Kontakty z dzieckiem – bohaterstwo dnia powszedniego.



Sprawy rodzinne są zawsze tak bardzo delikatne, że nie miałabym odwagi żadnej z tych, przy jakich dane mi było uczestniczyć, komentować. Do tego każda jest inna, zupełnie inna, tak jak ludzie są inni, inne życiorysy i inne okoliczności. Decyzje życiowe podejmowane przez moich klientów są ich decyzjami, ja mogę jedynie pomóc im najlepiej i najbezpieczniej przejść przez niektóre trudne życiowe sytuacje.

Jednak cała masa zdarzeń, czynności, emocji, leży zupełnie poza wpływem prawnika. I o jednej niewielkiej ich części chciałabym dziś napisać. To będzie taka trochę prywatna myśl, która narodziła się w mojej głowie już dawno temu, urosła i przypomina się co jakiś czas. A dotyczy tego, co dzieje się pomiędzy rodzicami i dziećmi w sytuacji, kiedy rodzice nie żyją już ze sobą.

Trochę  nawet przewrotnie, ponieważ chcę właśnie powiedzieć o sytuacji osadzonej w stereotypie. I o kobietach. Przewrotnie, bo tak się jakoś składa, że częściej zdarzało mi się reprezentować panów, a panie obserwowałam zza drugiej strony „barykady”. Mimo wszystko, stoją w moich oczach, z całą swą codziennością, pięknem i – bez patosu -  bohaterstwem.

Kiedy para przestaje ze sobą żyć, a ma dziecko lub dzieci, jest tak bardzo trudno. Rozwodzą się (albo nie, bo nigdy nie byli małżeństwem) i ustalają, w jaki sposób będą zajmować się tymi wspólnymi dziećmi. Robią to albo sądownie (tzw. ustalenie kontaktów z dzieckiem) albo też pozasądowo. Czasem z udziałem adwokatów, psychologów, mediatorów, czasem zupełnie sami ustalają własne reguły gry. I jakaś ustalona teoria przechodzi w praktykę.
Stanisław Wyspiański Macierzyństwo źródło: Wikipedia
 Stereotypowo załóżmy, że ona zajmuje się dziećmi cały czas, a on tylko w ustalone dni, dajmy na to dwa weekendy w miesiącu i co drugą środę. Praktyka jest więc oczywiście taka, że wszystko co najcięższe – ranne wstawanie, zawożenie dziecka do szkoły i zajęcia tzw. dodatkowe, nocne czuwania, choroby, zakupy, lekarze, pranie, prasowanie, sprzątanie, odrabianie lekcji, wywiadówki, no wszystko po prostu – jest na głowie mamy. Tata zaś zjawia się kilka razy w miesiącu: zadbany, uśmiechnięty (nie tyrał jak ona na dwie zmiany) – i z nim dziecko czekają same przyjemności: kino, zoo, basen, spacer, obiad w restauracji, nierzadko – kolacja z nową ciocią.   Dziecko czeka na te spotkania, cieszy się na nie – no jak tu się nie cieszyć, przecież kocha tatę, a do tego ZAWSZE jest tak fajnie. A mama, wiadomo, nerwowa kobieta. Bywa, że czasem krzyczy.

I właśnie o tym chciałam napisać. Że te wszystkie matki, które MIMO WSZYSTKO bez nerwów i utrudniania ojcom kontaktów – po prostu oddają im dzieci w dobrej atmosferze – dla mnie są i pozostaną bohaterkami. Ja wiem, że taki obowiązek. Wiem, że dziecko ma prawo do kontaktu z ojcem i matką. Wszyscy to wiemy. Ale kiedy sobie myślę, że tak bardzo ciężko pracuję w tygodniu, że nie mam czasu na zabawę z dzieckiem,  a potem w weekend, zamiast sobie ten czas darować, musiałabym pozwolić mu odejść z facetem, który może mnie skrzywdził, do którego mam tyle żalu i pretensji, a może którego tak serdecznie całym sercem nie znoszę, a może jest to mi totalnie obojętny, obcy człowiek, który zabiera MOJE dziecko – wszystkie te opcje równo powodują, że na myśl samą krew mnie zalewa.

I dlatego będę zawsze podziwiać te cudne mamy, które umieją oddzielić swój żal, swój stres od złości, które dla dobra dziecka, tego prawdziwego jego dobra, nie tego „sądowego”, odsuwają konflikt na bok, stwarzają atmosferę przyzwolenia na cieszenie się z ustalonych kontaktów. Dobrej atmosfery nie da się ująć w ramy prawne. Za to wiem to z doświadczeń moich klientów, że to ich bohaterstwo procentuje – bo dzieci z czasem wyrastają na ludzi dorosłych i zaczynają pojmować, jak wiele z siebie dla ich szczęścia oddać potrafiła mama. Żaden przepis i żaden prawnik tego szczęścia nie zagwarantuje, o tym mogę zapewnić.

Je suis Charlie à la polonaise. Czy to ma sens ?


Kilka dni temu podano nam informację, że na polski rynek trafił tygodnik „Charlie Hebdo”. W czasie strasznej zbrodni jaka miała miejsce 7 stycznia 2015 r. w Paryżu,  gdzie po zamachu terrorystycznym na redakcję tej gazety zginęło 12 osób, łączyliśmy się w solidarności ze społeczeństwem francuskim. Je suis Charlie, anonsowała znaczna część świata. I zaraz obok pojawiały się hasła protestu. Je ne suis pas Charlie, pisali przeciwnicy gazety i jej antyreligijnej ideologii, wielu z nich w Polsce. I u nas rozpoczęła się dyskusja na temat granic wolności słowa. Na temat ochrony poglądów religijnych. Na temat prawa do głoszenia swych poglądów oraz ochrony uczuć innych ludzi. Na temat wolności i ograniczeń oraz ochrony, jaką może gwarantować prawo.

Hasło z oficjalnej strony gazety "Charlie Hebdo"

Dyskusję można właściwie sprowadzić do próby odpowiedzi na pytanie, czy poglądy (odczucia) religijne, sprawy dotyczące wyznania, mogą i powinny korzystać ze szczególnej ochrony prawnej. Ochrony idącej dalej, niż ochrona innych niż religijne poglądów i uczuć. Czy prawo karne powinno zajmować się odpowiedzialnością za bluźnierstwo? Czy można kogoś pozwać cywilnie za obrazę uczuć religijnych?

Odpowiedzi na te pytania nigdy nie będą jednoznaczne. Przepisy prawa stanowią odzwierciedlenie pewnej umowy społecznej – to społeczeństwo decyduje przecież, jakie czyny powinny podlegać penalizacji. I od świadomości, stopnia rozwoju społecznego zależy zazwyczaj zakres wolności i ograniczeń. Te wolności i ograniczenia są nieprzekładalne z jednej społeczności w inną. Zwróćmy uwagę, że np. w USA w zależności od stanu, od tego czy jego społeczność jest mniej czy bardziej konserwatywna, bluźnierstwo nie stanowi przestępstwa lub też jest surowo karane!

W Polsce w kodeksie karnym opisano przestępstwo obrazy uczuć religijnych (dyskutuje się wprawdzie nad wyjęciem tego czynu z penalizacji). Można również, o ile ktoś poczuje się urażony działaniem innych osób, złożyć pozew cywilny o ochronę dóbr osobistych. Choć w tym ostatnim zakresie rodzą się wątpliwość co do zakresu „osobistości” dobra, jakim jest ochrona poglądów religijnych. W każdym razie ja mam takie wątpliwości. Przy czym sądy wprawdzie pozwy rozpatrują, jednak przyglądając się wysokościom zasądzanych w takich procesach kwot, można stwierdzić, że sprawy te nie są jednak traktowane zbyt poważnie. Ale należy przyznać, że ochrona poglądów religijnych w Polsce istnieje, przynajmniej formalnie. Że należałoby ten stan utrzymać, można wnioskować z burzy polskich protestów przeciw formie i treści żurnalistyki w stylu „Charlie Hebdo”.

To zupełnie inaczej niż we Francji. Tam społeczeństwo, wyrosłe i związane z ideałami oświeceniowymi, do dziś posługujące się hasłami rewolucji francuskiej, społeczeństwo liberalne i ateistyczne – nie rozumie nawet, że ktoś może stawiać bariery słowu, czy też satyrycznym rysunkom. Przyznaję, że podczas studiów we Francji, byłam na początku zaskoczona stopniem istniejącej tam wolności. Co tydzień rozdawano na terenie uczelni bezpłatne gazetki marksistowskie (naprawdę, a to było zaledwie kilkanaście lat temu!), tytuły gazet nie przebierały w słowach. Hasła na różnorakich manifestacjach (które z wielu powodów przechodziły przez miasto średnio raz w miesiącu) wzbudzały we mnie zdumienie, że nikt tu nie interweniuje, nikt nie żąda ukrócenia takiej dezynwoltury. Jednak do tej wolności można szybko przywyknąć. I jest ona ożywcza po prostu. Nie muszę stać się marksistką, nie muszę kupować i czytać czasopism, które wywołują we mnie niesmak. Jak dobrze jest jednak wiedzieć, że mogę mieć pełną wolność czytania i pisania o cudzych i własnych poglądach.

Wracając na nasz rodzimy grunt, te same treści, swobodnie dostępne we Francji, publikowane w Polsce mogą siać zgorszenie. Rysunek w pełni akceptowalny przez społeczeństwo francuskie, może u nas wywołać konsternację. Protesty i sprzeciwy. Bunt. Ze zdumieniem przyjęłam w tym kontekście informację, że „Charlie Hebdo” trafił właśnie na polski rynek. Poza zabójczą ceną (39,90 zł), treści tam przedstawiane również (moim zdaniem) raczej nie będą zachęcać polskich czytelników. Narażenie na odpowiedzialność karną w Polsce istnieje, ryzyko pozwu cywilnego ze strony zagorzałego przedstawiciela społeczności religijnej również, przede wszystkim jednak – stawiałabym raczej na ryzyko rynkowe, że taki styl i formacja światopoglądowa po prostu się nie przyjmie. Nie wydaje się, aby w każdym miejscu na ziemi wszystkie relacje i potrzeby społeczne miały kształtować się identycznie. Zdecydowanie wolałabym jednak, aby i u nas to raczej rynek, a nie ograniczające przepisy prawa decydowały o tym, co i kiedy można publikować.

Białe szaleństwo z głową (i nogami).

Jesteśmy w samym środku sezonu zimowego. Wprawdzie pogoda dopisuje tak na pół gwizdka, jeśli chodzi o możliwości narciarskie, ale wszystko może się szybko zmienić, poza tym część z nas wybiera się na narty w miejsca, gdzie śniegu nigdy nie braknie. Wobec czego dziś już chciałabym wrzucić mały kamyk do ogródka świadomości prawnej narciarzy.

Przykro jest to bowiem stwierdzać i mam nadzieję, że nikt osobiście się nie poczuje obrażony, jeśli powiem, że moim zdaniem kultury jazdy naszym narciarzom często brak. Może odkąd Adam Małysz zaczął odnosić tak cudne, spektakularne sukcesy, narciarstwo aspiruje do bycia również naszym narodowym sportem (bo chyba już nie piłka nożna?), jednak aspiracje te nie zawsze idą w parze ze znajomością podstaw zachowania na stoku. Trochę to tak, jak jeszcze niedawno można było poznać z daleka polskiego kierowcę na drodze (jechał lewym pasem autostradą, choć prawy był wolny oraz nie znał zasady włączania się w ruch „na zamek”). Niestety, jeżdżąc na nartach za granicą, naprawdę z daleka mogłam rozpoznać rodaków na stoku. I dumna nie zawsze byłam, oględnie rzecz ujmując.

To ci, co się niespodzianie gromadzili na środku wąskiego zjazdu, łapiąc w grupce promienie słońca i ucinając pogawędki, podczas gdy inni próbowali ich z każdej strony ominąć, nie łamiąc sobie przy tym nóg. To ci, co (z oszczędności?) wędrowali pieszo stokiem, w górę lub w dół (dlaczego w dół?!). To ci, którzy mijali bez zatrzymania i udzielenia pomocy osobom, które przewróciły się na stoku. I również ci, których odwaga mnie zadziwiała, bo na nogach łatwo się już nie stało po którymśtam grzańcu, a narty jednak zakładali – i w drogę.

Tymczasem, również i na stoku obowiązują pewne zasady, przepisy, podobnie do przepisów o ruchu drogowym.  Dziś już nikt (a szkoda) nie czyta „Kodeksu Narciarskiego” opracowanego przez wybitnego prawnika, adwokata Andrzeja Rozmarynowicza oraz prof. Władysława Lenkiewicza pod koniec lat 60. XX wieku. Jednak wielce uniwersalne, a przy tym mające zazwyczaj walor obowiązujących przepisów, są zasady opracowane przez Międzynarodową Federację Narciarską (FIS). Nazywane „Dekalogiem narciarza”, są dostępne w wielu źródłach w Internecie, ponadto najczęściej w jakiejś formie opracowania publikowane przez podmioty zarządzające stokiem. I nie są to żarty, te przepisy obowiązują na serio.
 
Warto od małego uczyć dzieci zasad bezpieczeństwa. Fot. EB
 

Jeśli doszłoby do wypadku na stoku – wina jest zawsze tego, co na górze. To tak mniej więcej, jak w przypadku aut – wina tego, co z tyłu. Jeśli więc zjeżdżając spowodujemy wypadek na stoku, możemy być pewni konsekwencji finansowych. Bo i odpowiedzialność jest tu podobna, jak w przypadku kolizji czy wypadków drogowych. I jeśli nie będziemy mieć wykupionej polisy OC (to naprawdę nie jest żart, ani żadna przesada!), która przecież w przypadku samochodów jest obowiązkowa, na stoku zaś już nie – za nasze wakacje możemy zapłacić znacznie, znacznie więcej, niż planowaliśmy wyjeżdżając nawet na najdroższą wycieczkę. Zachęcałabym do wykupienia takiej polisy, wówczas przynajmniej w przypadku nieszczęścia nasze kłopoty będą częściowo zredukowane.

Pamiętajmy również, że zgodnie z zasadami wynikającymi z ustawy o bezpieczeństwie i ratownictwie w górach i na zorganizowanych terenach narciarskich, w Polsce dzieci do lat 16 powinny jeździć na nartach w kasku, zaś osoby jeżdżące na nartach muszą być trzeźwe. Złamanie tych zasad stanowi wykroczenie zagrożone karą grzywny do 5.000 zł. Warto również zwrócić uwagę, że polski ustawodawca po praz pierwszy przywołaną ustawą (w 2011 r.) zobligował podmioty zarządzające terenem narciarskim do prowadzenia specjalnego rejestru wypadków, dzięki któremu prowadzenie spraw odszkodowawczych związanych z wypadkami na stokach stało się ułatwione. Od niedawna również stoki narciarskie w Polsce są patrolowane przez policję. Świadomość prawna wyraźnie więc podnosi się. I mnie to cieszy.

Zwłaszcza, że urlop zapewne spędzimy całą rodziną w Polsce, w naszym rodzinnym domu, opisanym na siostrzanym blogu tutaj . Już odliczamy dni do zimowych wakacji. Wprawdzie zakopiańskie stoki stanowią umiarkowaną konkurencję dla znakomicie przygotowanych włoskich czy francuskich tras, jednak jeżdżenie w Polsce też ma wielki urok. I dlatego będę wspierać każdą formę poprawy bezpieczeństwa na naszych stokach. A na dziś życzę – i Państwu, i sobie – pięknej, prawdziwej, białej i mroźnej zimy. Do zobaczenia na stoku!

 

Zawód zawodu zaufania publicznego.

Od kilku dni w mediach i na portalach społecznościowych wrze. Lekarze strajkują, ponieważ ich zdaniem Ministerstwo Zdrowia (a tym samym rząd) chce wymusić przyjęcie warunków współpracy, których ci przyjąć nie chcą i nie mogą. Minister zaś jest w pozycji silniejszego i z pozycji tej korzysta. Z wielkim, widocznym w mediach zaangażowaniem. A internauci, czyli pacjenci, czyli społeczeństwo – daje się tej (anty)kampanii ponieść.

źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Operacja_(medycyna)


Kiedy czytam komentarze internautów, nie mogę wprost uwierzyć, że ten (postkomunistyczny) roszczeniowy model jest tak głęboko zakorzeniony w naszym społeczeństwie. Przecież już od ponad ćwierćwiecza mamy wolność. I mamy też wolne zawody – są to mi.in. tzw. „zawody zaufania publicznego”, czyli takie, które z założenia powinny się cieszyć społecznym zaufaniem. Tymczasem, kiedy Minister wysyła komunikat, że lekarzom zależy wyłącznie na pieniądzach, „zawód” przybiera raczej skojarzenie nie z zajęciem, a z uczuciem. Bo jak ma się czuć pacjent, gdy słyszy, że jego lekarz myśli tylko o kasie, a nie o zdrowiu.

Pierwszy z brzegu i zapewne marginalny drobiazg dotyczący propozycji ministerialnej, przykuł moją uwagę. Medycy mają być obecnie, jak wynika z relacji medialnych, punktowani (in plus) za „wykrycie” choroby i karani (finansowo) za niepoprawne diagnozy. To trochę tak, jakby adwokat miał otrzymywać wynagrodzenie wyłącznie za „wygrane” sprawy (a takie postulaty już były podnoszone co najmniej przez internautów!). Z tym, że ja osobiście jako pacjent średnio czułabym się ze świadomością, że badający mnie lekarz wprost marzy o wykryciu we mnie jakiegoś guza! A przecież to i adwokaci ze swej praktyki wiedzą (prowadząc spory „medyczne”), że lekarz nie ponosi odpowiedzialności za niepomyślny rezultat leczenia (musiałby być Panem Bogiem), a jedynie za brak należytej, zawodowej, najwyższej staranności w podjętych działaniach. Choćby po tym szczególe widać, że walka lekarzy o zmianę ministerialnych propozycji wydaje się sensowna i zgodna przede wszystkim z dobrem pacjenta. W każdym razie w moim rozumieniu.

Jeśli chodzi o pieniądze i oskarżenia, że składali przysięgę i że wobec tego w każdym przypadku lekarze powinni mieć otwarte przychodnie i przyjmować pacjentów, zaś walka o wynagrodzenia czyni z nich piranie, hieny i co tam jeszcze, jest populizmem i głęboką nieprzyzwoitością. To polityka państwa spowodowała, że większość lekarzy prowadzi działalność gospodarczą i musi działać i myśleć biznesowo. Ja bardzo uprzejmie przepraszam, ale nie słyszałam groźby ze strony środowiska medycznego, że będą odmawiać pomocy w sytuacji zagrożenia życia. Muszą zaś być wysoce zdesperowani i przekonani o swoich racjach, skoro decydują się na zamknięcie przychodni i nieprzyjmowanie pacjentów na bieżąco (przecież to oczywiste, że tym samym codziennie tracą pieniądze!). I twierdzenie, że z powodu charakteru wykonywanego zawodu nie mają prawa protestować, jest szantażem intelektualnym, emocjonalnym, niegodnym. Szantażem jednocześnie prymitywnym i na dłuższą metę szkodzącym społeczeństwu, które już zupełnie traci wiarę w zawody zaufania publicznego.

Adwokaci przerabiają to codziennie. Jesteśmy zobligowani do prowadzenia spraw z urzędu, w których stawki wypłacane nam przez Skarb Państwa czasem nie stanowią nawet zwrotu naszych wydatków na telefony, papier czy parking opłacany w związku z prowadzoną sprawą. Nie strajkujemy zapewne dlatego, że dla żadnego adwokata sprawy z urzędu nie stanowią podstawy działalności, a jedynie najczęściej traktowane są właśnie jako wkład społeczny dla biednej ojczyzny, biednego społeczeństwa. Ja w każdym razie osobiście w ten sposób traktuję „urzędówki”. I tylko uciska mnie trochę i doskwiera, że ta półgratis praca z mojej strony jest mi narzucana. Bo gdyby jakiś polityk zwrócił się do mnie i kolegów, i powiedział wprost: „Jesteśmy krajem tak biednym i niewydolnym, że zwracamy się do was z prośbą, abyście pracowali dla waszej ojczyzny za darmo w takim to a takim zakresie” – to przynajmniej mielibyśmy sytuację jasną, czarno na białym.  Prośba o darmową pomoc jest już chyba lepsza niż udawanie, że się komuś za coś płaci, prawda? Przypuszczam nawet, że zupełnie możliwe, że jakiś kompromis co do takiej pomocy mógłby zostać wówczas wypracowany – przy założeniu, że sprawa jest uczciwie zdefiniowana. Tymczasem mówi mi się zupełnie co innego: „Jesteś adwokatem, więc musisz przyjąć taką a taką sprawę za wynagrodzeniem sztywno określonym (np. 60 zł) i jesteś do tego zobligowana, bo wykonujesz WOLNY zawód”. Państwu to nie zgrzyta?

To samo, jak wydaje się, dotyczy obecnie środowiska lekarskiego. Nazywa się to potocznie odwracaniem kota ogonem. Dobrzy politycy kontra źli i pazerni lekarze. I jeszcze jedna uwaga na temat reakcji społeczeństwa,  wynikająca z komentarzy internautów. Czy ktoś może mi wytłumaczyć, dlaczego przyjmuje się, że lekarze (czy my, adwokaci) w ogóle mają dla kogoś/za kogoś pracować za darmo? Przecież są przedsiębiorcami, jak inni. Mają (jak i my) rodziny, dzieci, które muszą utrzymać,  dla których nie mają zbyt wiele czasu, bo zajmują się codziennie problemami innych ludzi, tym ludziom pomagając; dają (jak i my) innym pracę, płacą podatki, ZUSy i Bóg wie jakie jeszcze świadczenia. Dlaczego nikt nie oczekuje, że mechanik samochodowy czy blacharz pracujący za przyzwoitym wynagrodzeniem, popracuje również gratis, a lekarz czy adwokat, to powinien działać jedynie w imię idei?

Atmosfera, jaka budowana jest wokół zdarzeń związanych z protestem lekarzy związanych z tzw. Porozumieniem Zielonogórskim jest – moim zdaniem – trudna do zniesienia. Obraz zaś zawodu lekarza rysowany przez polityków, następnie zaś powielany przez media i z przyjemnością powtarzany przez internautów: krwiopijcy, bezdusznego, nastawionego wyłącznie na pieniądze biznesmena, który kosztem społeczeństwa i za nasze pieniądze realizuje wyłącznie swoje zachcianki, zbliża się do lansowanego niesprawiedliwego obrazu zawodu adwokata. A wszystko to wynika z hipokryzji polityków, którzy przerzucają  odpowiedzialność za braki budżetowe na tzw. zawody zaufania publicznego. Na ludzi, którzy faktycznie biorą na siebie i za swoje działania odpowiedzialność nieraz znacznie wyższą niż wynika z prostych, spisanych zobowiązań. Myślę, że w takich sprawach środowisko adwokackie, w imię obrony przyzwoitości i sprawiedliwości, powinno częściej zabierać głos. Aby wyraz „zawód” nie kojarzył się tak bardzo z rozczarowaniem.

 

 

 

Nie taki prawnik straszny.


Tekst z niespodzianką
Jest taki znamienny rysunek autorstwa chyba Andrzeja Mleczki: siedzą sobie małe diabełki w kole, a przed nimi duży diabeł, wydaje się, że opowiada maluchom jakieś historie. Mały diabełek prosi: I dziadku, opowiedz nam jeszcze raz, jak to było, gdy stworzyłeś prawników?

Przypomniała mi się ta historia dziś, kiedy jeden z klientów, przy okazji spotkania po zakończeniu sprawy, zadał mi pytanie, które tyleż mnie zaskoczyło, co zastanowiło i chyba trochę też rozbawiło: „Pani Elżbieto, czy pani zna więcej sympatycznych prawników? Bo zmieniła pani moje dotychczasowe zdanie o tym zawodzie - dotąd żadnego sympatycznego nie poznałem”. Na moje pytanie, ilu przede mną poznał prawników, pan szczerze przyznał, że właściwie to żadnego. Czemuż więc, czemuż, tacyśmy społecznie napiętnowani?
Po pierwsze dlatego zapewne, że gdy zajmujemy się poważnymi sprawami, nie zawsze jest wesoło i nawet najbardziej wyszukane poczucie humoru może nie znajdować żadnego, ale to żadnego pożytku. Więc wychodzi na to, że jesteśmy ponuracy i sztywniacy.
Po drugie, naprawdę nie mamy zbyt wiele czasu. Podobno badania wskazują, że jesteśmy w grupie zawodowej pracującej najwięcej na świecie (ha, zwracam Państwa uwagę, że spotkanie z klientem miało miejsce DZIŚ, a proszę uprzejmie przyznać, ilu z Państwa dziś też pracowało J). Nie narzekamy, ale też i wolny czas staramy się wykorzystywać jak najefektywniej. Więc sporo jeździmy po świecie, imprezujemy, nie zatrzymujemy się nad  sprawami, które naszym zdaniem są mniej ważne czy też zbyt czasochłonne. I znów wówczas okazujemy się światu nonszalanccy, aroganccy i protekcjonalni.
I tak dalej. Pewnie jest w naszej grupie zawodowej mnóstwo bufonów, sztywniaków, arogantów, a nawet prawdziwych łobuzów. Jak wszędzie. A także całkiem sporo ciekawych i przyzwoitych ludzi. Takich z pasją, mądrych, wielkich postaci, służących swoją pracą innym. Albo słynnych. Albo i jedno, i drugie. W nadchodzącym roku od czasu do czasu napiszę parę słów o znanych prawnikach. Przypomnimy sobie postaci wybitne i ponadczasowe, a również może kilku współczesnych „celebrytów”. Czy wiecie Państwo na przykład, że słynny bajkopisarz Charles Perrault – bajki pisać zaczął dopiero na emeryturze, a wcześniej był właśnie prawnikiem, mecenasem, urzędnikiem we dworze Ludwika XIV? A dzisiejsi pisarze? A aktorzy? Modelki? Prezenterki telewizyjne? O pewnej Pani Domu nie wspominając ;-)
Materiału będzie sporo. Podobno to prawnicy wymyślili Internet. Jestem skłonna w to uwierzyć, bo w końcu jesteśmy przede wszystkim specjalistami od znajdowania rozwiązań dla istniejących problemów, do czego potrzeba otwartego umysłu. I takich właśnie prawników Państwu życzę: z otwartymi głowami, pracujących z poczuciem pewnej służby społeczeństwu (mogą przecież przy tym być również prywatnie sympatyczni i nawet mieć poczucie humoru) – w Nowym 2015 Roku i w latach kolejnych.
A na zakończenie, w klimacie życzliwości, pozwolę sobie, korzystając z pełnej swobody i osobistego charakteru tego bloga (w którym przecież sporo jest wciąż o różnych PRZEPISACH), sprezentować Wam PRZEPIS, który jest absolutnym hitem.  A będzie to PRZEPIS KULINARNY. Jako że przez mój dom w okresie świąteczno-karnawałowym przewijają się grube dziesiątki osób, wszystkich głodnych zaś wypada dobrze nakarmić, wyspecjalizowaliśmy się w ekspresowych potrawach, z których niektóre są wręcz wyczekiwane przez naszych gości. Należy do nich Tort Makowy. Dlaczego to ciasto nazywamy w domowej tradycji tortem, tego nie wiem. Ale jest pyszne, to rzecz pewna. I ten przepis niech będzie moim noworocznym prezentem dla Państwa.
fot. K. Antończyk
 
 
TORT MAKOWY

Ciasto:

·         15 dag masła

·         1 ½ szklanki cukru

·         6 łyżek kaszy manny

·         6 jaj

·         ½ szklanki maku zmielonego

·         40 dag jabłek tartych na grubej tarce

 

Polewa:

·         ½ kostki masła

·         1 łyżka kakao

·         ¾ szklanki cukru

·         2 łyżki wody

Masło ucieramy z cukrem i żółtkami, dodajemy kaszę, zmielony mak, ubite na pianę białka i na wszystko kładziemy jabłka, delikatnie całość mieszamy. Przekładamy do średnich wymiarów okrągłej blaszki tortowej wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą lub wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy 1 godzinę w temperaturze 180-190 ° C.

Składniki na polewę wkładamy do rondla, rozpuszczamy na wolnym ogniu, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 4 minuty.

Polewamy czekoladą ciasto, można posypać płatkami migdałów lub kolorowymi cukierkami czekoladowymi.