Dziecko dotknięte przemocą zostaje w kraju. Orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka staje po stronie skrzywdzonych dzieci.


Gdy do sądu trafia sprawa uprowadzonego dziecka - nie ma idealnych rozwiązań. W centrum postępowania jest zawsze mały bezbronny człowiek, a przepisy bywają bezwzględne: po to większość państw świata podpisało konwencję międzynarodową – konwencję dotycząca cywilnych aspektów uprowadzenia dziecka za granicę, sporządzona w Hadze dnia 25 października 1980 r. – aby zapewnić dzieciom ochronę od bezprawnych działań któregoś z rodziców. Aby zapewnić, że żaden z krajów nie będzie promować metody faktów dokonanych, jaką czasem stosują rodzice w sprawach rodzinnych. Co oznacza, że jeśli wywiozłeś dziecko z dotychczasowego kraju pobytu bez zgody drugiego rodzica lub sądu – choćby nie wiem co się działo – dziecko musi wrócić.

Tymczasem rzeczywistość jest taka, że istotna część spraw związanych z ucieczką jednego z rodziców, związana jest z przemocą wobec rodzica i (często) dziecka. Istnieje wprawdzie pewien wentyl bezpieczeństwa, otóż odmawia się powrotu dziecka, które narażone byłoby na szkodę, jednak sądy europejskie są niezwykle ostrożne w ocenie ewentualnego ryzyka i szkód, jakie mogą dotknąć dzieci. Uważa się, że ze względu na zasadę zaufania do organów działających w innych krajach (zwłaszcza europejskich), nawet w przypadku pewnych nieprawidłowości w rodzinie należy dziecko „odesłać” i powierzyć jego ochronę instytucjom kraju, z którego przyjechało.  Dotyka to nawet dzieci bitych, dotkniętych przemocą.

Coraz więcej jest jednak głosów, że często spotykane mechaniczne stosowanie prawa jest bezwzględne, bezduszne i całkowicie sprzeczne z dobrem dziecka.
 
Źródło: archiwum
 
 

Kluczowe w tym kontekście staje się najnowsze orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu z dnia 21 maja 2019 r. w sprawie O.C.I i Inni przeciwko Rumunii (49450/17), w którym Trybunał doskonale pokazał, jak sąd krajowy powinien podejść do problemu z uwzględnieniem dobra dziecka; sprawa dotyczyła dwójki dzieci (9 i 11 lat) dotkniętych przemocą domową ze strony włoskiego ojca; pochodząca z Rumunii matka dzieci, korzystając z okresu wakacyjnego i wizyty w rodzinnym kraju, postanowiła tam pozostać wraz z dziećmi. Na wniosek ojca wszczęto postępowanie z tzw. konwencji haskiej, w którym sądy rumuńskie nakazały powrót dzieci, uznając, że akty przemocy „nie ujawniały się na tyle często, by narażać dzieci na poważne ryzyko”. Trybunał Praw Człowieka był odmiennego zdania: wskazano mianowicie na naruszenie artykułu 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (prawo poszanowania prywatności i życia rodzinnego) – poprzez niepoświęcenie należytej uwagi poważnemu ryzku, na jakie mogą zostać narażone dzieci powracające do kraju, w którym znęcał się nad nimi ojciec. Trybunał wskazał, że pozostawienie kontroli nad sytuacją dzieci władzom włoskim (taka była argumentacja sądów rumuńskich, które wyrażały zaufanie do instytucji włoskich, które miałyby objąć dzieci należytą opieką w razie powtarzania się aktów przemocy) nie stanowi dostatecznej ochrony w tej sprawie.

Stanowisko Trybunału jest niezwykle ważne. Dwie istotne kwestie należy tu podkreślić: po pierwsze, dowody dotyczące przemocy ze strony ojca były niepodważalne i oczywiste – były to udokumentowane nagrania video. Jest to ważne, ponieważ zarzuty rzekomej przemocy w sprawach rodzinnych pojawiają się niestety stosunkowo często i wielu (bardzo wielu) wypadkach, są to zarzuty zupełnie bezpodstawne, krzywdzące dla „podejrzanego” rodzica. Po drugie zaś, Trybunał zwrócił uwagę, że zaufanie do organów innego państwa nie jest równoznaczne z obowiązkiem odesłania dzieci do nieprzyjaznego im środowiska w tym innym państwie tylko na tej podstawie, że państwo dysponuje ogólnymi narzędziami do przeciwdziałania przemocy.

Podobnego rodzaju spraw jest wiele i sądy mają często kłopot z wydaniem rozstrzygnięcia, które powinno być jednocześnie zgodne z prawem i nie „bezduszne”. Europejski Trybunał Praw Człowieka dał jasny sygnał, że nie ma zgody na karanie fizyczne dzieci i każde z Państw Członkowskich ma obowiązek zapobiegania tej formie przemocy poprzez właściwe i zgodne z dobrem dziecka stosowanie obowiązującego prawa. Wszystko to jednak pod warunkiem, że w postępowaniu przed sądem krajowym zostaje dowiedzione, że powrót dzieci mógłby je narazić, choćby potencjalnie, na ponowne ryzyko przemocy ze strony jednego z rodziców.

Konwencja Haska (uprowadzenie dziecka) – czy będziemy oddawać polskie dzieci za granicę?


 

Konwencja Haska dotycząca cywilnych aspektów uprowadzenia dziecka za granicę – regulująca kwestie uprowadzenia lub zatrzymania dziecka w innym państwie, została sporządzona w Hadze dnia 25 października 1980 roku i podpisało ją 96 państw – ma więc bardzo szerokie światowe zastosowanie. Celem Konwencji jest przeciwdziałanie negatywnym skutkom międzynarodowego uprowadzenia lub zatrzymania dzieci. Do uprowadzeń najczęściej dochodzi pomiędzy skonfliktowanymi rodzicami, z których jedno postanawia powrócić do własnego kraju lub wyjechać do innego kraju, mając najczęściej na celu odseparowanie dziecka od drugiego z rodziców.

Podstawowym założeniem Konwencji jest zapobieżenie możliwości działania obywateli za pomocą metody faktów dokonanych, zapewnienie zasad praworządności – zaś z punktu widzenia dziecka: zagwarantowanie mu prawa do stabilizacji oraz do bycia wychowywanym przez oboje rodziców.
 
żródło: archiwum własne
 
 

W drugiej połowie ubiegłego roku (od sierpnia 2018 r.) zaczęła w Polsce obowiązywać nowa ustawa mająca na celu proceduralne usprawnienie postepowań tzw. haskich. Jest to ustawa z dnia 26 stycznia 2018 r. o wykonywaniu niektórych czynności organu centralnego w sprawach rodzinnych z zakresu obrotu prawnego na podstawie prawa Unii Europejskiej i umów międzynarodowych. Muszę powiedzieć, że kiedy Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro ogłosił na specjalnej konferencji założenia do tej ustawy, miałam wiele obaw. Można było odnieść bowiem wrażenie, że przedstawiciele rządu są dość nieszczęśliwi z powodu związania Polski Konwencją Haską. Zdawało się słyszeć wręcz ubolewanie, że Polska jest stroną Konwencji Haskiej i „w jej ramach musimy się poruszać”. Założenia ustawy, jak wynikało z wypowiedzi Ministerstwa, miały zdaje się na celu niedopuszczenie do (posługując się skrótem myślowym) „wydawania polskich dzieci za granicę”. Uszczelniono postepowanie, wprowadzono szereg regulacji procesowych mających na celu ujednolicenie praktyki postepowania. Relacje prasowe odnośnie do wytycznych, jakie otrzymali prokuratorzy, również nie napawały optymizmem. Z każdego miejsca powtarzano slogan o „ochronie polskich dzieci”. Tak, jakby ich powrót do miejsca, w którym się dotychczas wychowywały, miał być z założenia gorszym, niepożądanym rozwiązaniem. Taka narracja narodowościowa była dla mnie jako adwokata zajmującego się sprawami rodzin transgranicznych dalece niepokojąca,  zwłaszcza z punktu widzenia rzeczywistego interesu dzieci będących podmiotami postępowania. 

Od wielu lat prowadzę w kancelarii sprawy o charakterze rodzinnym z tzw. czynnikiem zagranicznym. Teoretycznie nie różnią się one od tzw. zwykłych spraw, jednak w praktyce w każdej z nich jest ten element najtrudniejszy do uchwycenia, czyli kontekst kulturowy, rodzinny, dziecka, które ma rodziców o różnych „zapleczach” językowych, historycznych, czasem religijnych.  Tu wielka rola pełnomocników, którzy powinni sądowi, osadzonemu w polskich realiach, na te niuanse zwracać uwagę. Dziecko ma przede wszystkim potrzebę kontaktu z obojgiem rodziców i tak się składa (choć nie jest to reguła bez wyjątków), że zazwyczaj w tym kraju, z którego zostało uprowadzone, ma większe szanse na taki wspólny kontakt. Kwestie narodowości w takim wypadku powinny mieć charakter drugorzędny (albo trzeciorzędny), a trzeba też pamiętać, że najczęściej dzieci te są lub mogą być obywatelami zarówno polskimi, jak i innego kraju (choć z perspektywy polskich ustaw dla sądu polskiego są obywatelami wyłącznie polskimi).  

Z tego względu, przyjmując w kancelarii postępowania z tzw. Konwencji Haskiej po zmianie przepisów, nie potrafiłam przewidzieć, w jakim kierunku „potoczą” się nasze postępowania. Próbowałam trzymać się przekonania, że międzynarodowa Konwencja się nie zmieniła, zmieniła się nieco polska procedura – przede wszystkim zaś sędziowie i prokuratorzy zostali przeszkoleni. To fachowcy, więc sami powinni ocenić walor sugerowanych „wizji” ministerialnych z flagą narodową w tle. Ale lekki niepokój pozostał. 

Dziś mogę powiedzieć, że moje obawy były trochę na wyrost. Wielkim plusem zmian jest z pewnością przyspieszenie postępowania. Sądy I instancji wyznaczają od razu dwie rozprawy w odległości 7 dni, toteż jest szansa na bardzo szybkie zakończenie sprawy. Sąd doskonale zna akta sprawy, zna je też Prokuratura. Muszę przyznać, że po raz pierwszy miałam do czynienia z tak doskonale przygotowaną zarówno merytorycznie, jak i faktograficznie  - prokuraturą.  Po zakończonej sukcesem sprawie, podziękowałam Panu Prokuratorowi i nie omieszkałam wspomnieć, że przygotowany do sprawy z Konwencji Haskiej prokurator to dla mnie zupełna nowość procesowa (dotychczas sądziłam, że udział prokuratury w tych postępowaniach jest nie tylko zbędny ale wręcz szkodliwy, sądy kompletnie nie liczyły się ze stanowiskiem nieprzygotowanych do spraw prokuratorów) i że nareszcie widzę, dlaczego udział prokuratury w postępowaniu jest celowy (w tej sprawie mieliśmy do czynienia z zarzutami przemocy domowej, przesłuchanie stron przez doświadczonego Prokuratora było dla postępowania bezcenne). Pan Prokurator z lekkim uśmiechem skwitował, że jest ciekaw, co będę mówić na ten temat, jeśli nasze stanowiska w sprawie będą rozbieżne i nie będziemy sojusznikami.  

Zarówno Panu Prokuratorowi, jak i Państwu odpowiem: adwokat jest przygotowany do rzetelnej polemiki, zaś w przypadku zupełnie odmiennych zdań wraz z oponentem budujemy jasną argumentację, dając Sądowi możliwość sprawiedliwego, zgodnego z założeniami Konwencji i dobrem dziecka rozstrzygnięcia. To zawsze wartość dodana. Nic zaś bardziej sprawie nie szkodzi jak brak kompetencji któregokolwiek z uczestników postępowania. W kolejnych postępowaniach czekam więc na spotkania z prokuratorami jako ważnymi uczestnikami postępowania. 

Zmiany dotyczące procedowania w sprawach z Konwencji Haskiej oceniam dziś jako idące w dobrym kierunku. O szczegółowych rozwiązaniach procesowych przyjdzie zapewne jeszcze napisać. Być może więc źle zrozumiałam intencje rządu wprowadzające ustawę, być może przekaz werbalny był zbyt emocjonalny, zaś spisane rozwiązania ustawowe dają możliwość usprawnienia postępowania; z pewnością też profesjonalni uczestnicy postepowania wysnuwają własne wnioski zgodne z założeniami prawa międzynarodowego. Wypada wierzyć, że wszyscy mają na celu jedynie realizację celu nadrzędnego jakim jest zapewnienie właściwych środków ochrony dla małoletnich,  o których w tych postępowaniach chodzi przede wszystkim.

 

 

 

Nienależne wynagrodzenie biegłych sądowych


Po zapoznaniu się z niektórymi opiniami biegłych w sprawach sądowych, następnie zaś z postanowieniami sądów o przyznaniu tym biegłym wynagrodzenia, przysłowiowy nóż się w kieszeniach otwiera, zwłaszcza w kieszeniach stron postępowania.
Nieraz już słyszałam w kancelarii pytanie: ALE KTO ZA TO BĘDZIE PŁACIĆ?
źródło: raciborz.sr.gov.pl
 Z prawem jest tak, że są to ogólne reguły postępowania, stworzone przez społeczeństwo i dla społeczeństwa. Jeśli więc nie ma jakiejś szczególnej klęski legislacyjnej, to zazwyczaj te reguły są logiczne i odpowiadają poczuciu sprawiedliwości i przyzwoitości. Nie trzeba być zazwyczaj prawnikiem, żeby wiedzieć, czy można coś zrobić czy nie można.

Jest też zasadą ogólnie przyjętą w stosunkach międzyludzkich, że jeśli komuś zlecamy wykonanie jakiegoś zadania, to płacimy mu za wykonanie tego zadania, a nie za to, że ta osoba po prostu istnieje bądź że zrobiła akurat zupełnie inne zadanie, z którego jest bardzo zadowolona, choć ono do niczego nam jest niepotrzebne. Dajmy na to, jeśli zlecę komuś uszycie sukienki w dwa tygodnie, a ta osoba przyniesie mi dwie pary za dużych na mnie butów - i to po roku - to czy proszę Państwa należy jej się wynagrodzenie tylko z tego powodu, że zgodziła się uszyć sukienkę oraz że jest z wykształcenia krawcem po pięciu krawieckich uniwersytetach?

No chyba nie. Dlatego właśnie zastanawia mnie, dlaczego sędziowie przyznają wynagrodzenie biegłym, którzy wydają opinie kompletnie nieprzydatne dla sprawy.
W praktyce (dla stron) jest to ogromny problem. Mam taką sprawę, w której biegły złożył opinię, której naprawdę nikt nie rozumiał. W kategoriach pragmatycznych nie wiedzieliśmy nawet dla kogo ta opinia była "korzystna". Sąd przyznał biegłemu na jego prośbę wynagrodzenie w horrendalnej wysokości, co zaskarżyłam. Czekaliśmy ponad rok na rozstrzygnięcie zażalenia w sprawie kosztów, o ten rok opóźniło nam to rozstrzygnięcie sprawy. Było przy tym oczywiste, że sąd powoła innego biegłego. Sąd powołał kolejnego biegłego, a temu pierwszemu... ostatecznie przyznał wynagrodzenie obniżone o połowę. Nadal kilka tysięcy złotych. Kwotę tę opłaci strona przegrywająca sprawę. Nie zaskarżyłam już tego nadal niesprawiedliwego postanowienia, bo wiem, że na kolejne rozstrzygnięcie moi klienci czekaliby kolejny rok. A sprawa nadal jest w toku.


Ostatecznie ktoś jednak ten rachunek zapłaci. Za opinię mierną, którą nawet nie wypada nazywać opinią. Co jest zjawiskiem powszechnym, niestety. Nie dość, że miesiącami (czasem latami) czekamy na jej wydanie, to jeszcze dostajemy bubel.

Ostatnio zaś otrzymałam opinię, która nie zawiera odpowiedzi na żadne z postawionych pytań. Wykonanie jej zajęło biegłym ponad dwa lata. Jest to wielce interesujące, bo biegły ponosi odpowiedzialność karną, jeśli jego opinia jest nieprawdziwa. Jeśli jednak wcale nie odpowiada na postawione tezy, to trudno jej zarzucić fałszywość, nieprawdaż? W tej sprawie też już zasądzono biegłym wynagrodzenie. Gdybym je zaskarżyła, co prawdopodobnie nie przyniosłoby żadnego skutku (opinia jest sporządzona przez aż trzech biegłych, notabene lekarzy z tytułami naukowymi), sprawa Klientki odwlekłaby się z pewnością co najmniej o kolejny rok, na co trudno sobie pozwolić.

Tymczasem zastanawiam się, czy sędzia, któremu krawiec uszłyby za dużą sukienkę zamiast zgrabnych spodni, zapłaciłby za wykonaną usługę.

Mam nadzieję, że ta sytuacja się zmieni. Że będziemy mogli przychodzić do sądów po sprawiedliwość, którą gwarantować nam będą również niezależni, wykształceni fachowcy. Że nie będziemy musieli podejmować decyzji w stylu greckiej tragedii: czy zaskarżać absurdalne postanowienie o zapłacie za bezwartościowe opinie, tym samym narażając klienta na stratę kolejnego roku postępowania  - czy liczyć na to, że sprawę wygramy – i to nie my ostatecznie poniesiemy nienależne koszty.

Po co mi adwokat?



Prowadzę sprawę. Bardzo trudną i złożoną. Taką z wielkim supłem, którego nie można rozciąć, bo wszyscy pozlatują w dół, w przepaść. Z supłem do umiejętnego, powolnego rozwiązywania.

Niestety w tej sprawie było już kilku pełnomocników. Zrobili kilka mniejszych supełków – i poszli. Bardzo niewdzięcznie jest tak pisać, bo po wszystkim, z boku – łatwiej ocenić, co można było zrobić lepiej. A jednak czasem taka ocena jest potrzebnym, zimnym prysznicem.

źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Knot#/media/File:Sj%C3%B6manss%C3%A4ck_-_1991.jpg

Bo w takiej właśnie chwili – klient słusznie pyta: po co mi adwokat?

Sama się nad tym zastanawiam. Czasem jest tak, że adwokat potrzebny będzie do znalezienia właściwego przepisu, który ułatwi interpretację naszego zachowania. Czasem bywa tak, że jest potrzebny do tego, aby pomóc klientowi przejść przez trudną sytuację. Wyjaśnić, co go czeka, doradzić, jakie podjąć decyzje, jak się zachować, czasem nawet – jak ubrać się, idąc do sądu.

Jednak najbardziej jest adwokat potrzebny do dobrej komunikacji z sądem. No bo proszę sobie wyobrazić, w sądzie zazwyczaj mamy jedną sprawę w życiu. I jest to zazwyczaj bardzo ważna sprawa. Z byle czym do sądu raczej się przecież nie chodzi. I bywa, że ta nasza życiowa sprawa jest rozstrzygana przez jednego człowieka, który jednocześnie ma do rozstrzygnięcia jeszcze tysiąc (naprawdę, są takie referaty) ludzkich spraw. Idziemy na rozprawę – i mamy zazwyczaj najwyżej godzinę, aby opowiedzieć naszą historię tak, jak my ją widzimy. Aby wyjaśnić nasze racje. Aby sąd nam rację ostatecznie przyznał.

Godzina to mało czasu. Pięć godzin to mało, dziesięć, ba! nawet sto godzin to może być nic, kiedy ktoś rozstrzyga o naszym życiu.

I po to nam właśnie adwokat. Aby dobrze reprezentować klienta, powinien go poznać. Powinien dobrze wysłuchać, wypytać, dowiedzieć się absolutnie wszystkiego, co może być dla sprawy ważne. Czasem adwokat szybciej oceni, jakie są cele i pobudki strony postępowania – niż ona sama. Jeśli dobrze poznał intencje swojego klienta, to zadaniem jego będzie przedstawić te intencje bez przekłamania, rzetelnie – ale jednocześnie tak, aby przekonać sąd, że dana osoba naprawdę miała lub ma rację, wyjaśnione intencje, wyjaśnione zamiary i plany -  to często klucz do wygranej sprawy. Adwokat powinien umieć przedstawić argumenty sprawnie i krótko. Najwyżej w godzinę.

Dobry adwokat podpowie nam również, kiedy milczeć.

Prowadzę często sprawy medyczne. Codziennie widzę, że podstawowy błąd, jaki może popełnić lekarz – to brak tzw. właściwego wywiadu. Czyli niesłuchanie pacjenta. Uważam stanowczo, że pełnomocnicy też są narażeni na taki błąd. Kiedy myślę o sprawie z supłem, od której zaczęłam ten wpis, to niestety sądzę, że żaden z kilku pełnomocników nie wysłuchał dobrze swojego klienta. Nie będzie teraz ani łatwo, ani szybko ten supeł rozwiązać.

Życzę wszystkim samych spraw bez zasupłanych supłów.

Poncjusz Piłat a niezawisłość sądów


Na marginesie refleksji wielkotygodniowych za każdym razem od początku, co roku, zdumiewa mnie przebieg procesu Jezusa. W tym roku – po wielu miesiącach raczej mało skutecznej walki części społeczeństwa o zachowanie niezawisłości sędziów w naszym kraju, ewangeliczny opis procesu uderza szczególnie.

Ecce Homo, Antonio Ciseri: Poncjusz Piłat przedstawiający ubiczowanego Jezusa z Nazaretu mieszkańcom Jerozolimy. źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Poncjusz_Pi%C5%82at#/media/File:Eccehomo1.jpg
 
Poncjusz Piłat, będący rzymskim guberanatorem – był też sędzią. Przyprowadzili do niego Jezusa i powiedzieli, że należy go skazać, bo jest przestępcą i podburza lud. W istocie ci, którzy przyprowadzili Jezusa, obawiali się, ponieważ zapewne musieli czuć, że są od niego w jakimś sensie słabsi – i bali się utraty części swojej nad ludem władzy. Poncjusz Piłat nawet dość uczciwie przesłuchiwał podsądnego Jezusa, który w przeważającej mierze milczał. Do dziś oskarżonemu przysługuje prawo do odmowy składania wyjaśnień.

Relacja procesu i zachowanie Poncjusza Piłata świadczą o tym, że musiał być doświadczonym sędzią. Zapewne był uważany za sędziego sprawiedliwego. Ostatecznie Poncjusz Piłat nie był przecież wcale przekonany do winy Jezusa. Różnymi sposobami próbował uniknąć wydania wyroku skazującego.

Kiedy jednak kapłani napierali na skazanie, Poncjusz Piłat odwołał się do ostatniej szansy dla Jezusa. Zapytał społeczeństwo, czy woli, aby na wolność został wypuszczony (ułaskawiony) kryminalista, którego wszyscy powszechnie się obawiali - Barabasz, czy też pacyfistycznie nastawiony do życia Jezus Chrystus. Lud jednak był już pod wpływem skutecznej propagandy władzy. „Uwolnij Barabasza!” – wołali. I w ten sposób Barabasza wypuszczono, zaś Jezus Chrystus został ukrzyżowany.

Poncjusz Piłat zaś umył ręce. I nawet powiedział: „Nie jestem winny krwi tego sprawiedliwego. To wasza rzecz”.

Poncjusz Piłat robił co mógł, ale tylko do granicy swojej – jak to dziś zwykło się mówić – strefy komfortu. Może i poczuł lekki dyskomfort skazując niewinnego człowieka, ale mógł się usprawiedliwić, że właściwie to nie miał wyjścia. Osoby wpływowe bowiem i tak miały zamiar doprowadzić do skazania, a on nie zamierzał się narażać. Był człowiekiem wygodnym i brakło mu odwagi. Jest jednoznacznie negatywną postacią w procesie Jezusa. Oceniający go dziś nie mają raczej wątpliwości, że ostatecznie ten sędzia jest winny, że postąpił haniebnie.

Poncjusz Piłat był przede wszystkim sędzią zależnym. Zależnym od władzy, która kierowała ludem. Warto pamiętać o tym, że niezależnie od epoki, w której żyjemy, każde społeczeństwo potrzebuje przejrzystego systemu sprawiedliwości i niezawisłych, odważnych sędziów. Dziś tę niezawisłość powinny gwarantować właściwe regulacje prawne, które w ostatnim czasie w naszym kraju ulegają wyraźnym wypaczeniom. Możemy mieć obawę, że jeśli nie zatrzymamy tych negatywnych zmian w systemie sprawiedliwości, w sądach pojawią się mniej odważni i mniej niezawiśli sędziowie. Tymczasem nikt z nas nie chciałby być sądzony przez Poncjusza Piłata.

Omyłki sądowe – błędy karygodne, kardynalne, jednak odwracalne.

Podobno nie popełnia błędów tylko ten, kto nic nie robi. Prawda, ale też nigdy nie powinno to być usprawiedliwienie dla pomyłek, jakie mogą zdarzyć się wymiarowi sprawiedliwości. A niestety zdarzają się – i to o wiele częściej, niż mogłoby się zdawać. W sprawach małych, wielkich – i największych.

W ostatnich dniach przebiła się do wiadomości publicznej spektakularna informacja – człowiek, który spędził w więzieniu ostatnie 18 lat, skazany na 25 lat pozbawienia wolności za brutalne zabójstwo i zgwałcenie młodej dziewczyny – prawdopodobnie jest niewinny. Pan Tomasz Komenda miał 23 lata, gdy został zatrzymany, a teraz, na skutek decyzji sądu – powrócił do rodziny. Jak wskazał sędzia, sąd w tamtej sprawie „być może działał pod pewną presją”. Możemy rozumieć, że działał pod presją opinii publicznej.
Opinia publiczna bowiem w takiej i podobnych sprawach jest bezwzględna. Lud żąda oka za oko, krwi za krew. Kiedy czytamy komentarze internautów pod artykułami dotyczącymi głośnych zabójstw, szybko natkniemy się na uwagi opisujące, co komentujący by takiemu czy owakiemu zrobił, a najlepiej i najpewniej – to kara śmierci. I właśnie w kontekście tej opisywanej sprawy prawdopodobnie niewinnego człowieka, który spędził w więzieniu 18 lat, warto przypomnieć sobie, dlaczego kara śmierci nigdy nie powinna, nawet potencjalnie, gościć w kodeksach karnych. Wyroki 25 lat pozbawienia wolności nieczęsto zapadają. Nawet w przypadku zabójstw, kary orzekane są zazwyczaj niższe, sąd bierze zawsze pod uwagę całokształt okoliczności sprawy. W opisywanym przypadku więc sąd orzekał absolutnie w górnej granicy przewidywanej kary. O maleńki krok od kary najsroższej – dożywotniego pozbawienia wolności. Gdyby w kodeksie przewidziano karę śmierci – o krok od tej kary. W systemie, w którym dopuszczalna jest kara śmierci – człowiek, który dziś spędza czas z rodziną, nie miałby już tej szansy. Powinien to być absolutnie wystarczający i ostateczny argument, dla którego moralnie nie do przyjęcia jest popieranie kary śmierci. Bo pomyłki, jak widać, zdarzają się.
Jeroen Bouman - http://www.icj-cij.org

Wracając do opinii publicznej, aktualnie odium spadło na organy ścigania i poprzednio orzekający sąd. Trudno w ogóle odnosić się do opisanej sprawy uwolnionego człowieka, skoro nie znamy jej szczegółów. Jednak mając od kilkunastu lat codziennie kontakt z wymiarem sprawiedliwości, mogę niestety powiedzieć, że błędy zdarzają się moim zdaniem częściej, niż ewentualnie zakładany (choć też przecież w sprawach ludzkich – po ludzku niedopuszczalny) – margines.  Od błędów mniejszych i nie tak bardzo  znaczących, do naprawdę takich, których konsekwencje rujnują czyjeś życie. I zdarza się też, że w więzieniach siedzą niewinni ludzie. Z pewnością nie powinno być tak, aby pod wpływem jakichkolwiek nacisków podejmowane były decyzje dotyczące konkretnego sądowego przypadku. Być może sprawa uwolnionego właśnie człowieka spowoduje, że w innych postępowaniach – prokurator czy sędzia będzie mniej podatny na uleganie opinii publicznej. W Internecie tak łatwo ferować wyroki. Warto się jednak i od tego powstrzymać.

Dzieci z rodzin transgranicznych bardziej chronione


Zapowiadają się zmiany w prawie dotyczącym ochrony małoletnich przy międzynarodowych sporach rodzicielskich. Nad zmianami obowiązującego rozporządzenia Bruksela II bis odnoszącego się do kwestii małżeńskich i rodzicielskich w perspektywie międzynarodowej, pracują dziś instytucje unijne. To Rada będzie ostatecznie decydowała o brzmieniu zmian wprowadzanych projektem Komisji Europejskiej, jednak konsultacje Parlamentu Europejskiego są istotnie brane pod uwagę. Założenie jest takie, aby każde dziecko, jako najsłabsze ogniwo w sporze dotyczącym władzy rodzicielskiej czy wręcz w sprawach tzw. uprowadzeń rodzicielskich otoczone było właściwą ochroną i opieką, również ze strony sądów.

I tak podczas obrad, jakie miały miejsce w ubiegłym tygodniu w Parlamencie Europejskim  17 stycznia 2018 r. sprawozdawca Tadeusz Zwiefka szczególny nacisk położył na kwestie wysłuchania dziecka w przypadku konfliktu rodzicielskiego – optymalnie w każdej sprawie, w przyjaznej atmosferze, poza siedzibą sądu, bez udziału rodziców, co miałoby zapobiec wywieraniu presji na małoletniego. Drugim z podniesionych postulatów jest wprowadzenie mediacji jako alternatywnego sposobu rozwiązania sporu, co ma dawać stronom większą elastyczność przy podejmowaniu decyzji oraz czyni postępowanie tańszym. Odniesiono się również do możliwości umieszczenia dziecka na czas postępowania poza jego rodziną biologiczną, czyli w rodzinie zastępczej bądź placówce wychowawczo-opiekuńczej. Do tego projektu dodano możliwość pozostawienia przez sąd dziecka w rodzinie, która przebywa w kraju, gdzie toczy się sprawa. Zdaniem posła sprawozdawcy, jest to rozwiązanie pożyteczne zwłaszcza w przypadku długotrwałych spraw sądowych.

Zdaniem moim natomiast, wszystkie te proponowane zmiany brzmią niezmiernie zachęcająco, jednak żadna z nich nie musi okazać się zbyt pożyteczna, zwłaszcza, gdy odnosi się do postepowań w sprawach tzw. uprowadzeń rodzicielskich. Od wielu lat prowadząc spory rodzicielskie z tzw. czynnikiem zagranicznym wiem, że najważniejsze w sytuacji, kiedy jeden z rodziców działa bezprawnie wbrew woli drugiego, kiedy działa metodą faktów dokonanych (a taka właśnie sytuacja ma miejsce przy uprowadzeniach rodzicielskich), najważniejsza staje się szybkość postępowania i powrót dziecka do jego pierwotnego środowiska, w którym dopiero powinien orzekać sąd odnośnie do wszystkich kwestii spornych pomiędzy rodzicami.
źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/P%C5%82acz" \l "/media/File:Sadness.jpg
 
 

Przykładowo, kiedy rodzina zamieszkiwała dotychczas – powiedzmy – we Francji, gdzie dziecko rozwijało się w swoim środowisku – i nagle, w konflikcie okołorozwodowym, jedno z rodziców zabiera dziecko i za plecami drugiego przyjeżdża z nim do Polski – to podstawowym działaniem organów państwowych powinno być jak najszybsze (obecnie zalecany czas procedury do 6 tygodni) spowodowanie powrotu dziecka do Francji i tam przeprowadzenie wszystkich postępowań dotyczących funkcjonowania małoletniego – a więc władzy rodzicielskiej, kontaktów itp. W tych docelowych postępowaniach – i tu pełna zgoda – należy małoletniego wysłuchać, dążyć do mediacji, starać się nie separować dziecka od jego najbliższej rodziny. Jednak pamiętać należy przede wszystkim, by nie promować metod działania rodzica za pomocą faktów dokonanych. Zalecenie każdorazowego wysłuchania dziecka czy wprowadzenia mediacji w sprawach popularnie nazywanych „z konwencji haskiej” – czyli dotyczących uprowadzeń rodzicielskich – byłoby pomyłką. Narzędzia te, zamiast pomóc, mogą rozmyć odpowiedzialność za jak najszybsze doprowadzenie sprawy do końca. Fiasko mediacji, organizacja wysłuchania dziecka w odpowiednich warunkach, mogą przedłużyć postępowanie o miesiące, służąc petryfikacji nowej, niepożądanej sytuacji. Po upływie odpowiedniej ilości czasu zmniejszamy szanse na zadecydowanie przez sąd o powrocie dziecka, które może się już przyzwyczaić do nowych warunków. Pomimo przychylności Parlamentu do wprowadzanych zmian (opinia, w której znalazły się przytoczone postulaty została przyjęta), Rada zapewne ma świadomość tych ograniczeń i rozsądnie wprowadzi je do przepisów.

Wzbudza nadzieję, że planuje się również wzmocnić współpracę na poziomie pomiędzy państwami, obecna praktyka – zwłaszcza praktyka funkcjonowania naszych rodzimych instytucji w kontekście międzynarodowej współpracy i wymiany informacji – pozostawia bardzo wiele do życzenia.

Muszę też powiedzieć, że liczyłabym na to, że jeśli opisany temat zostaje poruszony, będzie się o nim mówić i w Polsce.  Może więc i u nas legislator przyjrzy się wreszcie tym trudnym tematom. Choćby jednoznaczna penalizacja uprowadzenia rodzicielskiego w naszym kodeksie karnym usprawniłaby działania w niejednej sprawie rodzinnej, obecna różnorodna praktyka w tym zakresie zdecydowanie w niedostateczny sposób chroni małoletnich.