjemnością powtarzany przez internautów: krwiopijcy, bezdusznego, nastawionego wyłącznie na pieniądze biznesmena, który kosztem społeczeństwa i za nasze pieniądze realizuje wyłącznie swoje zachcianki, zbliża się do lansowanego niesprawiedliwego obrazu zawodu adwokata. A wszystko to wynika z hipokryzji polityków, którzy przerzucają  odpowiedzialność za braki budżetowe na tzw. zawody zaufania publicznego. Na ludzi, którzy faktycznie biorą na siebie i za swoje działania odpowiedzialność nieraz znacznie wyższą niż wynika z prostych, spisanych zobowiązań. Myślę, że w takich sprawach środowisko adwokackie, w imię obrony przyzwoitości i sprawiedliwości, powinno częściej zabierać głos. Aby wyraz „zawód” nie kojarzył się tak bardzo z rozczarowaniem.

 

 

 

Nie taki prawnik straszny.


Tekst z niespodzianką
Jest taki znamienny rysunek autorstwa chyba Andrzeja Mleczki: siedzą sobie małe diabełki w kole, a przed nimi duży diabeł, wydaje się, że opowiada maluchom jakieś historie. Mały diabełek prosi: I dziadku, opowiedz nam jeszcze raz, jak to było, gdy stworzyłeś prawników?

Przypomniała mi się ta historia dziś, kiedy jeden z klientów, przy okazji spotkania po zakończeniu sprawy, zadał mi pytanie, które tyleż mnie zaskoczyło, co zastanowiło i chyba trochę też rozbawiło: „Pani Elżbieto, czy pani zna więcej sympatycznych prawników? Bo zmieniła pani moje dotychczasowe zdanie o tym zawodzie - dotąd żadnego sympatycznego nie poznałem”. Na moje pytanie, ilu przede mną poznał prawników, pan szczerze przyznał, że właściwie to żadnego. Czemuż więc, czemuż, tacyśmy społecznie napiętnowani?
Po pierwsze dlatego zapewne, że gdy zajmujemy się poważnymi sprawami, nie zawsze jest wesoło i nawet najbardziej wyszukane poczucie humoru może nie znajdować żadnego, ale to żadnego pożytku. Więc wychodzi na to, że jesteśmy ponuracy i sztywniacy.
Po drugie, naprawdę nie mamy zbyt wiele czasu. Podobno badania wskazują, że jesteśmy w grupie zawodowej pracującej najwięcej na świecie (ha, zwracam Państwa uwagę, że spotkanie z klientem miało miejsce DZIŚ, a proszę uprzejmie przyznać, ilu z Państwa dziś też pracowało J). Nie narzekamy, ale też i wolny czas staramy się wykorzystywać jak najefektywniej. Więc sporo jeździmy po świecie, imprezujemy, nie zatrzymujemy się nad  sprawami, które naszym zdaniem są mniej ważne czy też zbyt czasochłonne. I znów wówczas okazujemy się światu nonszalanccy, aroganccy i protekcjonalni.
I tak dalej. Pewnie jest w naszej grupie zawodowej mnóstwo bufonów, sztywniaków, arogantów, a nawet prawdziwych łobuzów. Jak wszędzie. A także całkiem sporo ciekawych i przyzwoitych ludzi. Takich z pasją, mądrych, wielkich postaci, służących swoją pracą innym. Albo słynnych. Albo i jedno, i drugie. W nadchodzącym roku od czasu do czasu napiszę parę słów o znanych prawnikach. Przypomnimy sobie postaci wybitne i ponadczasowe, a również może kilku współczesnych „celebrytów”. Czy wiecie Państwo na przykład, że słynny bajkopisarz Charles Perrault – bajki pisać zaczął dopiero na emeryturze, a wcześniej był właśnie prawnikiem, mecenasem, urzędnikiem we dworze Ludwika XIV? A dzisiejsi pisarze? A aktorzy? Modelki? Prezenterki telewizyjne? O pewnej Pani Domu nie wspominając ;-)
Materiału będzie sporo. Podobno to prawnicy wymyślili Internet. Jestem skłonna w to uwierzyć, bo w końcu jesteśmy przede wszystkim specjalistami od znajdowania rozwiązań dla istniejących problemów, do czego potrzeba otwartego umysłu. I takich właśnie prawników Państwu życzę: z otwartymi głowami, pracujących z poczuciem pewnej służby społeczeństwu (mogą przecież przy tym być również prywatnie sympatyczni i nawet mieć poczucie humoru) – w Nowym 2015 Roku i w latach kolejnych.
A na zakończenie, w klimacie życzliwości, pozwolę sobie, korzystając z pełnej swobody i osobistego charakteru tego bloga (w którym przecież sporo jest wciąż o różnych PRZEPISACH), sprezentować Wam PRZEPIS, który jest absolutnym hitem.  A będzie to PRZEPIS KULINARNY. Jako że przez mój dom w okresie świąteczno-karnawałowym przewijają się grube dziesiątki osób, wszystkich głodnych zaś wypada dobrze nakarmić, wyspecjalizowaliśmy się w ekspresowych potrawach, z których niektóre są wręcz wyczekiwane przez naszych gości. Należy do nich Tort Makowy. Dlaczego to ciasto nazywamy w domowej tradycji tortem, tego nie wiem. Ale jest pyszne, to rzecz pewna. I ten przepis niech będzie moim noworocznym prezentem dla Państwa.
fot. K. Antończyk
 
 
TORT MAKOWY

Ciasto:

·         15 dag masła

·         1 ½ szklanki cukru

·         6 łyżek kaszy manny

·         6 jaj

·         ½ szklanki maku zmielonego

·         40 dag jabłek tartych na grubej tarce

 

Polewa:

·         ½ kostki masła

·         1 łyżka kakao

·         ¾ szklanki cukru

·         2 łyżki wody

Masło ucieramy z cukrem i żółtkami, dodajemy kaszę, zmielony mak, ubite na pianę białka i na wszystko kładziemy jabłka, delikatnie całość mieszamy. Przekładamy do średnich wymiarów okrągłej blaszki tortowej wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą lub wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy 1 godzinę w temperaturze 180-190 ° C.

Składniki na polewę wkładamy do rondla, rozpuszczamy na wolnym ogniu, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 4 minuty.

Polewamy czekoladą ciasto, można posypać płatkami migdałów lub kolorowymi cukierkami czekoladowymi.