Nienależne wynagrodzenie biegłych sądowych


Po zapoznaniu się z niektórymi opiniami biegłych w sprawach sądowych, następnie zaś z postanowieniami sądów o przyznaniu tym biegłym wynagrodzenia, przysłowiowy nóż się w kieszeniach otwiera, zwłaszcza w kieszeniach stron postępowania.
Nieraz już słyszałam w kancelarii pytanie: ALE KTO ZA TO BĘDZIE PŁACIĆ?
źródło: raciborz.sr.gov.pl
 Z prawem jest tak, że są to ogólne reguły postępowania, stworzone przez społeczeństwo i dla społeczeństwa. Jeśli więc nie ma jakiejś szczególnej klęski legislacyjnej, to zazwyczaj te reguły są logiczne i odpowiadają poczuciu sprawiedliwości i przyzwoitości. Nie trzeba być zazwyczaj prawnikiem, żeby wiedzieć, czy można coś zrobić czy nie można.

Jest też zasadą ogólnie przyjętą w stosunkach międzyludzkich, że jeśli komuś zlecamy wykonanie jakiegoś zadania, to płacimy mu za wykonanie tego zadania, a nie za to, że ta osoba po prostu istnieje bądź że zrobiła akurat zupełnie inne zadanie, z którego jest bardzo zadowolona, choć ono do niczego nam jest niepotrzebne. Dajmy na to, jeśli zlecę komuś uszycie sukienki w dwa tygodnie, a ta osoba przyniesie mi dwie pary za dużych na mnie butów - i to po roku - to czy proszę Państwa należy jej się wynagrodzenie tylko z tego powodu, że zgodziła się uszyć sukienkę oraz że jest z wykształcenia krawcem po pięciu krawieckich uniwersytetach?

No chyba nie. Dlatego właśnie zastanawia mnie, dlaczego sędziowie przyznają wynagrodzenie biegłym, którzy wydają opinie kompletnie nieprzydatne dla sprawy.
W praktyce (dla stron) jest to ogromny problem. Mam taką sprawę, w której biegły złożył opinię, której naprawdę nikt nie rozumiał. W kategoriach pragmatycznych nie wiedzieliśmy nawet dla kogo ta opinia była "korzystna". Sąd przyznał biegłemu na jego prośbę wynagrodzenie w horrendalnej wysokości, co zaskarżyłam. Czekaliśmy ponad rok na rozstrzygnięcie zażalenia w sprawie kosztów, o ten rok opóźniło nam to rozstrzygnięcie sprawy. Było przy tym oczywiste, że sąd powoła innego biegłego. Sąd powołał kolejnego biegłego, a temu pierwszemu... ostatecznie przyznał wynagrodzenie obniżone o połowę. Nadal kilka tysięcy złotych. Kwotę tę opłaci strona przegrywająca sprawę. Nie zaskarżyłam już tego nadal niesprawiedliwego postanowienia, bo wiem, że na kolejne rozstrzygnięcie moi klienci czekaliby kolejny rok. A sprawa nadal jest w toku.


Ostatecznie ktoś jednak ten rachunek zapłaci. Za opinię mierną, którą nawet nie wypada nazywać opinią. Co jest zjawiskiem powszechnym, niestety. Nie dość, że miesiącami (czasem latami) czekamy na jej wydanie, to jeszcze dostajemy bubel.

Ostatnio zaś otrzymałam opinię, która nie zawiera odpowiedzi na żadne z postawionych pytań. Wykonanie jej zajęło biegłym ponad dwa lata. Jest to wielce interesujące, bo biegły ponosi odpowiedzialność karną, jeśli jego opinia jest nieprawdziwa. Jeśli jednak wcale nie odpowiada na postawione tezy, to trudno jej zarzucić fałszywość, nieprawdaż? W tej sprawie też już zasądzono biegłym wynagrodzenie. Gdybym je zaskarżyła, co prawdopodobnie nie przyniosłoby żadnego skutku (opinia jest sporządzona przez aż trzech biegłych, notabene lekarzy z tytułami naukowymi), sprawa Klientki odwlekłaby się z pewnością co najmniej o kolejny rok, na co trudno sobie pozwolić.

Tymczasem zastanawiam się, czy sędzia, któremu krawiec uszłyby za dużą sukienkę zamiast zgrabnych spodni, zapłaciłby za wykonaną usługę.

Mam nadzieję, że ta sytuacja się zmieni. Że będziemy mogli przychodzić do sądów po sprawiedliwość, którą gwarantować nam będą również niezależni, wykształceni fachowcy. Że nie będziemy musieli podejmować decyzji w stylu greckiej tragedii: czy zaskarżać absurdalne postanowienie o zapłacie za bezwartościowe opinie, tym samym narażając klienta na stratę kolejnego roku postępowania  - czy liczyć na to, że sprawę wygramy – i to nie my ostatecznie poniesiemy nienależne koszty.

Po co mi adwokat?



Prowadzę sprawę. Bardzo trudną i złożoną. Taką z wielkim supłem, którego nie można rozciąć, bo wszyscy pozlatują w dół, w przepaść. Z supłem do umiejętnego, powolnego rozwiązywania.

Niestety w tej sprawie było już kilku pełnomocników. Zrobili kilka mniejszych supełków – i poszli. Bardzo niewdzięcznie jest tak pisać, bo po wszystkim, z boku – łatwiej ocenić, co można było zrobić lepiej. A jednak czasem taka ocena jest potrzebnym, zimnym prysznicem.

źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Knot#/media/File:Sj%C3%B6manss%C3%A4ck_-_1991.jpg

Bo w takiej właśnie chwili – klient słusznie pyta: po co mi adwokat?

Sama się nad tym zastanawiam. Czasem jest tak, że adwokat potrzebny będzie do znalezienia właściwego przepisu, który ułatwi interpretację naszego zachowania. Czasem bywa tak, że jest potrzebny do tego, aby pomóc klientowi przejść przez trudną sytuację. Wyjaśnić, co go czeka, doradzić, jakie podjąć decyzje, jak się zachować, czasem nawet – jak ubrać się, idąc do sądu.

Jednak najbardziej jest adwokat potrzebny do dobrej komunikacji z sądem. No bo proszę sobie wyobrazić, w sądzie zazwyczaj mamy jedną sprawę w życiu. I jest to zazwyczaj bardzo ważna sprawa. Z byle czym do sądu raczej się przecież nie chodzi. I bywa, że ta nasza życiowa sprawa jest rozstrzygana przez jednego człowieka, który jednocześnie ma do rozstrzygnięcia jeszcze tysiąc (naprawdę, są takie referaty) ludzkich spraw. Idziemy na rozprawę – i mamy zazwyczaj najwyżej godzinę, aby opowiedzieć naszą historię tak, jak my ją widzimy. Aby wyjaśnić nasze racje. Aby sąd nam rację ostatecznie przyznał.

Godzina to mało czasu. Pięć godzin to mało, dziesięć, ba! nawet sto godzin to może być nic, kiedy ktoś rozstrzyga o naszym życiu.

I po to nam właśnie adwokat. Aby dobrze reprezentować klienta, powinien go poznać. Powinien dobrze wysłuchać, wypytać, dowiedzieć się absolutnie wszystkiego, co może być dla sprawy ważne. Czasem adwokat szybciej oceni, jakie są cele i pobudki strony postępowania – niż ona sama. Jeśli dobrze poznał intencje swojego klienta, to zadaniem jego będzie przedstawić te intencje bez przekłamania, rzetelnie – ale jednocześnie tak, aby przekonać sąd, że dana osoba naprawdę miała lub ma rację, wyjaśnione intencje, wyjaśnione zamiary i plany -  to często klucz do wygranej sprawy. Adwokat powinien umieć przedstawić argumenty sprawnie i krótko. Najwyżej w godzinę.

Dobry adwokat podpowie nam również, kiedy milczeć.

Prowadzę często sprawy medyczne. Codziennie widzę, że podstawowy błąd, jaki może popełnić lekarz – to brak tzw. właściwego wywiadu. Czyli niesłuchanie pacjenta. Uważam stanowczo, że pełnomocnicy też są narażeni na taki błąd. Kiedy myślę o sprawie z supłem, od której zaczęłam ten wpis, to niestety sądzę, że żaden z kilku pełnomocników nie wysłuchał dobrze swojego klienta. Nie będzie teraz ani łatwo, ani szybko ten supeł rozwiązać.

Życzę wszystkim samych spraw bez zasupłanych supłów.

Poncjusz Piłat a niezawisłość sądów


Na marginesie refleksji wielkotygodniowych za każdym razem od początku, co roku, zdumiewa mnie przebieg procesu Jezusa. W tym roku – po wielu miesiącach raczej mało skutecznej walki części społeczeństwa o zachowanie niezawisłości sędziów w naszym kraju, ewangeliczny opis procesu uderza szczególnie.

Ecce Homo, Antonio Ciseri: Poncjusz Piłat przedstawiający ubiczowanego Jezusa z Nazaretu mieszkańcom Jerozolimy. źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Poncjusz_Pi%C5%82at#/media/File:Eccehomo1.jpg
 
Poncjusz Piłat, będący rzymskim guberanatorem – był też sędzią. Przyprowadzili do niego Jezusa i powiedzieli, że należy go skazać, bo jest przestępcą i podburza lud. W istocie ci, którzy przyprowadzili Jezusa, obawiali się, ponieważ zapewne musieli czuć, że są od niego w jakimś sensie słabsi – i bali się utraty części swojej nad ludem władzy. Poncjusz Piłat nawet dość uczciwie przesłuchiwał podsądnego Jezusa, który w przeważającej mierze milczał. Do dziś oskarżonemu przysługuje prawo do odmowy składania wyjaśnień.

Relacja procesu i zachowanie Poncjusza Piłata świadczą o tym, że musiał być doświadczonym sędzią. Zapewne był uważany za sędziego sprawiedliwego. Ostatecznie Poncjusz Piłat nie był przecież wcale przekonany do winy Jezusa. Różnymi sposobami próbował uniknąć wydania wyroku skazującego.

Kiedy jednak kapłani napierali na skazanie, Poncjusz Piłat odwołał się do ostatniej szansy dla Jezusa. Zapytał społeczeństwo, czy woli, aby na wolność został wypuszczony (ułaskawiony) kryminalista, którego wszyscy powszechnie się obawiali - Barabasz, czy też pacyfistycznie nastawiony do życia Jezus Chrystus. Lud jednak był już pod wpływem skutecznej propagandy władzy. „Uwolnij Barabasza!” – wołali. I w ten sposób Barabasza wypuszczono, zaś Jezus Chrystus został ukrzyżowany.

Poncjusz Piłat zaś umył ręce. I nawet powiedział: „Nie jestem winny krwi tego sprawiedliwego. To wasza rzecz”.

Poncjusz Piłat robił co mógł, ale tylko do granicy swojej – jak to dziś zwykło się mówić – strefy komfortu. Może i poczuł lekki dyskomfort skazując niewinnego człowieka, ale mógł się usprawiedliwić, że właściwie to nie miał wyjścia. Osoby wpływowe bowiem i tak miały zamiar doprowadzić do skazania, a on nie zamierzał się narażać. Był człowiekiem wygodnym i brakło mu odwagi. Jest jednoznacznie negatywną postacią w procesie Jezusa. Oceniający go dziś nie mają raczej wątpliwości, że ostatecznie ten sędzia jest winny, że postąpił haniebnie.

Poncjusz Piłat był przede wszystkim sędzią zależnym. Zależnym od władzy, która kierowała ludem. Warto pamiętać o tym, że niezależnie od epoki, w której żyjemy, każde społeczeństwo potrzebuje przejrzystego systemu sprawiedliwości i niezawisłych, odważnych sędziów. Dziś tę niezawisłość powinny gwarantować właściwe regulacje prawne, które w ostatnim czasie w naszym kraju ulegają wyraźnym wypaczeniom. Możemy mieć obawę, że jeśli nie zatrzymamy tych negatywnych zmian w systemie sprawiedliwości, w sądach pojawią się mniej odważni i mniej niezawiśli sędziowie. Tymczasem nikt z nas nie chciałby być sądzony przez Poncjusza Piłata.

Omyłki sądowe – błędy karygodne, kardynalne, jednak odwracalne.

Podobno nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi. Prawda, ale też nigdy nie powinno to być usprawiedliwienie dla pomyłek, jakie mogą zdarzyć się wymiarowi sprawiedliwości. A niestety zdarzają się – i to o wiele częściej, niż mogłoby się zdawać. W sprawach małych, wielkich – i największych.

W ostatnich dniach przebiła się do wiadomości publicznej spektakularna informacja – człowiek, który spędził w więzieniu ostatnie 18 lat, skazany na 25 lat pozbawienia wolności za brutalne zabójstwo i zgwałcenie młodej dziewczyny – prawdopodobnie jest niewinny. Pan Tomasz Komenda miał 23 lata, gdy został zatrzymany, a teraz, na skutek decyzji sądu – powrócił do rodziny. Jak wskazał sędzia, sąd w tamtej sprawie „być może działał pod pewną presją”. Możemy rozumieć, że działał pod presją opinii publicznej.
Opinia publiczna bowiem w takiej i podobnych sprawach jest bezwzględna. Lud żąda oka za oko, krwi za krew. Kiedy czytamy komentarze internautów pod artykułami dotyczącymi głośnych zabójstw, szybko natkniemy się na uwagi opisujące, co komentujący by takiemu czy owakiemu zrobił, a najlepiej i najpewniej – to kara śmierci. I właśnie w kontekście tej opisywanej sprawy prawdopodobnie niewinnego człowieka, który spędził w więzieniu 18 lat, warto przypomnieć sobie, dlaczego kara śmierci nigdy nie powinna, nawet potencjalnie, gościć w kodeksach karnych. Wyroki 25 lat pozbawienia wolności nieczęsto zapadają. Nawet w przypadku zabójstw, kary orzekane są zazwyczaj niższe, sąd bierze zawsze pod uwagę całokształt okoliczności sprawy. W opisywanym przypadku więc sąd orzekał absolutnie w górnej granicy przewidywanej kary. O maleńki krok od kary najsroższej – dożywotniego pozbawienia wolności. Gdyby w kodeksie przewidziano karę śmierci – o krok od tej kary. W systemie, w którym dopuszczalna jest kara śmierci – człowiek, który dziś spędza czas z rodziną, nie miałby już tej szansy. Powinien to być absolutnie wystarczający i ostateczny argument, dla którego moralnie nie do przyjęcia jest popieranie kary śmierci. Bo pomyłki, jak widać, zdarzają się.
Jeroen Bouman - http://www.icj-cij.org

Wracając do opinii publicznej, aktualnie odium spadło na organy ścigania i poprzednio orzekający sąd. Trudno w ogóle odnosić się do opisanej sprawy uwolnionego człowieka, skoro nie znamy jej szczegółów. Jednak mając od kilkunastu lat codziennie kontakt z wymiarem sprawiedliwości, mogę niestety powiedzieć, że błędy zdarzają się moim zdaniem częściej, niż ewentualnie zakładany (choć też przecież w sprawach ludzkich – po ludzku niedopuszczalny) – margines.  Od błędów mniejszych i nie tak bardzo  znaczących, do naprawdę takich, których konsekwencje rujnują czyjeś życie. I zdarza się też, że w więzieniach siedzą niewinni ludzie. Z pewnością nie powinno być tak, aby pod wpływem jakichkolwiek nacisków podejmowane były decyzje dotyczące konkretnego sądowego przypadku. Być może sprawa uwolnionego właśnie człowieka spowoduje, że w innych postępowaniach – prokurator czy sędzia będzie mniej podatny na uleganie opinii publicznej. W Internecie tak łatwo ferować wyroki. Warto się jednak i od tego powstrzymać.

Dzieci z rodzin transgranicznych bardziej chronione


Zapowiadają się zmiany w prawie dotyczącym ochrony małoletnich przy międzynarodowych sporach rodzicielskich. Nad zmianami obowiązującego rozporządzenia Bruksela II bis odnoszącego się do kwestii małżeńskich i rodzicielskich w perspektywie międzynarodowej, pracują dziś instytucje unijne. To Rada będzie ostatecznie decydowała o brzmieniu zmian wprowadzanych projektem Komisji Europejskiej, jednak konsultacje Parlamentu Europejskiego są istotnie brane pod uwagę. Założenie jest takie, aby każde dziecko, jako najsłabsze ogniwo w sporze dotyczącym władzy rodzicielskiej czy wręcz w sprawach tzw. uprowadzeń rodzicielskich otoczone było właściwą ochroną i opieką, również ze strony sądów.

I tak podczas obrad, jakie miały miejsce w ubiegłym tygodniu w Parlamencie Europejskim  17 stycznia 2018 r. sprawozdawca Tadeusz Zwiefka szczególny nacisk położył na kwestie wysłuchania dziecka w przypadku konfliktu rodzicielskiego – optymalnie w każdej sprawie, w przyjaznej atmosferze, poza siedzibą sądu, bez udziału rodziców, co miałoby zapobiec wywieraniu presji na małoletniego. Drugim z podniesionych postulatów jest wprowadzenie mediacji jako alternatywnego sposobu rozwiązania sporu, co ma dawać stronom większą elastyczność przy podejmowaniu decyzji oraz czyni postępowanie tańszym. Odniesiono się również do możliwości umieszczenia dziecka na czas postępowania poza jego rodziną biologiczną, czyli w rodzinie zastępczej bądź placówce wychowawczo-opiekuńczej. Do tego projektu dodano możliwość pozostawienia przez sąd dziecka w rodzinie, która przebywa w kraju, gdzie toczy się sprawa. Zdaniem posła sprawozdawcy, jest to rozwiązanie pożyteczne zwłaszcza w przypadku długotrwałych spraw sądowych.

Zdaniem moim natomiast, wszystkie te proponowane zmiany brzmią niezmiernie zachęcająco, jednak żadna z nich nie musi okazać się zbyt pożyteczna, zwłaszcza, gdy odnosi się do postepowań w sprawach tzw. uprowadzeń rodzicielskich. Od wielu lat prowadząc spory rodzicielskie z tzw. czynnikiem zagranicznym wiem, że najważniejsze w sytuacji, kiedy jeden z rodziców działa bezprawnie wbrew woli drugiego, kiedy działa metodą faktów dokonanych (a taka właśnie sytuacja ma miejsce przy uprowadzeniach rodzicielskich), najważniejsza staje się szybkość postępowania i powrót dziecka do jego pierwotnego środowiska, w którym dopiero powinien orzekać sąd odnośnie do wszystkich kwestii spornych pomiędzy rodzicami.
źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/P%C5%82acz" \l "/media/File:Sadness.jpg
 
 

Przykładowo, kiedy rodzina zamieszkiwała dotychczas – powiedzmy – we Francji, gdzie dziecko rozwijało się w swoim środowisku – i nagle, w konflikcie okołorozwodowym, jedno z rodziców zabiera dziecko i za plecami drugiego przyjeżdża z nim do Polski – to podstawowym działaniem organów państwowych powinno być jak najszybsze (obecnie zalecany czas procedury do 6 tygodni) spowodowanie powrotu dziecka do Francji i tam przeprowadzenie wszystkich postępowań dotyczących funkcjonowania małoletniego – a więc władzy rodzicielskiej, kontaktów itp. W tych docelowych postępowaniach – i tu pełna zgoda – należy małoletniego wysłuchać, dążyć do mediacji, starać się nie separować dziecka od jego najbliższej rodziny. Jednak pamiętać należy przede wszystkim, by nie promować metod działania rodzica za pomocą faktów dokonanych. Zalecenie każdorazowego wysłuchania dziecka czy wprowadzenia mediacji w sprawach popularnie nazywanych „z konwencji haskiej” – czyli dotyczących uprowadzeń rodzicielskich – byłoby pomyłką. Narzędzia te, zamiast pomóc, mogą rozmyć odpowiedzialność za jak najszybsze doprowadzenie sprawy do końca. Fiasko mediacji, organizacja wysłuchania dziecka w odpowiednich warunkach, mogą przedłużyć postępowanie o miesiące, służąc petryfikacji nowej, niepożądanej sytuacji. Po upływie odpowiedniej ilości czasu zmniejszamy szanse na zadecydowanie przez sąd o powrocie dziecka, które może się już przyzwyczaić do nowych warunków. Pomimo przychylności Parlamentu do wprowadzanych zmian (opinia, w której znalazły się przytoczone postulaty została przyjęta), Rada zapewne ma świadomość tych ograniczeń i rozsądnie wprowadzi je do przepisów.

Wzbudza nadzieję, że planuje się również wzmocnić współpracę na poziomie pomiędzy państwami, obecna praktyka – zwłaszcza praktyka funkcjonowania naszych rodzimych instytucji w kontekście międzynarodowej współpracy i wymiany informacji – pozostawia bardzo wiele do życzenia.

Muszę też powiedzieć, że liczyłabym na to, że jeśli opisany temat zostaje poruszony, będzie się o nim mówić i w Polsce.  Może więc i u nas legislator przyjrzy się wreszcie tym trudnym tematom. Choćby jednoznaczna penalizacja uprowadzenia rodzicielskiego w naszym kodeksie karnym usprawniłaby działania w niejednej sprawie rodzinnej, obecna różnorodna praktyka w tym zakresie zdecydowanie w niedostateczny sposób chroni małoletnich.

Plakaty antyaborcyjne - postanowienie Prokuratury Rejonowej w Gdyni.

W odpowiedzi na złożone zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa (dot. plakatów tzw. antyaborcyjnych, o których pisałam tutaj) otrzymaliśmy informację, że Prokuratura Rejonowa w Gdyni odmówiła wszczęcia dochodzenia w tej sprawie.
 
Można powiedzieć, że organy ścigania działają sprawnie, bo szybko.
 
Takie postanowienie nie wymaga nawet uzasadnienia, toteż nie wiemy, czym konkretnie kierował się Prokurator - umarzając.


Smutne pytanie przychodzi mi do głowy - czy na tym polegać ma "wolność" obywatelska, że każdy może mieć taką ciężarówkę jaką chce (żeby nie napisać, że na jaką sobie zasłużył).  
Ciężarówka na chwilę zniknęła z "naszej" trasy, jednak teraz ponownie tam stoi. 
Z pewnością będziemy składać zażalenie.


 


 
 

Czy wywieszanie plakatów antyaborcyjnych to przestępstwo?

Wyjątkowo tym razem napiszę Państwu o konkretnej sprawie, nawet więcej - o sprawie niemal osobistej, ponieważ właśnie stałam się jednym z uczestników postępowania. Mianowicie złożyłam zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa.

Otóż jestem nie tylko adwokatem "na obcasach" - a więc płci żeńskiej, ale również mamą trójki dzieci. Od kilku dni wożąc te dzieci do szkoły natykam się na takie zdjęcie (jest tak obsceniczne, że pozwoliłam sobie na użytek tego wpisu maksymalnie je zneutralizować zmianą koloru i cieniami, nie chciałabym takich zdjęć propagować na blogu w żadnej formie):
Umieszczone jest ono na ciężarówce zaparkowanej na naszej trasie, w pobliżu domu. Odwróciłam uwage dzieci kiedy przejeżdżaliśmy koło niego po raz pierwszy, a potem jadąc w następnych dniach - zmieniłam trasę. Nie muszę się pewnie zwierzać ze swoich poglądów, ale wcale nie jestem zwolenniczką liberalizacji ustawy aborcyjnej. Jednak to, na co naraża się obecnie moją rodzinę w związku z wdrażaniem ideologii tzw. antyaborcyjnej - jest karygodne. Zwłaszcza karygodne powinno być zaś przecież w oczach tych osób, które 10-tygodniowy płód uznają za człowieka. Czy zdjęcie (bardzo drastyczne zdjęcie) ludzkich szczątków - ludzkich zwłok wystawione w miejscu publicznym w celu wywołania konkretnej reakcji społecznej - nie jest wykorzystaniem ich w celu instrumentalnym? Jeśli tak, to bardzo proszę, aby właściwe organy zajęły się tą sprawą.
Nie zgadzam się na narażanie moich dzieci na takie widoki. Proszę więc prokuraturę o sprawdzenie, czy w tej sprawie nie popełniono przestępstwa. jeśli ktoś z Państwa chciałby złożyć analogiczne zawiadomienie w swoim mieście - proszę się nie krępować. Można skorzystać ze wzoru.
Zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa
Działając w imieniu własnym, niniejszym zawiadamiam o możliwości popełnienia w dniach ________________________ przy ul. ______________________________ przestępstwa usiłowania znieważenia zwłok ludzkich, tj. przestępstwa określonego w art. 262 § 1 k.k. w związku z art. 13 § 2 k.k.  
Uzasadnienie 
W dniach _________________________ przy ulicy _________________________ stał zaparkowany samochód  ciężarowy o numerach rejestracyjnych ______________________________, pokryty w całości wielkoformatowymi drastycznymi zdjęciami ludzkiego płodu poddanego aborcji z napisem „Aborcja zabija. Aborcja w 10 tygodniu życia”. Obok zdjęcia płodu znajduje się wizerunek monety. Jak wynika z odniesienia do strony internetowej umieszczonego na plakacie (stopaborcji.pl), stanowi on część kampanii Fundacji PRO - prawo do życia. 
Dowód:
Zdjęcie samochodu.   
Uprzejmie wskazuję, że wprawdzie abortowany płód nie jest zwłokami ludzkimi w rozumieniu powszechnie obowiązujących przepisów prawa,  to jednak autorzy kampanii prezentując przekonanie, że są to zwłoki człowieka, popełniają przestępstwo ich zbezczeszczenia. Na tym bowiem polega instytucja usiłowania nieudolnego, że sprawca przestępstwa działa w mylnym przekonaniu wypełniania znamion przestępstwa (przykładowo będzie odpowiadała w granicach odpowiedzialności za zabójstwo osoba, która strzela do manekina, w mylnym przekonaniu, że strzela do człowieka). Toteż eksponowanie zdjęć szczątków ludzkich w drastycznym ujęciu z przekonaniem, że są to zwłoki, z pewnością wypełnia znamiona przestępstwa z art. 262 § 1 k.k. w związku z art. 13 § 2 k.k. Nie ma chyba wątpliwości, że obklejenie samochodu zdjęciem zwłok dorosłego człowieka w drastycznym ujęciu spełniałoby znamiona przestępstwa określonego w art. art. 262 § 1 k.k. 
Zgodnie z definicją zawartą w rozporządzeniu Ministra Zdrowia z dnia 7 grudnia 2001 r. w sprawie postępowania ze zwłokami i szczątkami ludzkimi, zwłoki to ciała osób zmarłych i dzieci martwo urodzonych. Tym samym zdjęcie płodu poddanego aborcji nie podlega tej definicji. Niemniej, jak wskazano w  art. 13 § 2 k.k. usiłowanie popełnienia przestępstwa zachodzi także wtedy, gdy sprawca nie uświadamia sobie, że dokonanie jest niemożliwe ze względu na brak przedmiotu nadającego się do popełnienia na nim czynu zabronionego lub ze względu na użycie środka nie nadającego się do popełnienia czynu zabronionego. Brak w tym wypadku zwłok ludzkich, które stanowiłyby przedmiot przestępstwa nie jest przeszkodą do wystąpienia formy stadialnej czynu zabronionego, jaką jest usiłowanie. Strona podmiotowa czynu, objętego usiłowaniem nieudolnym, może charakteryzować się błędem w ocenie stanu faktycznego, nierozpoznawaniem stanu faktycznego przez sprawcę usiłowania, który jest subiektywnie przekonany, że podjęte przez niego zachowanie doprowadzi do realizacji zamierzonego czynu (Komentarz do kodeksu karnego, pod red. M. Dębskiego, wyd. 2, 2017, Legalis). Omawiany przypadek realizuje wszystkie znamiona art. 13 § 1 k.k., tj.: zamiar popełnienia czynu zabronionego, zachowanie zmierzające bezpośrednio do dokonania tego czynu oraz brak dokonania. W przypadku usiłowania nieudolnego elementem dodatkowym, charakteryzującym tę postać usiłowania, jest obiektywna niemożliwość dokonania czynu zabronionego, z której sprawca nie zdaje sobie sprawy.  
W niniejszej sprawie bez znaczenia pozostaje więc, czy organ prowadzący postępowanie uzna płód poddany aborcji za zwłoki człowieka (co może być trudne ze względu na brzmienie ustawy), ponieważ w omawianym przypadku sprawca ewidentnie jest przekonany, że umieszcza wizerunek ludzkich zwłok na widok publiczny. Użycie hasła „zabija” na plakacie, a także z treści artykułów, znajdujących się na stronie internetowej, do której odsyła plakat (stopaborcji.pl) sugeruje, że autorzy akcji i członkowie fundacji uznają dziecko poczęte nienarodzone za człowieka, a dokonujących aborcji nazywają mordercami. Nadanie takiemu płodowi cech człowieka w rozumieniu autorów kampanii oznacza, że dokonanie aborcji to zabójstwo, a skoro tak, płód poddany aborcji to zwłoki człowieka. Tym samym wypełnione są znamiona usiłowania nieudolnego, o których mowa powyżej. Plakat może nie przedstawiać zwłok ludzkich w rozumieniu prawa, ale według autorów kampanii to są właśnie zwłoki człowieka.  
Nie budzi wątpliwości, że umieszczenie na widoku publicznym drastycznych zdjęć zwłok (nawet jeśli są to zwłoki tylko w rozumieniu sprawców a nie według prawa), przy których umieszczono monetę, jest działaniem instrumentalnym, tj. w celu osiągnięcia celu znanego autorom plakatu i kampanii i powinno być uznane za zbezczeszczenie zwłok, tj. nietraktowanie ich z należnym szacunkiem.  
Na marginesie wskazuję, że trudno dać przy tym wiarę, aby celem właściciela pojazdu/autorów kampanii była ochrona życia poczętego, ponieważ kampania w takim kształcie raczej  narusza godność tego poczętego życia. W sensie zaś ogólnospołecznym, efekt takich działań długofalowo może przyczynić się do wzrostu wykonywanych aborcji, ze względu na powszechnie znane w psychologii zjawisko tzw. oswojenia przemocy („opatrzenia się” drastycznych widoków w społeczeństwie).  
Z ostrożności, w przypadku stwierdzenia braku podstaw do kwalifikacji opisanego czynu jako usiłowania znieważenia zwłok, możliwa jest kwalifikacja jako wykroczenie z art. 140 albo 141 k.w., tj. nieobyczajnego wybryku lub umieszczenia nieobyczajnego rysunku w miejscu publicznym. Uprzejmie wskazuję, że przedstawiony samochód znajduje się na trasie, którą wiozę moje dzieci (13 i 8 lat) do szkoły i obecnie (od kiedy samochód jest zaparkowany w miejscu publicznym na drodze) staram się jechać inną trasą, aby nie narażać małoletnich na zgorszenie. 
Uprzejmie proszę o podjęcie czynności zmierzających do ustalenia sprawców przestępstwa i następnie ich ukarania.