Wielkie otwarcie przedszkoli – czy będzie lawina odszkodowań?


„Odmrażanie” sytuacji gospodarczej (i społecznej) w Polsce pewnie można rozpatrywać głównie politycznie. Jakoś trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że ma ono wiele wspólnego z zapowiedzianymi wyborami prezydenckimi. Dopóki jednak eksperymenty władzy dotyczą gospodarki i stosunków społecznych pomiędzy ludźmi dorosłymi, jestem w stanie zacisnąć usta, przyjąć do wiadomości, że czasy trudne i nie sposób przez nie przejść nie popełniwszy błędów. Nie ma w takich czasach standardowych rozwiązań i jedynie słusznych decyzji. Nie będę milczeć, gdy rzecz dotyczy dzieci.

Szczerze mówiąc, choć trochę nawiasem, już dawno powinnam była powiedzieć parę słów na temat kwestii, którymi zajmuję się od wielu lat. Czyli o odpowiedzialności finansowej, a ujmując potocznie – o odszkodowaniach. Wiele razy słyszałam bowiem tezę, że rządzący nie chcą wprowadzić oficjalnie stanu nadzwyczajnego ze względu na rzekomy lęk przed koniecznością wypłaty odszkodowań. No cóż – jest dokładnie odwrotnie. Wprowadzenie stanu nadzwyczajnego ograniczyłoby do minimum (często niemal do zera) możliwość wypłacania odszkodowań. Zgodnie z obowiązującą ustawą o wyrównywaniu strat majątkowych w okresie stanu nadzwyczajnego, pokrywane straty obejmowałyby bowiem wyłącznie wyrównanie realnie poniesionej straty, nigdy zaś zwrotu utraconych korzyści. Nikt więc nie uzyskałby odszkodowania za to, co dziś słusznie się należy: czyli np. utraconych zarobków. Dziś zaś możliwości co do roszczeń odszkodowawczych są niemal nieograniczone, bo wynikają z ogólnych zasad.

Aby więc uzyskać odszkodowanie w związku z zaistnieniem konkretnej sytuacji, musi dojść do powstania szkody. Ktoś musi być odpowiedzialny, czyli musimy mieć pewność, że to w związku z czyimś działaniem doszło do wyrządzenia szkody, że istnieje tu związek przyczynowo-skutkowy. A także – co z punktu widzenia obecnej sytuacji najważniejsze: działanie sprawcy szkody musi być BEZPRAWNE. I tu tkwi istota diagnozy obecnej sytuacji.  

Przeczytałam cały szereg rekomendacji, wytycznych i zasad dla zarządzających przedszkolami, które mają zamiar się obecnie otworzyć. Są one moim zdaniem (jako matki przedszkolaka) w istotnej części pozbawione sensu, a jednocześnie praktycznie nie do spełnienia w całości. Jednym słowem, prowadząc ewentualną sprawę odszkodowawczą – jedną z najtrudniejszych do wykazania przesłanek, a mianowicie bezprawności działania – mamy w kieszeni! Dajmy na to, że dziecko zostanie w przedszkolu zarażone przez inne dziecko koronawirusem, przez co wprawdzie samo nie ucierpi (nawet dla celów blogowo-dydaktycznych nie zamierzam tworzyć tu najczarniejszych scenariuszy), niemniej jednak mama, tata, może też dziadkowie, z którymi mieszka zarażone dziecko zostają objęci kwarantanną. Tata prowadzi własną firmę, osiągając średni przychód około 50 tys. miesięcznie, niestety wskutek niemożności wyjścia z domu,  w ciągu dwóch tygodni traci 25 tys. dochodu. A może nie podpisał w tym czasie kontraktu na milion złotych? A może wraz z nim w kwarantannie pozostali wszyscy rodzice wszystkich dzieci w przedszkolu? Czy wszyscy utracili tak wysokie dochody? A może nieco niższe? Kto za to zapłaci?

Skoro dziecko zaraziło się w przedszkolu, to należy założyć, że tam właśnie szukamy odpowiedzialności. Jak rozprzestrzeniają się zarazki? Już wiemy, że szybko. Ale wysyłając dzieci do przedszkola w zaufaniu do decyzji władzy, ufamy, że zostały spełnione wszystkie przesłanki z przyjętych wytycznych i rekomendacji po to, aby zarażenia uniknąć. Zakładamy więc, że gdyby wytyczne były realizowane, można było uniknąć zarażenia. W innym przypadku – po co byłyby te wytyczne? A więc, przekładając teorię na praktykę: sprawdzamy realizację procedur; moje dziecko zachorowało, a w przedszkolu pozostała niezwinięta wykładzina? O, to proszę zapłacić odszkodowanie. Metraż się nie zgadzał, bo nie policzono stojących w sali mebli? Wzywam do zapłaty. Personel pomocniczy wydawał posiłki? Prawnik już w drodze! W szatni przebywało zbyt wiele dzieci naraz? Proszę zwrócić moje utracone korzyści, niezarobione pieniądze za okres kwarantanny (i pewnie wszystkich rodziców innych dzieci, bo chyba też podlegać będą kwarantannie?) i co tam jeszcze się utraciło.
 
Fot. AsiaWire/Yangzheng School/EuroPisc/East News
Czy przesadzam? Nie, nie przesadzam. Wprawdzie nie mamy pewności co do rozstrzygnięć w konkretnych sprawach, ale zasady ogólne są uniwersalne. Procedury są po to, aby je stosować, zaś brak stosowania procedur musi skutkować odpowiedzialnością. Odpowiedzialność finansową za działalność przedszkoli publicznych ponoszą gminy, toteż nie dziwię się, że część z nich nie zdecydowała się na otwarcie placówek dopóty, dopóki nie uzyska się pewności co do środków bezpieczeństwa wprowadzanych do pracy w przedszkolach i żłobkach. Nie ma po prostu pieniędzy na wypłacanie niebotycznych odszkodowań w takich sprawach.

Prawo warto bowiem stanowić tak, aby przymiot „racjonalnego ustawodawcy” nie stawał się wyłącznie przedmiotem memów i nieśmiesznych (bo raczej smutnych) żartów. Jeśli przyszedł czas na otwarcie szkół i przedszkoli, to warto zrobić to tak, aby faktycznie możliwe było zapewnienie dzieciom i personelowi tych placówek normalnych, możliwych do spełnienia procedur bezpiecznego postępowania i zapewnienia realnej ochrony. Procedur, które mają sens.

Historia małżeńska - prawnicy w świecie miłości


O głośnym filmie Noah Baumbacha „Historia małżeńska” rozmawiają ze mną klienci kancelarii. Film przejmujący, bo bardzo prawdziwy, ukazuje nam parę, która przeżywa kryzys, gdy każdy z małżonków próbuje zachować się najlepiej jak umie w nowej dla nich sytuacji. Zasadniczo w tej historii nie ma negatywnych bohaterów, są po prostu ludzie, autentyczni, tacy jak my.

W „Historii małżeńskiej” ważną rolę odgrywają prawnicy. Trudno się dziwić, bo to film o rozwodzie. Co mnie jednak początkowo trochę zdumiało, to że prawnicy bohaterów filmu (znakomita Laura Dern otrzymała Oskara za tę rolę drugoplanową) odbierani są jako ludzie bezwzględni, dążący „po trupach” do celu. Tymczasem, w moich oczach to po prostu osoby wykonujące swoją pracę. Zwłaszcza przywołana tu prawniczka reprezentująca bohaterkę, postać silna i wyraźna, nie zdawała mi się  „bezduszną”. Po prostu była profesjonalna i skuteczna.

Prawnicy w filmie nie różnią się tak wiele od nas, europejskich adwokatów. Kwestia osadzenia sporu pomiędzy dwoma stanami (LA i NY) i walki o dziecko przypomina prowadzone przez nas sprawy transgraniczne, gdy jedno z rozstających się rodziców wyprowadza się do innego państwa. Sąd decyduje o miejscu pobytu dziecka, my prowadzimy negocjacje, wyciągamy wszystkie argumenty na stół. Każdy szczegół ma znaczenie. Klienci w tej dyskusji pozostają z boku, my walczymy. Zdarza się, że partner naszego klienta zaczyna do nas żywić osobistą urazę. Niestety więc wygląda na to, że prawnik dobrze wykonujący pracę  – wręcz nie może budzić pozytywnych uczuć w otoczeniu. I w ten sposób przypadkowo zrozumiałam, że dla niektórych i ja mogę uchodzić za „bezwzględną”. Taki wybrałam zawód, to oczywiste, skoro działam skutecznie na rzecz klienta. 

Prawniczka ze swą klientką oczekują na rozprawę; źródło: kinomuranow.pl


Co nie oznacza, że prawnicy nie walczą o miłość. W chwili kryzysu rodziny to adwokaci toczą bój o zachowanie praw do kontaktów z dziećmi, o tę czystą, bezinteresowną miłość pomiędzy rodzicem a dzieckiem. Mamy też wpływ na zmieniający się model rodziny, w którym oboje rodzice stają się w równym stopniu odpowiedzialni za dzieci. Prawniczka grana przez Laurę Dern zapewniła dziecku bohaterów stabilizację i (ostatecznie) bliskość obojga rodziców. Zaś jej płomienna mowa odnosząca się do różnych standardów względem płci (z odniesieniem do Matki Boskiej Wiecznej Dziewicy), która była przygotowaniem klientki do rozmowy z kuratorem sądowym - prawdopodobnie przejdzie do historii kina. W takim bowiem kontekście, kiedy dochodzi do obrony praw słabszego, każdy oczekuje, by adwokat miał charakter. 


Dziecko dotknięte przemocą zostaje w kraju. Orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka staje po stronie skrzywdzonych dzieci.


Gdy do sądu trafia sprawa uprowadzonego dziecka - nie ma idealnych rozwiązań. W centrum postępowania jest zawsze mały bezbronny człowiek, a przepisy bywają bezwzględne: po to większość państw świata podpisało konwencję międzynarodową – konwencję dotycząca cywilnych aspektów uprowadzenia dziecka za granicę, sporządzona w Hadze dnia 25 października 1980 r. – aby zapewnić dzieciom ochronę od bezprawnych działań któregoś z rodziców. Aby zapewnić, że żaden z krajów nie będzie promować metody faktów dokonanych, jaką czasem stosują rodzice w sprawach rodzinnych. Co oznacza, że jeśli wywiozłeś dziecko z dotychczasowego kraju pobytu bez zgody drugiego rodzica lub sądu – choćby nie wiem co się działo – dziecko musi wrócić.

Tymczasem rzeczywistość jest taka, że istotna część spraw związanych z ucieczką jednego z rodziców, związana jest z przemocą wobec rodzica i (często) dziecka. Istnieje wprawdzie pewien wentyl bezpieczeństwa, otóż odmawia się powrotu dziecka, które narażone byłoby na szkodę, jednak sądy europejskie są niezwykle ostrożne w ocenie ewentualnego ryzyka i szkód, jakie mogą dotknąć dzieci. Uważa się, że ze względu na zasadę zaufania do organów działających w innych krajach (zwłaszcza europejskich), nawet w przypadku pewnych nieprawidłowości w rodzinie należy dziecko „odesłać” i powierzyć jego ochronę instytucjom kraju, z którego przyjechało.  Dotyka to nawet dzieci bitych, dotkniętych przemocą.

Coraz więcej jest jednak głosów, że często spotykane mechaniczne stosowanie prawa jest bezwzględne, bezduszne i całkowicie sprzeczne z dobrem dziecka.
 
Źródło: archiwum
 
 

Kluczowe w tym kontekście staje się najnowsze orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu z dnia 21 maja 2019 r. w sprawie O.C.I i Inni przeciwko Rumunii (49450/17), w którym Trybunał doskonale pokazał, jak sąd krajowy powinien podejść do problemu z uwzględnieniem dobra dziecka; sprawa dotyczyła dwójki dzieci (9 i 11 lat) dotkniętych przemocą domową ze strony włoskiego ojca; pochodząca z Rumunii matka dzieci, korzystając z okresu wakacyjnego i wizyty w rodzinnym kraju, postanowiła tam pozostać wraz z dziećmi. Na wniosek ojca wszczęto postępowanie z tzw. konwencji haskiej, w którym sądy rumuńskie nakazały powrót dzieci, uznając, że akty przemocy „nie ujawniały się na tyle często, by narażać dzieci na poważne ryzyko”. Trybunał Praw Człowieka był odmiennego zdania: wskazano mianowicie na naruszenie artykułu 8 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (prawo poszanowania prywatności i życia rodzinnego) – poprzez niepoświęcenie należytej uwagi poważnemu ryzku, na jakie mogą zostać narażone dzieci powracające do kraju, w którym znęcał się nad nimi ojciec. Trybunał wskazał, że pozostawienie kontroli nad sytuacją dzieci władzom włoskim (taka była argumentacja sądów rumuńskich, które wyrażały zaufanie do instytucji włoskich, które miałyby objąć dzieci należytą opieką w razie powtarzania się aktów przemocy) nie stanowi dostatecznej ochrony w tej sprawie.

Stanowisko Trybunału jest niezwykle ważne. Dwie istotne kwestie należy tu podkreślić: po pierwsze, dowody dotyczące przemocy ze strony ojca były niepodważalne i oczywiste – były to udokumentowane nagrania video. Jest to ważne, ponieważ zarzuty rzekomej przemocy w sprawach rodzinnych pojawiają się niestety stosunkowo często i wielu (bardzo wielu) wypadkach, są to zarzuty zupełnie bezpodstawne, krzywdzące dla „podejrzanego” rodzica. Po drugie zaś, Trybunał zwrócił uwagę, że zaufanie do organów innego państwa nie jest równoznaczne z obowiązkiem odesłania dzieci do nieprzyjaznego im środowiska w tym innym państwie tylko na tej podstawie, że państwo dysponuje ogólnymi narzędziami do przeciwdziałania przemocy.

Podobnego rodzaju spraw jest wiele i sądy mają często kłopot z wydaniem rozstrzygnięcia, które powinno być jednocześnie zgodne z prawem i nie „bezduszne”. Europejski Trybunał Praw Człowieka dał jasny sygnał, że nie ma zgody na karanie fizyczne dzieci i każde z Państw Członkowskich ma obowiązek zapobiegania tej formie przemocy poprzez właściwe i zgodne z dobrem dziecka stosowanie obowiązującego prawa. Wszystko to jednak pod warunkiem, że w postępowaniu przed sądem krajowym zostaje dowiedzione, że powrót dzieci mógłby je narazić, choćby potencjalnie, na ponowne ryzyko przemocy ze strony jednego z rodziców.

Konwencja Haska (uprowadzenie dziecka) – czy będziemy oddawać polskie dzieci za granicę?


 

Konwencja Haska dotycząca cywilnych aspektów uprowadzenia dziecka za granicę – regulująca kwestie uprowadzenia lub zatrzymania dziecka w innym państwie, została sporządzona w Hadze dnia 25 października 1980 roku i podpisało ją 96 państw – ma więc bardzo szerokie światowe zastosowanie. Celem Konwencji jest przeciwdziałanie negatywnym skutkom międzynarodowego uprowadzenia lub zatrzymania dzieci. Do uprowadzeń najczęściej dochodzi pomiędzy skonfliktowanymi rodzicami, z których jedno postanawia powrócić do własnego kraju lub wyjechać do innego kraju, mając najczęściej na celu odseparowanie dziecka od drugiego z rodziców.

Podstawowym założeniem Konwencji jest zapobieżenie możliwości działania obywateli za pomocą metody faktów dokonanych, zapewnienie zasad praworządności – zaś z punktu widzenia dziecka: zagwarantowanie mu prawa do stabilizacji oraz do bycia wychowywanym przez oboje rodziców.
 
żródło: archiwum własne
 
 

W drugiej połowie ubiegłego roku (od sierpnia 2018 r.) zaczęła w Polsce obowiązywać nowa ustawa mająca na celu proceduralne usprawnienie postepowań tzw. haskich. Jest to ustawa z dnia 26 stycznia 2018 r. o wykonywaniu niektórych czynności organu centralnego w sprawach rodzinnych z zakresu obrotu prawnego na podstawie prawa Unii Europejskiej i umów międzynarodowych. Muszę powiedzieć, że kiedy Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro ogłosił na specjalnej konferencji założenia do tej ustawy, miałam wiele obaw. Można było odnieść bowiem wrażenie, że przedstawiciele rządu są dość nieszczęśliwi z powodu związania Polski Konwencją Haską. Zdawało się słyszeć wręcz ubolewanie, że Polska jest stroną Konwencji Haskiej i „w jej ramach musimy się poruszać”. Założenia ustawy, jak wynikało z wypowiedzi Ministerstwa, miały zdaje się na celu niedopuszczenie do (posługując się skrótem myślowym) „wydawania polskich dzieci za granicę”. Uszczelniono postepowanie, wprowadzono szereg regulacji procesowych mających na celu ujednolicenie praktyki postepowania. Relacje prasowe odnośnie do wytycznych, jakie otrzymali prokuratorzy, również nie napawały optymizmem. Z każdego miejsca powtarzano slogan o „ochronie polskich dzieci”. Tak, jakby ich powrót do miejsca, w którym się dotychczas wychowywały, miał być z założenia gorszym, niepożądanym rozwiązaniem. Taka narracja narodowościowa była dla mnie jako adwokata zajmującego się sprawami rodzin transgranicznych dalece niepokojąca,  zwłaszcza z punktu widzenia rzeczywistego interesu dzieci będących podmiotami postępowania. 

Od wielu lat prowadzę w kancelarii sprawy o charakterze rodzinnym z tzw. czynnikiem zagranicznym. Teoretycznie nie różnią się one od tzw. zwykłych spraw, jednak w praktyce w każdej z nich jest ten element najtrudniejszy do uchwycenia, czyli kontekst kulturowy, rodzinny, dziecka, które ma rodziców o różnych „zapleczach” językowych, historycznych, czasem religijnych.  Tu wielka rola pełnomocników, którzy powinni sądowi, osadzonemu w polskich realiach, na te niuanse zwracać uwagę. Dziecko ma przede wszystkim potrzebę kontaktu z obojgiem rodziców i tak się składa (choć nie jest to reguła bez wyjątków), że zazwyczaj w tym kraju, z którego zostało uprowadzone, ma większe szanse na taki wspólny kontakt. Kwestie narodowości w takim wypadku powinny mieć charakter drugorzędny (albo trzeciorzędny), a trzeba też pamiętać, że najczęściej dzieci te są lub mogą być obywatelami zarówno polskimi, jak i innego kraju (choć z perspektywy polskich ustaw dla sądu polskiego są obywatelami wyłącznie polskimi).  

Z tego względu, przyjmując w kancelarii postępowania z tzw. Konwencji Haskiej po zmianie przepisów, nie potrafiłam przewidzieć, w jakim kierunku „potoczą” się nasze postępowania. Próbowałam trzymać się przekonania, że międzynarodowa Konwencja się nie zmieniła, zmieniła się nieco polska procedura – przede wszystkim zaś sędziowie i prokuratorzy zostali przeszkoleni. To fachowcy, więc sami powinni ocenić walor sugerowanych „wizji” ministerialnych z flagą narodową w tle. Ale lekki niepokój pozostał. 

Dziś mogę powiedzieć, że moje obawy były trochę na wyrost. Wielkim plusem zmian jest z pewnością przyspieszenie postępowania. Sądy I instancji wyznaczają od razu dwie rozprawy w odległości 7 dni, toteż jest szansa na bardzo szybkie zakończenie sprawy. Sąd doskonale zna akta sprawy, zna je też Prokuratura. Muszę przyznać, że po raz pierwszy miałam do czynienia z tak doskonale przygotowaną zarówno merytorycznie, jak i faktograficznie  - prokuraturą.  Po zakończonej sukcesem sprawie, podziękowałam Panu Prokuratorowi i nie omieszkałam wspomnieć, że przygotowany do sprawy z Konwencji Haskiej prokurator to dla mnie zupełna nowość procesowa (dotychczas sądziłam, że udział prokuratury w tych postępowaniach jest nie tylko zbędny ale wręcz szkodliwy, sądy kompletnie nie liczyły się ze stanowiskiem nieprzygotowanych do spraw prokuratorów) i że nareszcie widzę, dlaczego udział prokuratury w postępowaniu jest celowy (w tej sprawie mieliśmy do czynienia z zarzutami przemocy domowej, przesłuchanie stron przez doświadczonego Prokuratora było dla postępowania bezcenne). Pan Prokurator z lekkim uśmiechem skwitował, że jest ciekaw, co będę mówić na ten temat, jeśli nasze stanowiska w sprawie będą rozbieżne i nie będziemy sojusznikami.  

Zarówno Panu Prokuratorowi, jak i Państwu odpowiem: adwokat jest przygotowany do rzetelnej polemiki, zaś w przypadku zupełnie odmiennych zdań wraz z oponentem budujemy jasną argumentację, dając Sądowi możliwość sprawiedliwego, zgodnego z założeniami Konwencji i dobrem dziecka rozstrzygnięcia. To zawsze wartość dodana. Nic zaś bardziej sprawie nie szkodzi jak brak kompetencji któregokolwiek z uczestników postępowania. W kolejnych postępowaniach czekam więc na spotkania z prokuratorami jako ważnymi uczestnikami postępowania. 

Zmiany dotyczące procedowania w sprawach z Konwencji Haskiej oceniam dziś jako idące w dobrym kierunku. O szczegółowych rozwiązaniach procesowych przyjdzie zapewne jeszcze napisać. Być może więc źle zrozumiałam intencje rządu wprowadzające ustawę, być może przekaz werbalny był zbyt emocjonalny, zaś spisane rozwiązania ustawowe dają możliwość usprawnienia postępowania; z pewnością też profesjonalni uczestnicy postepowania wysnuwają własne wnioski zgodne z założeniami prawa międzynarodowego. Wypada wierzyć, że wszyscy mają na celu jedynie realizację celu nadrzędnego jakim jest zapewnienie właściwych środków ochrony dla małoletnich,  o których w tych postępowaniach chodzi przede wszystkim.

 

 

 

Nienależne wynagrodzenie biegłych sądowych


Po zapoznaniu się z niektórymi opiniami biegłych w sprawach sądowych, następnie zaś z postanowieniami sądów o przyznaniu tym biegłym wynagrodzenia, przysłowiowy nóż się w kieszeniach otwiera, zwłaszcza w kieszeniach stron postępowania.
Nieraz już słyszałam w kancelarii pytanie: ALE KTO ZA TO BĘDZIE PŁACIĆ?
źródło: raciborz.sr.gov.pl
 Z prawem jest tak, że są to ogólne reguły postępowania, stworzone przez społeczeństwo i dla społeczeństwa. Jeśli więc nie ma jakiejś szczególnej klęski legislacyjnej, to zazwyczaj te reguły są logiczne i odpowiadają poczuciu sprawiedliwości i przyzwoitości. Nie trzeba być zazwyczaj prawnikiem, żeby wiedzieć, czy można coś zrobić czy nie można.

Jest też zasadą ogólnie przyjętą w stosunkach międzyludzkich, że jeśli komuś zlecamy wykonanie jakiegoś zadania, to płacimy mu za wykonanie tego zadania, a nie za to, że ta osoba po prostu istnieje bądź że zrobiła akurat zupełnie inne zadanie, z którego jest bardzo zadowolona, choć ono do niczego nam jest niepotrzebne. Dajmy na to, jeśli zlecę komuś uszycie sukienki w dwa tygodnie, a ta osoba przyniesie mi dwie pary za dużych na mnie butów - i to po roku - to czy proszę Państwa należy jej się wynagrodzenie tylko z tego powodu, że zgodziła się uszyć sukienkę oraz że jest z wykształcenia krawcem po pięciu krawieckich uniwersytetach?

No chyba nie. Dlatego właśnie zastanawia mnie, dlaczego sędziowie przyznają wynagrodzenie biegłym, którzy wydają opinie kompletnie nieprzydatne dla sprawy.
W praktyce (dla stron) jest to ogromny problem. Mam taką sprawę, w której biegły złożył opinię, której naprawdę nikt nie rozumiał. W kategoriach pragmatycznych nie wiedzieliśmy nawet dla kogo ta opinia była "korzystna". Sąd przyznał biegłemu na jego prośbę wynagrodzenie w horrendalnej wysokości, co zaskarżyłam. Czekaliśmy ponad rok na rozstrzygnięcie zażalenia w sprawie kosztów, o ten rok opóźniło nam to rozstrzygnięcie sprawy. Było przy tym oczywiste, że sąd powoła innego biegłego. Sąd powołał kolejnego biegłego, a temu pierwszemu... ostatecznie przyznał wynagrodzenie obniżone o połowę. Nadal kilka tysięcy złotych. Kwotę tę opłaci strona przegrywająca sprawę. Nie zaskarżyłam już tego nadal niesprawiedliwego postanowienia, bo wiem, że na kolejne rozstrzygnięcie moi klienci czekaliby kolejny rok. A sprawa nadal jest w toku.


Ostatecznie ktoś jednak ten rachunek zapłaci. Za opinię mierną, którą nawet nie wypada nazywać opinią. Co jest zjawiskiem powszechnym, niestety. Nie dość, że miesiącami (czasem latami) czekamy na jej wydanie, to jeszcze dostajemy bubel.

Ostatnio zaś otrzymałam opinię, która nie zawiera odpowiedzi na żadne z postawionych pytań. Wykonanie jej zajęło biegłym ponad dwa lata. Jest to wielce interesujące, bo biegły ponosi odpowiedzialność karną, jeśli jego opinia jest nieprawdziwa. Jeśli jednak wcale nie odpowiada na postawione tezy, to trudno jej zarzucić fałszywość, nieprawdaż? W tej sprawie też już zasądzono biegłym wynagrodzenie. Gdybym je zaskarżyła, co prawdopodobnie nie przyniosłoby żadnego skutku (opinia jest sporządzona przez aż trzech biegłych, notabene lekarzy z tytułami naukowymi), sprawa Klientki odwlekłaby się z pewnością co najmniej o kolejny rok, na co trudno sobie pozwolić.

Tymczasem zastanawiam się, czy sędzia, któremu krawiec uszłyby za dużą sukienkę zamiast zgrabnych spodni, zapłaciłby za wykonaną usługę.

Mam nadzieję, że ta sytuacja się zmieni. Że będziemy mogli przychodzić do sądów po sprawiedliwość, którą gwarantować nam będą również niezależni, wykształceni fachowcy. Że nie będziemy musieli podejmować decyzji w stylu greckiej tragedii: czy zaskarżać absurdalne postanowienie o zapłacie za bezwartościowe opinie, tym samym narażając klienta na stratę kolejnego roku postępowania  - czy liczyć na to, że sprawę wygramy – i to nie my ostatecznie poniesiemy nienależne koszty.

Po co mi adwokat?



Prowadzę sprawę. Bardzo trudną i złożoną. Taką z wielkim supłem, którego nie można rozciąć, bo wszyscy pozlatują w dół, w przepaść. Z supłem do umiejętnego, powolnego rozwiązywania.

Niestety w tej sprawie było już kilku pełnomocników. Zrobili kilka mniejszych supełków – i poszli. Bardzo niewdzięcznie jest tak pisać, bo po wszystkim, z boku – łatwiej ocenić, co można było zrobić lepiej. A jednak czasem taka ocena jest potrzebnym, zimnym prysznicem.

źródło: https://en.wikipedia.org/wiki/Knot#/media/File:Sj%C3%B6manss%C3%A4ck_-_1991.jpg

Bo w takiej właśnie chwili – klient słusznie pyta: po co mi adwokat?

Sama się nad tym zastanawiam. Czasem jest tak, że adwokat potrzebny będzie do znalezienia właściwego przepisu, który ułatwi interpretację naszego zachowania. Czasem bywa tak, że jest potrzebny do tego, aby pomóc klientowi przejść przez trudną sytuację. Wyjaśnić, co go czeka, doradzić, jakie podjąć decyzje, jak się zachować, czasem nawet – jak ubrać się, idąc do sądu.

Jednak najbardziej jest adwokat potrzebny do dobrej komunikacji z sądem. No bo proszę sobie wyobrazić, w sądzie zazwyczaj mamy jedną sprawę w życiu. I jest to zazwyczaj bardzo ważna sprawa. Z byle czym do sądu raczej się przecież nie chodzi. I bywa, że ta nasza życiowa sprawa jest rozstrzygana przez jednego człowieka, który jednocześnie ma do rozstrzygnięcia jeszcze tysiąc (naprawdę, są takie referaty) ludzkich spraw. Idziemy na rozprawę – i mamy zazwyczaj najwyżej godzinę, aby opowiedzieć naszą historię tak, jak my ją widzimy. Aby wyjaśnić nasze racje. Aby sąd nam rację ostatecznie przyznał.

Godzina to mało czasu. Pięć godzin to mało, dziesięć, ba! nawet sto godzin to może być nic, kiedy ktoś rozstrzyga o naszym życiu.

I po to nam właśnie adwokat. Aby dobrze reprezentować klienta, powinien go poznać. Powinien dobrze wysłuchać, wypytać, dowiedzieć się absolutnie wszystkiego, co może być dla sprawy ważne. Czasem adwokat szybciej oceni, jakie są cele i pobudki strony postępowania – niż ona sama. Jeśli dobrze poznał intencje swojego klienta, to zadaniem jego będzie przedstawić te intencje bez przekłamania, rzetelnie – ale jednocześnie tak, aby przekonać sąd, że dana osoba naprawdę miała lub ma rację, wyjaśnione intencje, wyjaśnione zamiary i plany -  to często klucz do wygranej sprawy. Adwokat powinien umieć przedstawić argumenty sprawnie i krótko. Najwyżej w godzinę.

Dobry adwokat podpowie nam również, kiedy milczeć.

Prowadzę często sprawy medyczne. Codziennie widzę, że podstawowy błąd, jaki może popełnić lekarz – to brak tzw. właściwego wywiadu. Czyli niesłuchanie pacjenta. Uważam stanowczo, że pełnomocnicy też są narażeni na taki błąd. Kiedy myślę o sprawie z supłem, od której zaczęłam ten wpis, to niestety sądzę, że żaden z kilku pełnomocników nie wysłuchał dobrze swojego klienta. Nie będzie teraz ani łatwo, ani szybko ten supeł rozwiązać.

Życzę wszystkim samych spraw bez zasupłanych supłów.

Poncjusz Piłat a niezawisłość sądów


Na marginesie refleksji wielkotygodniowych za każdym razem od początku, co roku, zdumiewa mnie przebieg procesu Jezusa. W tym roku – po wielu miesiącach raczej mało skutecznej walki części społeczeństwa o zachowanie niezawisłości sędziów w naszym kraju, ewangeliczny opis procesu uderza szczególnie.

Ecce Homo, Antonio Ciseri: Poncjusz Piłat przedstawiający ubiczowanego Jezusa z Nazaretu mieszkańcom Jerozolimy. źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Poncjusz_Pi%C5%82at#/media/File:Eccehomo1.jpg
 
Poncjusz Piłat, będący rzymskim guberanatorem – był też sędzią. Przyprowadzili do niego Jezusa i powiedzieli, że należy go skazać, bo jest przestępcą i podburza lud. W istocie ci, którzy przyprowadzili Jezusa, obawiali się, ponieważ zapewne musieli czuć, że są od niego w jakimś sensie słabsi – i bali się utraty części swojej nad ludem władzy. Poncjusz Piłat nawet dość uczciwie przesłuchiwał podsądnego Jezusa, który w przeważającej mierze milczał. Do dziś oskarżonemu przysługuje prawo do odmowy składania wyjaśnień.

Relacja procesu i zachowanie Poncjusza Piłata świadczą o tym, że musiał być doświadczonym sędzią. Zapewne był uważany za sędziego sprawiedliwego. Ostatecznie Poncjusz Piłat nie był przecież wcale przekonany do winy Jezusa. Różnymi sposobami próbował uniknąć wydania wyroku skazującego.

Kiedy jednak kapłani napierali na skazanie, Poncjusz Piłat odwołał się do ostatniej szansy dla Jezusa. Zapytał społeczeństwo, czy woli, aby na wolność został wypuszczony (ułaskawiony) kryminalista, którego wszyscy powszechnie się obawiali - Barabasz, czy też pacyfistycznie nastawiony do życia Jezus Chrystus. Lud jednak był już pod wpływem skutecznej propagandy władzy. „Uwolnij Barabasza!” – wołali. I w ten sposób Barabasza wypuszczono, zaś Jezus Chrystus został ukrzyżowany.

Poncjusz Piłat zaś umył ręce. I nawet powiedział: „Nie jestem winny krwi tego sprawiedliwego. To wasza rzecz”.

Poncjusz Piłat robił co mógł, ale tylko do granicy swojej – jak to dziś zwykło się mówić – strefy komfortu. Może i poczuł lekki dyskomfort skazując niewinnego człowieka, ale mógł się usprawiedliwić, że właściwie to nie miał wyjścia. Osoby wpływowe bowiem i tak miały zamiar doprowadzić do skazania, a on nie zamierzał się narażać. Był człowiekiem wygodnym i brakło mu odwagi. Jest jednoznacznie negatywną postacią w procesie Jezusa. Oceniający go dziś nie mają raczej wątpliwości, że ostatecznie ten sędzia jest winny, że postąpił haniebnie.

Poncjusz Piłat był przede wszystkim sędzią zależnym. Zależnym od władzy, która kierowała ludem. Warto pamiętać o tym, że niezależnie od epoki, w której żyjemy, każde społeczeństwo potrzebuje przejrzystego systemu sprawiedliwości i niezawisłych, odważnych sędziów. Dziś tę niezawisłość powinny gwarantować właściwe regulacje prawne, które w ostatnim czasie w naszym kraju ulegają wyraźnym wypaczeniom. Możemy mieć obawę, że jeśli nie zatrzymamy tych negatywnych zmian w systemie sprawiedliwości, w sądach pojawią się mniej odważni i mniej niezawiśli sędziowie. Tymczasem nikt z nas nie chciałby być sądzony przez Poncjusza Piłata.