Potencjał przyszłych pokoleń


Zbliżający się koniec roku to jak zwykle czas małych i wielkich podsumowań oraz wyciągania wniosków na przyszłość. Analizując miniony rok, chciałabym się z Państwem podzielić optymistycznymi  wnioskami z minionego roku oraz zaprosić do odrobiny rozrywki intelektualnej.
W ostatnim czasie uczestniczyłam w programie szkoleń pod hasłem „Adwokat przydaje się w życiu” w ramach programu organizowanego przez samorząd adwokacki. Miałam okazję prowadzić szkolenia dla seniorów, a także – i o tym chciałam napisać przede wszystkim – spotkałam się młodzieżą szkolną, licealną. 
Szczerze mówiąc, idąc na pierwsze spotkanie, do jednego z sopockich liceów, miałam prawdziwą tremę. Przede wszystkim, szłam z obawą, że nie trafię do słuchaczy, że ta dzisiejsza młodzież faktycznie ma wszystko w nosie oprócz fejsa i snapa, i czego tam jeszcze. Że nikt mnie nie będzie słuchał, a jak będzie, to co najwyżej z pobłażliwej uprzejmości. Z tyłu głowy miałam tylko odrobinę nadziei, że jednak całość akcji ma sens.

fot. Katarzyna Antończyk
 
Tymczasem rzeczywistość przebiła najśmielsze moje wyobrażenia. Spędziliśmy dwie godziny lekcyjne, w których udało nam się pomieścić całą niemal teorię prawa cywilnego (pierwsza lekcja) i karnego (lekcja druga). Prawo cywilne wyjaśnialiśmy sobie za pomocą sporządzania umowy, która była naszym „planem działania” (pisałam kiedyś o tym tu). Jednak absolutnym hitem było prawo karne! Poczucie sprawiedliwości, finezja komentarzy, dociekliwość, rzetelność, zaangażowanie, a także przenikliwość i wyczucie prawne (tak, prawne!) u tych młodych ludzi przekroczyło wszelkie moje założenia. Szczerze mówiąc, odnoszę wrażenie, że skorzystałam z tej lekcji świeżego, bezpośredniego i bezpretensjonalnego podejścia do świata co najmniej w równym stopniu, co ci młodzi ludzie z nauki o prawie. Za to im dziękuję.

Dzięki spotkaniom z młodzieżą, mam nie tylko nadzieję, ale głębokie przekonanie, że poczucie sprawiedliwości ma się doskonale w młodych ludziach, że jednocześnie mają oni silnie wpojone zasady praworządności. Wszelkie więc perturbacje, jakie możemy obecnie obserwować w naszym państwie uważam za przejściowe, ponieważ ci młodzi, mądrzy ludzie, z którymi było dane mi się spotkać, dojdą do głosu prędzej, niż mogłoby się zdawać.

A teraz zapraszam Państwa do trochę tylko rozrywkowego ćwiczenia z prawa karnego, gdyż sprawa jest poważna. Zadanie, jakie zostało postawione, to rozstrzygnąć – czy złodziej powinien zostać ukarany. Zapewniam, że można dojść do podwalin sytemu prawa karnego ;-). Zapraszam do komentowania bezpośrednio pod artykułem Państwa pomysłów, będę w miarę możliwości odpowiadać na pytania.

 

Mąż, żona i złodziej

Jean de La Fontaine

Tłumaczenie: Władysław Noskowski

 

Mąż, wyżej uszu w żonie zakochany.

Choć cel swych pragnień posiadał,

Narzekał przecie i biadał:

<<Żeby choć raz, dla odmiany,

Uśmiech lub wyraz pieszczony

Dał mi poznać, co się dzieje

W sercu mojej żony!

Żebym miał chociaż nadzieję,

Choć iskierkę nadziei, chociaż cień dowodu,

Że dzieli moje zapały –

Nic i nic! Istny kamień, albo bryła lodu!>>

Nie dziwię się tym skargom. Na nic się nie zdały

Prawa hymenu, jeśli blaskiem swych płomieni

Miłość ich nie rozpromieni.

Kiedy raz w nocy mąż rozwodził żale,

Że go małżonka nie kocha nic wcale,

Złodziej przerwał dysputę. Żona, wystraszona,

Pada mężowi w ramiona:

<<Ach, mój najmilszy! Ratuj, ja się boję!...>>

<<Dobrodzieju – mąż rzecze – niech się waść nie płoszy:

Po raz pierwszy prawdziwej doznaję rozkoszy

Dzięki tobie; w nagrodę bierz, co chcesz, jak swoje>>.

Tego złodziejom nie mówić dwa razy:

Z ochotą spełnił rozkazy

Uszczęśliwionego męża;

A ja zaś wnoszę z  niniejszej powieści,

Że obojętność, nawet wstręt niewieści

Trwoga zwycięża.

 

 

 

Prawo ojca do (nienarodzonego) dziecka.


Przychodzą do mnie rodzice, którzy pragną dobrego, normalnego kontaktu ze swoimi dziećmi, a z powodów życiowych kontakt ten jest niemożliwy lub bardzo trudny. Coraz częściej sprawy dotykają również kwestii ochrony nienarodzonego życia, to znaczy dzieci nienarodzonych jeszcze, nazywanych po prawniczemu dość okropnie brzmiącym określeniem nascituturus. Dopóki problem nie dotyka nas osobiście, mało kto zastanawia się nad prawami tych dzieci do relacji z ojcem czy nad prawem ojców do współdecydowania o nienarodzonym dziecku. O wyborze miejsca porodu, na przykład,  szczególnie, jeśli wiemy, że dziecko będzie potrzebowało natychmiastowej pomocy medycznej po urodzeniu.  A prawo do wiedzy ojca, że jest ojcem? A do wiedzy o tym, gdzie znajduje się jego nienarodzone dziecko (siłą faktu, wraz z matką)? Czy ojcowie mają takie prawo, a jeśli zechcą je egzekwować, to czy powyższe narusza, czy nie narusza wolności matki? Bo jak już dziecko jest „na zewnątrz”, to przecież ojciec ma prawo wiedzieć, gdzie jego dziecko jest. A jak dziecko jest „tylko” nasciturusem?

Żyjemy w społeczeństwie zmian, truizm. Rewolucja obyczajowa, rewolucja techniczna, przełomy w myśleniu, zmiany schematów, ludzkość chce panować nad wszystkim, lecimy na Marsa, przeszczepiamy organy, badamy DNA. Jesteśmy w ciągłym ruchu, zmieniamy miejsca pracy i zamieszkania. Mówimy wieloma językami, jeździmy po świecie. Mówimy, że świat się skurczył. Mężczyźni, kobiety, dzieci – wszyscy  jakoś sobie z tymi zmianami, z tym tempem niesamowitym musimy radzić. A kiedy coś nie gra, albo ma grać inaczej niż ktoś to sobie założył, to zmieniamy PRAWO, żeby UREGULOWAĆ nowe sytuacje społeczne. Tak to wygląda.
Komedia z 1994 r., w którym główny bohater - mężczyzna - zachodzi w ciążę; wbrew pozorom (i nie chodzi o medyczne możliwości czy niemożliwości) nie taka znów absurdalna sytuacja. Źródło: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/e/e2/Juniorposter.jpg
 
Jest wielu ojców, którzy czują się odpowiedzialni za dziecko od chwili poczęcia. W ciąży nie mają właściwie żadnych praw. Nie, nie mogą zdecydować, by ich córka urodziła się w lepszej klinice, nawet jeśli chcieliby to w pełni sfinansować. Po urodzeniu mogą mieć kłopot, gdy okaże się, że chcieliby mieć choćby kontakt z dzieckiem, które nie pochodzi z małżeństwa, jeśli jego matka nie zechce podać swego adresu. Matka może (niemal) bezkarnie wpisać do aktu urodzenia, że ojciec nie jest znany, choć doskonale wie, kto ojcem jest. Jeszcze gorzej, gdy wyjedzie z dzieckiem za granicę. Wówczas nie lada kunsztu prawnego, a z pewnością długiego czasu, wymaga doprowadzenie spraw do ich właściwego wymiaru. Wbrew pozorom, nie mówię o przypadkach teoretycznych. Mówię o prawdziwych ludzkich dramatach. Ojcowie też są kochającymi rodzicami i trudno wytłumaczyć, dlaczego mieliby być rodzicami drugiej kategorii.

Prawo stoi trochę w opóźnieniu za zmianami społecznymi. Nie zawsze nadąża. A zwłaszcza ostatnio – słabo nadąża. Przy każdej więc kolejnej sytuacji bezradności przychodzi pokusa zmiany przepisów. Nie zawsze jest to pozytywne. Czasem lepiej nie zmieniać nic, za to mądrze wspierać praktykę. Jeśli zaś mowa o ochronie dzieci – nienarodzonych czy już narodzonych – zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby zmiany – jeśli mają nastąpić – dotyczyły raczej umożliwienia realizacji odpowiedzialnego rodzicielstwa przez oboje rodziców, nie tylko matkę.

Jeśli chodzi o ochronę dziecka poczętego, jak również dzieci już urodzonych, to warto wiedzieć, że np. we Francji takie dzieci są już dziś znacznie lepiej niż u nas chronione, choćby poprzez penalizację  ukrywania macierzyństwa czy faktu urodzenia dziecka, a także nieujawnienia przez matkę wiadomego ojcostwa. Jeśli do tego dodać, że wszelkie postawy rodzicielskie, które naruszają prawo dziecka do kontaktu z obojgiem rodziców  karane są sowitymi grzywnami, będziemy mogli zrozumieć, dlaczego „zagraniczne” dzieci często w większym zakresie mają możliwość korzystania z opieki i pomocy (również finansowej) obojga rodziców. Odpowiedzialności trzeba się czasem nauczyć i dobrze, gdy odpowiedzialne Państwo daje społeczeństwu narzędzia, aby było to możliwe.

Nowelizacja 500 + (będzie bubel?).

 
 
 
 
W czasie kampanii wyborczej, kiedy słyszałam o tych pięciuset złotych na każde dziecko, pierwsze o czym pomyślałam (wiem, prawnik) – to było: a jak to miałby się do spraw alimentacyjnych? Takie pieniądze byłyby czymś ekstra, traktowanym zapewne podobnie jak inne świadczenia ZUS. Tak sobie pomyślałam.

Tylko wówczas mowa była o 500 zł na KAŻDE dziecko. A to zmienia postać rzeczy z sposób zasadniczy.

Jeśli chodzi o ideę całej akcji 500 zł, to muszę przyznać, że jakkolwiek nie jestem z pewnością fanką wręczania ludziom pieniędzy i znalazłoby się moim zdaniem pięćset (plus) możliwości innej formy pomocy, to jednak jednocześnie jest według mnie bardzo pozytywne, że po ponad ćwierćwieczu wolnej Polski w końcu ktoś zauważył, że warto pomóc polskiej rodzinie – całej rodzinie. Rozumiem ten program jako inwestycję państwa polskiego w edukację i wychowanie dzieci, które mają następnie – za kilka lat – zacząć utrzymywać społeczeństwo. Jako matka trójki dzieci, jakby to banalnie nie brzmiało, czuję, że ktoś docenił wysiłek naszej rodziny w inwestowanie w przyszłość społeczeństwa.

Czytamy w ustawie, że celem świadczenia 500+ jest częściowe pokrycie wydatków związanych z wychowywaniem dziecka, w tym z opieką nad nim i zaspokojeniem jego potrzeb życiowych. Świadczenie to przysługuje matce, ojcu lub opiekunom dziecka. Z uzasadnienia zaś projektu do tej ustawy, możemy się dowiedzieć, że pomoc finansowa kierowana jest do rodzin wychowujących dzieci. Z uzasadnienia projektu dowiadujemy się jeszcze, że „wykształcenie i przygotowanie do życia dzieci wiąże się z dużym obciążeniem finansowym dla osób, u których pozostają one na utrzymaniu, w szczególności w rodzinach wieloosobowych”, w związku z czym niezbędne staje się wprowadzenie rozwiązań które istotnie zmniejszą ewentualne bariery finansowe.  W wielu miejscach uzasadnienia w kółko powtarza się to samo, co można skrócić następująco: dzieci są drogą inwestycją, więc aby zachęcić ludzi do dzietności, państwo będzie odciążać częściowo rodziców w trudach finansowych związanych z ich utrzymaniem i wykształceniem.
 

Muszę nawet powiedzieć, że w tej formie – jako pomoc rodzinom wielodzietnym – a nie poszczególnym dzieciom, ma to ręce i nogi. W tym sensie, nawet fakt, że „pierwsze dziecko” gdzieś zaginęło – z punktu widzenia integralności pomysłu (a nie rozliczania obietnic wyborczych) – stał się poniekąd uzasadniony. Z ciekawością przejrzałam ustawę (i uzasadnienie projektu) i trochę zaskoczyła mnie fala dyskusji na temat relacji obowiązku alimentacyjnego do tych świadczeń. Prawnicy podzielili się na 2 obozy: jeden opowiadający się za koniecznością obniżania alimentów, drugi, twierdzący, że jest to świadczenie podobne do zasiłków i powinno nie być w ogóle brane pod uwagę przy określaniu obowiązku. Przysłuchiwałam się tym dyskusjom wśród kolegów-prawników, jednocześnie zaś z podziwem traktowałam profesjonalizm ustawodawcy w tym zakresie: że sprawę taktownie przemilczał, zostawiając, jak to w takich wypadkach należy, indywidualne przypadki rozstrzygnięciom sądów. Co innego, gdyby te 500 zł miało być „na każde dziecko” – wówczas pokuszenie się o ustanowienie reguły „na sztywno” mogłoby mieć rację bytu. 
 

Już wyjaśniam, o co chodzi.
 

Załóżmy, że poznajemy Krystynę i Jana. Szaleńczo się kochają i zakładają rodzinę. Są wariatami, bo nie słyszeli jeszcze o żadnym programie 500+, a i tak decydują się na dzieci. Na świat przychodzą trojaczki: Anna, Karol i Zosia. Niestety, po kilku latach okazuje się, że z winy teściowej małżeństwo Jana i Krystyny rozpada się. Małżonkowie rozstają się, pozostają jednak w poprawnych relacjach. Oboje rodzice bardzo kochają swoje dzieci. Są to bardzo zadbane dzieci. Zdecydowali, że Krystyna będzie się nimi opiekowała w tygodniu (Jan pracuje do późna), zaś Jan spędza z dziećmi czas w prawie każdy weekend, czasem też w tygodniu wieczorem. Wspólnie ustalają, że Jan będzie w całości pokrywał wydatki na dzieci. (Krystyna i tak musi iść do pracy na kawałek etatu, żeby zarobić na utrzymanie siebie.)
 

Po kilku latach tego stanu, stosunki pomiędzy Krystyną i Janem ulegają kolejnym falom ochłodzenia. W celu zapewnienia 100% pewności, że Jan będzie nadal płacił alimenty, Krystyna zwraca się do sądu o ustalenie tego obowiązku.
 

Teraz UWAGA! WAŻNA INFORMACJA, o której ewidentnie nie wszyscy wiedzą: alimenty to nie jest „kara dla Jana”. Jest to świadczenie, które ma obowiązek łożyć rodzic na dziecko, które żyje z nim w rozłączeniu, aby ono mogło się rozwijać, rosnąć, kształcić się. Ustalając zaś wysokość obowiązku alimentacyjnego, sąd bierze pod uwagę 2 czynniki: po pierwsze – usprawiedliwione potrzeby dziecka; po drugie – możliwości zarobkowe rodzica obciążonego obowiązkiem alimentacyjnym.
 

DRUGA UWAGA jest taka, że wedle moich obserwacji wcale nie jest tak, że ludzie zazwyczaj nie mogą się dogadać co do sposobu i formy opieki nad dziećmi. Zazwyczaj mogą, w sporze jest jakiś procent, z którego jakiś procent ląduje w sądzie, z którego jakiś procent dopiero alimentów nie płaci. Statystyki zaczynają się od tych, co już trafili do sądów.
 

I                  Wariant I: Krystyna i Jan byli dosyć zasobni
 

Załóżmy, że dotychczas Jan na każde dziecko płacił po 2.000 zł. No cóż, kwota niemała, ale wiadomo: żagle, narty, prywatna szkoła, niania (Krystyna poszła do pracy), języki obce. Jan chce dla dzieci wszystkiego, co najlepsze. Najwyżej czasem rezygnował z własnego urlopu, ale dzieci zawsze były zabezpieczone.
 

Sąd w takim wypadku najprawdopodobniej zasądziłby taką właśnie kwotę, na jaką rodzice umówili się, jako stały obowiązek alimentacyjny Jana. Sąd uznałby, że potrzeby dzieci są w pełni zaspokojone.
 

Anna: 2000 zł
 

Karol: 2000 zł
 

Zosia: 2000 zł

 
 

II                Wariant II: Krystyna i Jan nie narzekali na poziom życia, jednak rozstanie znacznie powiększyło ich indywidualne koszty – i nie jest zbyt lekko
 

Jan, jak już było to powiedziane, bardzo kocha swoje dzieci, toteż do czasu uregulowania obowiązku alimentacyjnego przynosił Krystynie znaczną część zarabianych przez siebie pieniędzy. Nie miał jednak regularnej pracy, więc czasem było to kilka tysięcy złotych, czasem znacznie mniej. Ogólnie trudno było stwierdzić, ile średnio Jan płacił, poza tym Krystyna uważała, że było to zdecydowanie za mało.
 

Sąd musiał więc samodzielnie ustalić obowiązek alimentacyjny. Biorąc pod uwagę potrzeby dzieci, sąd uznał, że każde z dzieci  ma potrzeby na poziomie 1.500 zł (dzieci miały rozpoczęte kursy, lekcje dodatkowe, z „lepszych czasów”, kiedy małżonkowie żyli wspólnie).  Jednak sąd przyjrzał się sytuacji Jana: niestety jego możliwości zarobkowe nie pozwalały na zasądzenie tak dużej kwoty. Wobec tego sąd zasądził dla każdego z dzieci po 1.000 zł. Nie wszystkie potrzeby dzieci są teraz realizowane, dziewczynki zrezygnują z tańców i basenu, a Karol z piłki. Na wakacje wyjadą do babci, a nie na Teneryfę.
 

Anna:1000 zł
 

Karol: 1000 zł
 

Zosia: 1000 zł
 

III Mamy jeszcze koleżankę Krystyny, Grażynę, która widząc, jak odmłodniała jej przyjaciółka po rozstaniu z mężem, również postanowiła porzucić swego partnera i zażądała od niego alimentów dla małej Andżeliki. Tata Andżeliki jest dość zasobnym mężczyzną, poza tym mała to jego jedyna pociecha, toteż nie było problemu z uzyskaniem od niego 2.000 zł miesięcznie dla tego aniołka.
 

Co dzieje się z datą zafunkcjonowania ustawy 500+ w każdej z tych sytuacji? (Mówimy o obecnym, brzmieniu tej ustawy! O potencjalnej nowelizacji – za chwilę).
 

W wariancie I (bogaty Jan, dzieci mają zasądzone po 2000 zł): sąd powinien obniżyć alimenty płacone na dzieci przez Jana: dotychczas to na Jana barkach spoczywał cały ciężar finansowania kształcenia i rozwoju dzieci, w niczym nie uchybił jako ojciec, wiele osobistych wyrzeczeń kosztowało go regularne płacenie tak wysokich alimentów, potrzeby dzieci są zaspokojone w każdym aspekcie. Jan i Krystyna cieszą się, że państwo postanowiło wesprzeć ich rodzinę.
 

Anna: 2000 zł (I dziecko, bez 500+)
 

Karol: 1500 zł – zobowiązując matkę do uzupełnienia wydatków w pozostałym zakresie kwotą uzyskanego świadczenia z tytułu 500 +
 

Zosia: 1500 zł - zobowiązując matkę do uzupełnienia wydatków w pozostałym zakresie kwotą uzyskanego świadczenia z tytułu 500 +
 

W wariancie II (biedniejszy Jan), sąd nie powinien niczego zmieniać w wyroku. Jan powinien dalej płacić po 1.000 zł – potrzeby dzieci będą prawie zaspokojone. Mama zapewne rozdzieli dodatkowy 1.000 zł z programu 500+ pomiędzy trójkę i dzieci powrócą na utracone kursy.
 

W wariancie III (Andżelika) – nic się nie zmienia, Andżelika jest jedynym dzieckiem swoich rodziców.
 

Dwa dni temu ujrzałam tam następujący komunikat na stronach rządowych:
 
 

www.ms.gov.pl

  

Pal licho profesjonalizm, kontekst i cel oświadczenia. (Czy Ministerstwo chce wpłynąć na sądy, jak maja obecnie orzekać? To jakaś wersja „autentycznej wykładni prawa” – czyli takiej, która dokonywana jest przez jego autora?). Być może tylko w swojej naiwności wierzyłam, że nieporuszenie kwestii obowiązku alimentacyjnego w ustawie jest słusznym zamierzeniem ustawodawcy. Pozostaje mi jednak wierzyć, że ktoś w Ministerstwie się pomylił, parlamentarzyści będą decydować mądrzej. 
 

Niestety, pomylić się musiał też i Pan Prezydent, bo jego projekt nowelizacji ustawy w tym zakresie jest już podobno od wczoraj w sejmie.
 

Tyle razy powtarzana zasada: nie zmieniajcie prawa tylko nauczcie się je mądrze stosować – może zadziała, a może nie.
 

Jeśli powyższa mądrość nie zadziała (czego możemy się obawiać, patrząc na tempo komunikatów) - jakie nowelizacja przyniesie skutki dla poznanych przez nas bohaterów?
 

W wariancie I) – Anna będzie nadal otrzymywać 2000 zł, Karol – 2500 , Zosia 2500 zł
 

W wariancie II ) – Anna 1000 zł, Karol 1500 zł, Zosia 1500 zł
 

Wszystkiemu przyglądać zaś się będzie Andżelika, która może zauważyć, że świadczenie 500 + nie jest jednak świadczeniem dla rodziny wielodzietnej (skoro Jan został pominięty) tylko dla drugiego i kolejnego dziecka. Może się to jej nie spodobać i może wnieść skargę do Trybunału Konstytucyjnego na taką nierówność wobec prawa. Ciekawa jestem, jak będzie się tłumaczyć temu aniołkowi, że kolega Karolek ma 2.500 zł, a ona dalej 2.000 zł. Podobnie jak Jan, wzorowy tata, który poczuje się zapewne „ukarany” – jego dzieci żyją ponad stan, a on od tylu lat, pomimo świetnych zarobków, nie miał urlopu. Czy Jan nie jest częścią rodziny, której państwo udziela wsparcia? Podejmuję się poprowadzenia sprawy przed Trybunałem Konstytucyjnym – zarówno w imieniu Jana, jak i Andżeliki. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego będzie zaś następnie stosowany  przez sądy powszechne, w to nikt nie powinien wątpić.

O poszanowaniu prawa i dlaczego tak nam to ciężko idzie.




 Dziś w Sejmie podczas obrad  jeden z posłów musiał opuścić salę, poprosił więc koleżankę, aby zagłosowała za niego. To znaczy - wcisnęła guzik, podniosła rękę. Tak też zrobiła, co zostało zauważone przez innych posłów. Niektórzy uznali, że taka sytuacja jest niedopuszczalna. Część komentarzy zbagatelizowała sprawę (i tak głosowanie miałoby analogiczny rezultat), zaś poseł, który „zlecił” koleżance przysługę, wypowiedział się przed kamerą, że „moralnie jest w porządku”, ponieważ chciał głosować, a wyjść musiał. Nic specjalnego się nie stało, bo większość sejmowa zagłosowała.
Jest to sytuacja wielce zdumiewająca dla obserwującego ją adwokata. Zdarzenie też przygnębiające, tym bardziej, że poseł, który „oddał swój głos” koleżance, rzeczywiście pozostawał dotychczas niekwestionowanym (dla chyba żadnego środowiska) autorytetem.
W pewnym sensie można mówić o podobieństwie sytuacji opisywanych posłów (z których jeden prosi drugiego o oddanie za niego głosu) do dość niestety powszechnego w życiu codziennym zjawiska – a mianowicie przestępstwa złożenia za kogoś (podrobienia) podpisu. Zdarza się to na przykład mężom lub żonom, którzy wypełniają deklaracje podatkowe za siebie i swoją druga połowę, nie jako pełnomocnicy, tylko właśnie poprzez „podpisanie się” – za zgodą nieobecnego – za inną osobę. Kodeks karny jest w takich sytuacjach bezwzględny. Nie szkodzi, że była zgoda na podpis, nie szkodzi, że nikt nie ucierpiał. Nie szkodzi, że to nie osoba, za którą się podpisano składa zawiadomienie do prokuratury. Nie szkodzi, że deklaracja odpowiada prawdzie. Można próbować bronić się argumentem, że czyn taki charakteryzuje się niską szkodliwością społeczną, jednak argument ten nie zawsze będzie trafny. Sądy nie umarzają co do zasady postępowań w takich sprawach. Jest skazanie (nawet, jeśli wyrok łagodny), osoba jest uważana za karaną, co bywa bardzo dolegliwe życiowo.
Zakładam, że w trochę bardziej zaawansowanej demokracji, taki poseł czy posłanka oddający za kogoś głos mogliby pożegnać się z mandatem. U nas takie sytuacje już miały miejsce i nikt mandatu nie oddawał, jednak stwierdzano, że prawo zostało naruszone. Jak ta sprawa skończy się w sejmie, zobaczymy.
Bieżąca polityka nie jest tu głównym tematem. Chodzi o znacznie więcej. O podejście do prawa, do poszanowania zasad, do stosowania pewnych reguł.
Nie mogę posłowi na sejm mojego kraju darować, że lekce sobie waży prawo, które przecież on właśnie, wraz z innymi posłami, stanowi. Nie mogę przede wszystkim podarować tych słów, że „moralnie jest w porządku”. Kiedy przedstawiciel władzy ustawodawczej wysyła społeczeństwu sygnał, że jakaś „wewnętrzna moralność” – którą określa kto? - przeważa nad przyjętymi zasadami prawnymi, jest to prosta droga do usprawiedliwienia absolutnie wszystkiego. W imię różnych idei wiele popełniono bezeceństw.
fot. Krzysztof Białoskórski www.sejm.gov.pl

 
Spotykałam się – w różnych wariantach i okolicznościach – z sytuacjami, w których jakieś osoby składały „za kogoś” podpis. Wielokrotnie odżegnywałam klientów od takiego procederu. Muszę powiedzieć, że może nawet spotykałam się z przekonaniem, że w sumie podrobienie podpisu za czyjąś zgodą, to sprawa bagatelna; jednak kiedy zwracam uwagę, że przepis to przepis – i są pewne przesłanki, które spowodowały, że jest tak stanowczy, spotykałam się też zawsze z ostatecznym zrozumieniem. Chcemy szanować prawo, bo chcemy być szanowani. Osoby, które "uwikłane" były w niemiłą sytuację z podpisem - zawsze ostatecznie żałowały, że w ogóle doszło do takiego zdarzenia. Nie słyszałam od nich, że były "moralnie w porządku". Dlatego nie mogę zrozumieć, jak można bagatelizować łamanie prawa w analogicznych sytuacjach w Parlamencie. O wiele gorszy, bo demoralizujący, był komentarz pana posła. Już przez sam fakt, że złamane zostało prawo na oczach całego społeczeństwa - moralnie nie jest w porządku.

Kwestia uchodźców i prawne zawijasy.

„Zawarliśmy taką umowę z tamtą spółką, ale nie o to nam wtedy chodziło, co tam było napisane. Musieliśmy mieć na to jakąś podkładkę, bo tam przelew był robiony wcześniej, prezes zrobił, takie założenie było, żeby to dofinansować, szybko trzeba było inwestycje zrobić, to taka okazja była, to się swoje włożyło -  i  ten zagraniczny inwestor to w przyjaźni z nami był i o wszystkim informowany był, każdy wiedział ile włożył, tylko to wówczas nie mogła być darowizna, no i trochę też nie bardzo to wszystko chcieliśmy tak fakturować, bo to i zagranica, i zwrot VATu od razu, a to wiadomo, że kontrola będzie urzędu skarbowego, jak to przy każdym zwrocie, a kto lubi kontrole, no nikt nie lubi, prawda? No tośmy taką inna umowę zawarli, że niby tego, a tu pieniądze normalnie można było przelać i księgowość zastrzeżeń nie miała. A teraz wszystko się tak zaplątało, inwestor obrażony, że niby my coś mamy zrobić, bo tak w umowie napisane, kasa zablokowana, jakoś może można tę umowę ODKRĘCIĆ, Pani Mecenas?”

Prawny zawijas.

Czasem odkręcić można, ale zazwyczaj trudno. Jeśli odkręcać, to już trzeba hiperumiejętnie. Bo jak się coś innego robi, niż się mówi, to mamy tego zazwyczaj określone konsekwencje. Które mogą być trwałe. W skali mikro oraz w skali makro.

Zawsze (prawie zawsze) można zaś wcześniej, przed stworzeniem prawnego zawijasa, nazwać rzeczy właściwie, ubrać je we właściwe instrumenty prawne, by w bezpieczny sposób przeprowadzić określoną operację. W skali mikro i makro. Na poziomie przedsiębiorcy – ale również na poziomie działalności i decyzji państwa prawa.

Niepokojące jest jednak bardzo, jeśli w skali makro, na poziomie działalności i decyzji państwa prawa, mamy takie prawne zawijasy. Jeszcze gorzej, gdy ktoś chce je nieumiejętnie odkręcać.

Kiedy konflikt na Ukrainie przybrał na sile i do Polski zaczęły napływać po raz pierwszy w historii Polski powojennej niepoliczalne tłumy ludzi obcego pochodzenia, uciekających ze swego kraju, powstał moim zdaniem właśnie wielki prawny zawijas. To byli często ludzie, którym bomby spadały na głowy. Był czas i rejony, gdy rodziny nie wychodziły z domów, bo w drodze po zakupy można było zostać zabitym. Ludzie znikali, nie wiadomo kiedy, gdzie i jak. Nie wiadomo, ilu zginęło, mężczyźni, kobiety, dzieci, żadna statystyka nie jest wiarygodna.

Wojna. Wojna domowa. Jeszcze straszniejsza, bo po dwóch stronach barykady walczyli i nadal walczą ze sobą członkowie jednej rodziny. Cześć z osób przybyłych do Polski z Ukrainy (może być ich podobno milion) – wystąpiło o nadanie im statusu uchodźcy. Tymczasem państwo polskie,  bardzo konsekwentnie odmawiając nadania komukolwiek takiego statusu, wysłało prosty komunikat: przybyli do Polski Ukraińcy są migrantami ekonomicznymi. Wyłącznie. Pardon, podobno 4 (CZTEREM!) osobom przyznano status uchodźcy. 

Oczywiście trudno się nie domyśleć, dlaczego tak, a nie inaczej. Uchodźcę trzeba bowiem objąć specjalna opieką, w tym socjalną, na którą najwyraźniej nie było naszego kraju stać. Uchodźca kosztuje, a imigrant ekonomiczny zarabia na siebie, taka różnica. Taniej więc było stworzyć iluzję, że WSZYSCY mieszkańcy Ukrainy, którzy do Polski przyjechali, są tu wyłącznie z powodów ekonomicznych. Ja jestem jednak adwokatem, a nie politykiem i przepisy znam. Jestem też od pomagania ludziom, a nie od tłumaczenia im, jaką politykę ma moje państwo.

Krew we mnie buzowała, kiedy osoby ukraińskiego pochodzenia pytały, co mają robić, by w Polsce zostać, kiedy słyszałam różne historie ich dotyczące. Jednego chłopca (chyba mogę tak o nim powiedzieć, choć był pełnoletni) namawiałam mimo wszystko do wszczęcia procedury starania się o nadanie statusu uchodźcy. Ale się od kolegów dowiedział, jaka jest praktyka – i nawet nie spróbował.

Krew się we mnie zupełnie zagotowała natomiast, kiedy usłyszałam panią Premier polskiego rządu w Parlamencie Europejskim twierdzącą, że my tu w Polsce mamy milion uchodźców z Ukrainy. Proszę na to spojrzeć ich oczami, nawet moimi oczami proszę sobie na tę sytuację spojrzeć, a zrozumiecie Państwo, wręcz chwała Panu, że telewizor przetrwał tę próbę mierząc się ze mną ze mną oko w oko w czasie wystąpienia pani Premier. Niebywałe.

I niech nikt nie próbuje mówić, że to złe poprzednie rządy taką politykę przyjęły, bo nie zauważyłam, by w ciągu ostatnich tygodni nadawany był status uchodźcy komukolwiek z Ukrainy. To polityka całego państwa polskiego, a nie konkretnego rządu jest taka właśnie. Prawny zawijas, bo gdyby rzetelnie przyglądać się warunkom, w jakich część migrantów znalazła się w naszym kraju, to sądzę, że uchodźców znalazło by się więcej niż dwóch czy czterech. 

Żeby też było jasne: nie mam najmniejszych wątpliwości, że większość przybyłych do Polski zza wschodniej granicy, to rzeczywiście migranci ekonomiczni – i bardzo dobrze, ciężko tu pracują, zastępują też „ubytek społeczny” w postaci wyemigrowanych Polaków, którzy również ze względów ekonomicznych przemieścili się dalej na zachód. Taka kolej rzeczy, takie czasy, taka ekonomia.

Jednak przyjęcie zupełnie innej, moim zdaniem nieprawdziwej tezy za punkt wyjścia, pociąga za sobą określone skutki: gdybyśmy godnie przyjęli migrantów z Ukrainy, nazywając za każdym razem ich status wedle właściwej miary, tym z nich, którzy szukali u nas schronienia ratując własne życie, udzielili ochrony prawnomiędzynarodowej gwarantowanej podpisanymi przez Polskę konwencjami, być może teraz w negocjacjach z Unią Europejską, w bardzo trudnej sprawie imigrantów z innych krajów, mielibyśmy rzeczowe argumenty. Gdybyśmy jako państwo spróbowali chociaż stworzyć rzetelne mechanizmy radzenia sobie z badaniem, kto uchodźcą jest, a kto tylko ekonomicznym migrantem, gdybyśmy zadali sobie trud pomocy ludziom, którzy tej pomocy potrzebowali, teraz stałoby za nami bezcenne doświadczenie, rzeczowe argumenty i siła.

Moglibyśmy doradzać innym państwom, jak z tym problemem się zmierzyć, moglibyśmy wspólnie rozwiązywać naprawdę trudne dylematy i wspólnie podejmować decyzje, dotyczące nas samych i innych państw.

Można też było przemilczeć kwestię migrantów zza wschodniej granicy, traktując tę sprawę jako naszą wewnętrzną decyzję, skoro mleko się już rozlało. Zrobiliśmy pewne założenia, teraz są tego określone konsekwencje.

A tak – zawijas prawny i kompromitacja.

Chciałabym  bardzo podziękować wszystkim osobom, które w ostatnim tygodniu przyniosły do mojej kancelarii ciepłe ubrania, które zostaną przekazane przez organizującą w Trójmieście zbiórkę Panią Małgorzatę Zaremba do  Pani Anny Alboth  (prowadzącej blog rodzinabezgranic.pl) w Berlinie.
Ubrania te trafią do potrzebujących, dzięki czemu przynajmniej niektórym dzieciom (dorosłym też) nie będzie trzeba zakładać rajstop na głowy, żeby je ogrzać. Dzieci marzną niezależnie od tego, czy ich rodzice (którzy też marzną) zostaną nazwani uchodźcami czy migrantami.
Poszukiwane są osoby mogące zapewnić transport na trasie Gdynia-Berlin.