Nowelizacja 500 + (będzie bubel?).

 
 
 
 
W czasie kampanii wyborczej, kiedy słyszałam o tych pięciuset złotych na każde dziecko, pierwsze o czym pomyślałam (wiem, prawnik) – to było: a jak to miałby się do spraw alimentacyjnych? Takie pieniądze byłyby czymś ekstra, traktowanym zapewne podobnie jak inne świadczenia ZUS. Tak sobie pomyślałam.

Tylko wówczas mowa była o 500 zł na KAŻDE dziecko. A to zmienia postać rzeczy z sposób zasadniczy.

Jeśli chodzi o ideę całej akcji 500 zł, to muszę przyznać, że jakkolwiek nie jestem z pewnością fanką wręczania ludziom pieniędzy i znalazłoby się moim zdaniem pięćset (plus) możliwości innej formy pomocy, to jednak jednocześnie jest według mnie bardzo pozytywne, że po ponad ćwierćwieczu wolnej Polski w końcu ktoś zauważył, że warto pomóc polskiej rodzinie – całej rodzinie. Rozumiem ten program jako inwestycję państwa polskiego w edukację i wychowanie dzieci, które mają następnie – za kilka lat – zacząć utrzymywać społeczeństwo. Jako matka trójki dzieci, jakby to banalnie nie brzmiało, czuję, że ktoś docenił wysiłek naszej rodziny w inwestowanie w przyszłość społeczeństwa.

Czytamy w ustawie, że celem świadczenia 500+ jest częściowe pokrycie wydatków związanych z wychowywaniem dziecka, w tym z opieką nad nim i zaspokojeniem jego potrzeb życiowych. Świadczenie to przysługuje matce, ojcu lub opiekunom dziecka. Z uzasadnienia zaś projektu do tej ustawy, możemy się dowiedzieć, że pomoc finansowa kierowana jest do rodzin wychowujących dzieci. Z uzasadnienia projektu dowiadujemy się jeszcze, że „wykształcenie i przygotowanie do życia dzieci wiąże się z dużym obciążeniem finansowym dla osób, u których pozostają one na utrzymaniu, w szczególności w rodzinach wieloosobowych”, w związku z czym niezbędne staje się wprowadzenie rozwiązań które istotnie zmniejszą ewentualne bariery finansowe.  W wielu miejscach uzasadnienia w kółko powtarza się to samo, co można skrócić następująco: dzieci są drogą inwestycją, więc aby zachęcić ludzi do dzietności, państwo będzie odciążać częściowo rodziców w trudach finansowych związanych z ich utrzymaniem i wykształceniem.
 

Muszę nawet powiedzieć, że w tej formie – jako pomoc rodzinom wielodzietnym – a nie poszczególnym dzieciom, ma to ręce i nogi. W tym sensie, nawet fakt, że „pierwsze dziecko” gdzieś zaginęło – z punktu widzenia integralności pomysłu (a nie rozliczania obietnic wyborczych) – stał się poniekąd uzasadniony. Z ciekawością przejrzałam ustawę (i uzasadnienie projektu) i trochę zaskoczyła mnie fala dyskusji na temat relacji obowiązku alimentacyjnego do tych świadczeń. Prawnicy podzielili się na 2 obozy: jeden opowiadający się za koniecznością obniżania alimentów, drugi, twierdzący, że jest to świadczenie podobne do zasiłków i powinno nie być w ogóle brane pod uwagę przy określaniu obowiązku. Przysłuchiwałam się tym dyskusjom wśród kolegów-prawników, jednocześnie zaś z podziwem traktowałam profesjonalizm ustawodawcy w tym zakresie: że sprawę taktownie przemilczał, zostawiając, jak to w takich wypadkach należy, indywidualne przypadki rozstrzygnięciom sądów. Co innego, gdyby te 500 zł miało być „na każde dziecko” – wówczas pokuszenie się o ustanowienie reguły „na sztywno” mogłoby mieć rację bytu. 
 

Już wyjaśniam, o co chodzi.
 

Załóżmy, że poznajemy Krystynę i Jana. Szaleńczo się kochają i zakładają rodzinę. Są wariatami, bo nie słyszeli jeszcze o żadnym programie 500+, a i tak decydują się na dzieci. Na świat przychodzą trojaczki: Anna, Karol i Zosia. Niestety, po kilku latach okazuje się, że z winy teściowej małżeństwo Jana i Krystyny rozpada się. Małżonkowie rozstają się, pozostają jednak w poprawnych relacjach. Oboje rodzice bardzo kochają swoje dzieci. Są to bardzo zadbane dzieci. Zdecydowali, że Krystyna będzie się nimi opiekowała w tygodniu (Jan pracuje do późna), zaś Jan spędza z dziećmi czas w prawie każdy weekend, czasem też w tygodniu wieczorem. Wspólnie ustalają, że Jan będzie w całości pokrywał wydatki na dzieci. (Krystyna i tak musi iść do pracy na kawałek etatu, żeby zarobić na utrzymanie siebie.)
 

Po kilku latach tego stanu, stosunki pomiędzy Krystyną i Janem ulegają kolejnym falom ochłodzenia. W celu zapewnienia 100% pewności, że Jan będzie nadal płacił alimenty, Krystyna zwraca się do sądu o ustalenie tego obowiązku.
 

Teraz UWAGA! WAŻNA INFORMACJA, o której ewidentnie nie wszyscy wiedzą: alimenty to nie jest „kara dla Jana”. Jest to świadczenie, które ma obowiązek łożyć rodzic na dziecko, które żyje z nim w rozłączeniu, aby ono mogło się rozwijać, rosnąć, kształcić się. Ustalając zaś wysokość obowiązku alimentacyjnego, sąd bierze pod uwagę 2 czynniki: po pierwsze – usprawiedliwione potrzeby dziecka; po drugie – możliwości zarobkowe rodzica obciążonego obowiązkiem alimentacyjnym.
 

DRUGA UWAGA jest taka, że wedle moich obserwacji wcale nie jest tak, że ludzie zazwyczaj nie mogą się dogadać co do sposobu i formy opieki nad dziećmi. Zazwyczaj mogą, w sporze jest jakiś procent, z którego jakiś procent ląduje w sądzie, z którego jakiś procent dopiero alimentów nie płaci. Statystyki zaczynają się od tych, co już trafili do sądów.
 

I                  Wariant I: Krystyna i Jan byli dosyć zasobni
 

Załóżmy, że dotychczas Jan na każde dziecko płacił po 2.000 zł. No cóż, kwota niemała, ale wiadomo: żagle, narty, prywatna szkoła, niania (Krystyna poszła do pracy), języki obce. Jan chce dla dzieci wszystkiego, co najlepsze. Najwyżej czasem rezygnował z własnego urlopu, ale dzieci zawsze były zabezpieczone.
 

Sąd w takim wypadku najprawdopodobniej zasądziłby taką właśnie kwotę, na jaką rodzice umówili się, jako stały obowiązek alimentacyjny Jana. Sąd uznałby, że potrzeby dzieci są w pełni zaspokojone.
 

Anna: 2000 zł
 

Karol: 2000 zł
 

Zosia: 2000 zł

 
 

II                Wariant II: Krystyna i Jan nie narzekali na poziom życia, jednak rozstanie znacznie powiększyło ich indywidualne koszty – i nie jest zbyt lekko
 

Jan, jak już było to powiedziane, bardzo kocha swoje dzieci, toteż do czasu uregulowania obowiązku alimentacyjnego przynosił Krystynie znaczną część zarabianych przez siebie pieniędzy. Nie miał jednak regularnej pracy, więc czasem było to kilka tysięcy złotych, czasem znacznie mniej. Ogólnie trudno było stwierdzić, ile średnio Jan płacił, poza tym Krystyna uważała, że było to zdecydowanie za mało.
 

Sąd musiał więc samodzielnie ustalić obowiązek alimentacyjny. Biorąc pod uwagę potrzeby dzieci, sąd uznał, że każde z dzieci  ma potrzeby na poziomie 1.500 zł (dzieci miały rozpoczęte kursy, lekcje dodatkowe, z „lepszych czasów”, kiedy małżonkowie żyli wspólnie).  Jednak sąd przyjrzał się sytuacji Jana: niestety jego możliwości zarobkowe nie pozwalały na zasądzenie tak dużej kwoty. Wobec tego sąd zasądził dla każdego z dzieci po 1.000 zł. Nie wszystkie potrzeby dzieci są teraz realizowane, dziewczynki zrezygnują z tańców i basenu, a Karol z piłki. Na wakacje wyjadą do babci, a nie na Teneryfę.
 

Anna:1000 zł
 

Karol: 1000 zł
 

Zosia: 1000 zł
 

III Mamy jeszcze koleżankę Krystyny, Grażynę, która widząc, jak odmłodniała jej przyjaciółka po rozstaniu z mężem, również postanowiła porzucić swego partnera i zażądała od niego alimentów dla małej Andżeliki. Tata Andżeliki jest dość zasobnym mężczyzną, poza tym mała to jego jedyna pociecha, toteż nie było problemu z uzyskaniem od niego 2.000 zł miesięcznie dla tego aniołka.
 

Co dzieje się z datą zafunkcjonowania ustawy 500+ w każdej z tych sytuacji? (Mówimy o obecnym, brzmieniu tej ustawy! O potencjalnej nowelizacji – za chwilę).
 

W wariancie I (bogaty Jan, dzieci mają zasądzone po 2000 zł): sąd powinien obniżyć alimenty płacone na dzieci przez Jana: dotychczas to na Jana barkach spoczywał cały ciężar finansowania kształcenia i rozwoju dzieci, w niczym nie uchybił jako ojciec, wiele osobistych wyrzeczeń kosztowało go regularne płacenie tak wysokich alimentów, potrzeby dzieci są zaspokojone w każdym aspekcie. Jan i Krystyna cieszą się, że państwo postanowiło wesprzeć ich rodzinę.
 

Anna: 2000 zł (I dziecko, bez 500+)
 

Karol: 1500 zł – zobowiązując matkę do uzupełnienia wydatków w pozostałym zakresie kwotą uzyskanego świadczenia z tytułu 500 +
 

Zosia: 1500 zł - zobowiązując matkę do uzupełnienia wydatków w pozostałym zakresie kwotą uzyskanego świadczenia z tytułu 500 +
 

W wariancie II (biedniejszy Jan), sąd nie powinien niczego zmieniać w wyroku. Jan powinien dalej płacić po 1.000 zł – potrzeby dzieci będą prawie zaspokojone. Mama zapewne rozdzieli dodatkowy 1.000 zł z programu 500+ pomiędzy trójkę i dzieci powrócą na utracone kursy.
 

W wariancie III (Andżelika) – nic się nie zmienia, Andżelika jest jedynym dzieckiem swoich rodziców.
 

Dwa dni temu ujrzałam tam następujący komunikat na stronach rządowych:
 
 

www.ms.gov.pl

  

Pal licho profesjonalizm, kontekst i cel oświadczenia. (Czy Ministerstwo chce wpłynąć na sądy, jak maja obecnie orzekać? To jakaś wersja „autentycznej wykładni prawa” – czyli takiej, która dokonywana jest przez jego autora?). Być może tylko w swojej naiwności wierzyłam, że nieporuszenie kwestii obowiązku alimentacyjnego w ustawie jest słusznym zamierzeniem ustawodawcy. Pozostaje mi jednak wierzyć, że ktoś w Ministerstwie się pomylił, parlamentarzyści będą decydować mądrzej. 
 

Niestety, pomylić się musiał też i Pan Prezydent, bo jego projekt nowelizacji ustawy w tym zakresie jest już podobno od wczoraj w sejmie.
 

Tyle razy powtarzana zasada: nie zmieniajcie prawa tylko nauczcie się je mądrze stosować – może zadziała, a może nie.
 

Jeśli powyższa mądrość nie zadziała (czego możemy się obawiać, patrząc na tempo komunikatów) - jakie nowelizacja przyniesie skutki dla poznanych przez nas bohaterów?
 

W wariancie I) – Anna będzie nadal otrzymywać 2000 zł, Karol – 2500 , Zosia 2500 zł
 

W wariancie II ) – Anna 1000 zł, Karol 1500 zł, Zosia 1500 zł
 

Wszystkiemu przyglądać zaś się będzie Andżelika, która może zauważyć, że świadczenie 500 + nie jest jednak świadczeniem dla rodziny wielodzietnej (skoro Jan został pominięty) tylko dla drugiego i kolejnego dziecka. Może się to jej nie spodobać i może wnieść skargę do Trybunału Konstytucyjnego na taką nierówność wobec prawa. Ciekawa jestem, jak będzie się tłumaczyć temu aniołkowi, że kolega Karolek ma 2.500 zł, a ona dalej 2.000 zł. Podobnie jak Jan, wzorowy tata, który poczuje się zapewne „ukarany” – jego dzieci żyją ponad stan, a on od tylu lat, pomimo świetnych zarobków, nie miał urlopu. Czy Jan nie jest częścią rodziny, której państwo udziela wsparcia? Podejmuję się poprowadzenia sprawy przed Trybunałem Konstytucyjnym – zarówno w imieniu Jana, jak i Andżeliki. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego będzie zaś następnie stosowany  przez sądy powszechne, w to nikt nie powinien wątpić.

O poszanowaniu prawa i dlaczego tak nam to ciężko idzie.




 Dziś w Sejmie podczas obrad  jeden z posłów musiał opuścić salę, poprosił więc koleżankę, aby zagłosowała za niego. To znaczy - wcisnęła guzik, podniosła rękę. Tak też zrobiła, co zostało zauważone przez innych posłów. Niektórzy uznali, że taka sytuacja jest niedopuszczalna. Część komentarzy zbagatelizowała sprawę (i tak głosowanie miałoby analogiczny rezultat), zaś poseł, który „zlecił” koleżance przysługę, wypowiedział się przed kamerą, że „moralnie jest w porządku”, ponieważ chciał głosować, a wyjść musiał. Nic specjalnego się nie stało, bo większość sejmowa zagłosowała.
Jest to sytuacja wielce zdumiewająca dla obserwującego ją adwokata. Zdarzenie też przygnębiające, tym bardziej, że poseł, który „oddał swój głos” koleżance, rzeczywiście pozostawał dotychczas niekwestionowanym (dla chyba żadnego środowiska) autorytetem.
W pewnym sensie można mówić o podobieństwie sytuacji opisywanych posłów (z których jeden prosi drugiego o oddanie za niego głosu) do dość niestety powszechnego w życiu codziennym zjawiska – a mianowicie przestępstwa złożenia za kogoś (podrobienia) podpisu. Zdarza się to na przykład mężom lub żonom, którzy wypełniają deklaracje podatkowe za siebie i swoją druga połowę, nie jako pełnomocnicy, tylko właśnie poprzez „podpisanie się” – za zgodą nieobecnego – za inną osobę. Kodeks karny jest w takich sytuacjach bezwzględny. Nie szkodzi, że była zgoda na podpis, nie szkodzi, że nikt nie ucierpiał. Nie szkodzi, że to nie osoba, za którą się podpisano składa zawiadomienie do prokuratury. Nie szkodzi, że deklaracja odpowiada prawdzie. Można próbować bronić się argumentem, że czyn taki charakteryzuje się niską szkodliwością społeczną, jednak argument ten nie zawsze będzie trafny. Sądy nie umarzają co do zasady postępowań w takich sprawach. Jest skazanie (nawet, jeśli wyrok łagodny), osoba jest uważana za karaną, co bywa bardzo dolegliwe życiowo.
Zakładam, że w trochę bardziej zaawansowanej demokracji, taki poseł czy posłanka oddający za kogoś głos mogliby pożegnać się z mandatem. U nas takie sytuacje już miały miejsce i nikt mandatu nie oddawał, jednak stwierdzano, że prawo zostało naruszone. Jak ta sprawa skończy się w sejmie, zobaczymy.
Bieżąca polityka nie jest tu głównym tematem. Chodzi o znacznie więcej. O podejście do prawa, do poszanowania zasad, do stosowania pewnych reguł.
Nie mogę posłowi na sejm mojego kraju darować, że lekce sobie waży prawo, które przecież on właśnie, wraz z innymi posłami, stanowi. Nie mogę przede wszystkim podarować tych słów, że „moralnie jest w porządku”. Kiedy przedstawiciel władzy ustawodawczej wysyła społeczeństwu sygnał, że jakaś „wewnętrzna moralność” – którą określa kto? - przeważa nad przyjętymi zasadami prawnymi, jest to prosta droga do usprawiedliwienia absolutnie wszystkiego. W imię różnych idei wiele popełniono bezeceństw.
fot. Krzysztof Białoskórski www.sejm.gov.pl

 
Spotykałam się – w różnych wariantach i okolicznościach – z sytuacjami, w których jakieś osoby składały „za kogoś” podpis. Wielokrotnie odżegnywałam klientów od takiego procederu. Muszę powiedzieć, że może nawet spotykałam się z przekonaniem, że w sumie podrobienie podpisu za czyjąś zgodą, to sprawa bagatelna; jednak kiedy zwracam uwagę, że przepis to przepis – i są pewne przesłanki, które spowodowały, że jest tak stanowczy, spotykałam się też zawsze z ostatecznym zrozumieniem. Chcemy szanować prawo, bo chcemy być szanowani. Osoby, które "uwikłane" były w niemiłą sytuację z podpisem - zawsze ostatecznie żałowały, że w ogóle doszło do takiego zdarzenia. Nie słyszałam od nich, że były "moralnie w porządku". Dlatego nie mogę zrozumieć, jak można bagatelizować łamanie prawa w analogicznych sytuacjach w Parlamencie. O wiele gorszy, bo demoralizujący, był komentarz pana posła. Już przez sam fakt, że złamane zostało prawo na oczach całego społeczeństwa - moralnie nie jest w porządku.

Kwestia uchodźców i prawne zawijasy.

„Zawarliśmy taką umowę z tamtą spółką, ale nie o to nam wtedy chodziło, co tam było napisane. Musieliśmy mieć na to jakąś podkładkę, bo tam przelew był robiony wcześniej, prezes zrobił, takie założenie było, żeby to dofinansować, szybko trzeba było inwestycje zrobić, to taka okazja była, to się swoje włożyło -  i  ten zagraniczny inwestor to w przyjaźni z nami był i o wszystkim informowany był, każdy wiedział ile włożył, tylko to wówczas nie mogła być darowizna, no i trochę też nie bardzo to wszystko chcieliśmy tak fakturować, bo to i zagranica, i zwrot VATu od razu, a to wiadomo, że kontrola będzie urzędu skarbowego, jak to przy każdym zwrocie, a kto lubi kontrole, no nikt nie lubi, prawda? No tośmy taką inna umowę zawarli, że niby tego, a tu pieniądze normalnie można było przelać i księgowość zastrzeżeń nie miała. A teraz wszystko się tak zaplątało, inwestor obrażony, że niby my coś mamy zrobić, bo tak w umowie napisane, kasa zablokowana, jakoś może można tę umowę ODKRĘCIĆ, Pani Mecenas?”

Prawny zawijas.

Czasem odkręcić można, ale zazwyczaj trudno. Jeśli odkręcać, to już trzeba hiperumiejętnie. Bo jak się coś innego robi, niż się mówi, to mamy tego zazwyczaj określone konsekwencje. Które mogą być trwałe. W skali mikro oraz w skali makro.

Zawsze (prawie zawsze) można zaś wcześniej, przed stworzeniem prawnego zawijasa, nazwać rzeczy właściwie, ubrać je we właściwe instrumenty prawne, by w bezpieczny sposób przeprowadzić określoną operację. W skali mikro i makro. Na poziomie przedsiębiorcy – ale również na poziomie działalności i decyzji państwa prawa.

Niepokojące jest jednak bardzo, jeśli w skali makro, na poziomie działalności i decyzji państwa prawa, mamy takie prawne zawijasy. Jeszcze gorzej, gdy ktoś chce je nieumiejętnie odkręcać.

Kiedy konflikt na Ukrainie przybrał na sile i do Polski zaczęły napływać po raz pierwszy w historii Polski powojennej niepoliczalne tłumy ludzi obcego pochodzenia, uciekających ze swego kraju, powstał moim zdaniem właśnie wielki prawny zawijas. To byli często ludzie, którym bomby spadały na głowy. Był czas i rejony, gdy rodziny nie wychodziły z domów, bo w drodze po zakupy można było zostać zabitym. Ludzie znikali, nie wiadomo kiedy, gdzie i jak. Nie wiadomo, ilu zginęło, mężczyźni, kobiety, dzieci, żadna statystyka nie jest wiarygodna.

Wojna. Wojna domowa. Jeszcze straszniejsza, bo po dwóch stronach barykady walczyli i nadal walczą ze sobą członkowie jednej rodziny. Cześć z osób przybyłych do Polski z Ukrainy (może być ich podobno milion) – wystąpiło o nadanie im statusu uchodźcy. Tymczasem państwo polskie,  bardzo konsekwentnie odmawiając nadania komukolwiek takiego statusu, wysłało prosty komunikat: przybyli do Polski Ukraińcy są migrantami ekonomicznymi. Wyłącznie. Pardon, podobno 4 (CZTEREM!) osobom przyznano status uchodźcy. 

Oczywiście trudno się nie domyśleć, dlaczego tak, a nie inaczej. Uchodźcę trzeba bowiem objąć specjalna opieką, w tym socjalną, na którą najwyraźniej nie było naszego kraju stać. Uchodźca kosztuje, a imigrant ekonomiczny zarabia na siebie, taka różnica. Taniej więc było stworzyć iluzję, że WSZYSCY mieszkańcy Ukrainy, którzy do Polski przyjechali, są tu wyłącznie z powodów ekonomicznych. Ja jestem jednak adwokatem, a nie politykiem i przepisy znam. Jestem też od pomagania ludziom, a nie od tłumaczenia im, jaką politykę ma moje państwo.

Krew we mnie buzowała, kiedy osoby ukraińskiego pochodzenia pytały, co mają robić, by w Polsce zostać, kiedy słyszałam różne historie ich dotyczące. Jednego chłopca (chyba mogę tak o nim powiedzieć, choć był pełnoletni) namawiałam mimo wszystko do wszczęcia procedury starania się o nadanie statusu uchodźcy. Ale się od kolegów dowiedział, jaka jest praktyka – i nawet nie spróbował.

Krew się we mnie zupełnie zagotowała natomiast, kiedy usłyszałam panią Premier polskiego rządu w Parlamencie Europejskim twierdzącą, że my tu w Polsce mamy milion uchodźców z Ukrainy. Proszę na to spojrzeć ich oczami, nawet moimi oczami proszę sobie na tę sytuację spojrzeć, a zrozumiecie Państwo, wręcz chwała Panu, że telewizor przetrwał tę próbę mierząc się ze mną ze mną oko w oko w czasie wystąpienia pani Premier. Niebywałe.

I niech nikt nie próbuje mówić, że to złe poprzednie rządy taką politykę przyjęły, bo nie zauważyłam, by w ciągu ostatnich tygodni nadawany był status uchodźcy komukolwiek z Ukrainy. To polityka całego państwa polskiego, a nie konkretnego rządu jest taka właśnie. Prawny zawijas, bo gdyby rzetelnie przyglądać się warunkom, w jakich część migrantów znalazła się w naszym kraju, to sądzę, że uchodźców znalazło by się więcej niż dwóch czy czterech. 

Żeby też było jasne: nie mam najmniejszych wątpliwości, że większość przybyłych do Polski zza wschodniej granicy, to rzeczywiście migranci ekonomiczni – i bardzo dobrze, ciężko tu pracują, zastępują też „ubytek społeczny” w postaci wyemigrowanych Polaków, którzy również ze względów ekonomicznych przemieścili się dalej na zachód. Taka kolej rzeczy, takie czasy, taka ekonomia.

Jednak przyjęcie zupełnie innej, moim zdaniem nieprawdziwej tezy za punkt wyjścia, pociąga za sobą określone skutki: gdybyśmy godnie przyjęli migrantów z Ukrainy, nazywając za każdym razem ich status wedle właściwej miary, tym z nich, którzy szukali u nas schronienia ratując własne życie, udzielili ochrony prawnomiędzynarodowej gwarantowanej podpisanymi przez Polskę konwencjami, być może teraz w negocjacjach z Unią Europejską, w bardzo trudnej sprawie imigrantów z innych krajów, mielibyśmy rzeczowe argumenty. Gdybyśmy jako państwo spróbowali chociaż stworzyć rzetelne mechanizmy radzenia sobie z badaniem, kto uchodźcą jest, a kto tylko ekonomicznym migrantem, gdybyśmy zadali sobie trud pomocy ludziom, którzy tej pomocy potrzebowali, teraz stałoby za nami bezcenne doświadczenie, rzeczowe argumenty i siła.

Moglibyśmy doradzać innym państwom, jak z tym problemem się zmierzyć, moglibyśmy wspólnie rozwiązywać naprawdę trudne dylematy i wspólnie podejmować decyzje, dotyczące nas samych i innych państw.

Można też było przemilczeć kwestię migrantów zza wschodniej granicy, traktując tę sprawę jako naszą wewnętrzną decyzję, skoro mleko się już rozlało. Zrobiliśmy pewne założenia, teraz są tego określone konsekwencje.

A tak – zawijas prawny i kompromitacja.

Chciałabym  bardzo podziękować wszystkim osobom, które w ostatnim tygodniu przyniosły do mojej kancelarii ciepłe ubrania, które zostaną przekazane przez organizującą w Trójmieście zbiórkę Panią Małgorzatę Zaremba do  Pani Anny Alboth  (prowadzącej blog rodzinabezgranic.pl) w Berlinie.
Ubrania te trafią do potrzebujących, dzięki czemu przynajmniej niektórym dzieciom (dorosłym też) nie będzie trzeba zakładać rajstop na głowy, żeby je ogrzać. Dzieci marzną niezależnie od tego, czy ich rodzice (którzy też marzną) zostaną nazwani uchodźcami czy migrantami.
Poszukiwane są osoby mogące zapewnić transport na trasie Gdynia-Berlin. 





















Matki-antybohaterki


Media obeszła w ostatnich dniach sensacyjna wiadomość. Child Alert: uprowadzono trzyletniego chłopca. Komunikat policji mrozi krew w żyłach. Chłopiec został porwany spod klatki schodowej w bloku przez trzech niezidentyfikowanych mężczyzn. Zamaskowani sprawcy najprawdopodobniej wyrwali dziecko z objęć stawiającej opór matki. W biały dzień. Bandytyzm, trudno inaczej sprawę nazwać. Nic dziwnego, że każdy (prawie każdy), kto dojrzał komunikat na Facebooku czy innym kanale informacji, udostępniał go dalej. W ten sposób system Child Alert – nowość w naszym kraju, zastosowana (podobno) dopiero drugi raz w Polsce zdecydowanie sprawdził się: cała Polska mówi o tym strasznym zdarzeniu.
źródło: www.childalert.pl
 

Muszę szczerze przyznać, że pomimo, że chętnie dzielę się w portalach społecznościowych różnymi informacjami, które mogą przynieść społeczną korzyść, tym razem zobaczywszy ogłoszenie (właściwie w pierwszych minutach, zanim stało się ono tak bardzo nagłośnione), powstrzymałam się jednak od pierwszego odruchu wciśnięcia przycisku „udostępnij”. Z perspektywy wielu zawodowych doświadczeń, przemknęło mi przez głowę, że to może jednak bardziej skomplikowana i delikatna rodzinna sytuacja, może to jakiś zdesperowany ojciec próbujący uzyskać kontakt z dzieckiem, posunął się zbyt daleko? Niech wówczas policja realizuje swoje zadania, ale prywatnie ja w takich poszukiwaniach uczestniczyć nie muszę (i niekoniecznie chcę). Jeśli sytuacja związana byłaby z tzw. porwaniem rodzicielskim, jak się to w prawniczym żargonie określa, sprawa staje się mniej jednoznaczna z punktu widzenia zasad moralnych i zasad sprawiedliwości. Świadczyć może o tym fakt, ze porwania rodzicielskie w jednych krajach Europy stanowią przestępstwo określone kodeksem karnym, w innych – nie.

Z pewnością nasza policja w sprawie opisywanej na wstępie zajmuje się w tej chwili wyjaśnianiem kwestii, czy przesyłane przez ojca dziecka wiadomości, że chłopiec znajduje się pod jego opieką i jest zdrowy – rzeczywiście pochodzą od ojca i czy są prawdziwe. Bo taka właśnie informacja – pokrywająca się z moimi wątpliwościami i na razie niestety niepotwierdzona – została niedawno podana do publicznej wiadomości przez osobę podającą się za ojca chłopca.

Opisywana sytuacja jeszcze nie została wyjaśniona, dziecko nie zostało znalezione, policja nie zaprzestaje czynności. Realnego kontaktu z ojcem podobno nie ma. Nie wiadomo, co z dzieckiem się dzieje i z pewnością na tym etapie konieczne jest doprowadzenie poszukiwań do pozytywnego finału. Zarówno matka, jak i ojciec – a także instytucje państwowe - muszą wiedzieć, gdzie jest chłopiec i czy jest zdrowy, czy nic mu się nie stało. Trzymam kciuki za jak najszybsze i najsprawniejsze działanie policji. Jeśli prawo zostało naruszone, należy przywrócić właściwy porządek sprawom. Wszyscy życzymy temu dziecku, aby okazało się, że to rzeczywiście ojciec, niestety niezgodnie z prawem, postanowił „wziąć sprawy w swoje ręce”. Że nie wydarzyła się żadna gorsza tragedia.

Doświadczenie wskazuje, że jest to możliwe.  Odchodząc od przykładu opisanego powyżej, ponieważ na razie nie znamy faktycznych okoliczności tej sprawy, zastanówmy się, co sprawia, że takie przypadki porwań rodzicielskich w ogóle zdarzają się – i to coraz częściej. Wyobraźmy więc sobie zdesperowanego ojca, który przez lata walczy w sądzie o prawo do kontaktu z dzieckiem i formalnie prawo to jest mu przyznane, jednak matka praktycznie do kontaktów nie dopuszcza – taki ojciec ma naprawdę niewiele narzędzi w ręku. Jeszcze gorzej, gdy matka swoim postępowaniem, często wbrew oczywistym faktom i prawdzie, manipuluje dzieckiem (a czasem też osobami w strukturach wymiaru sprawiedliwości – w prokuraturze, wśród biegłych, przed sądem) tak, by nie dopuścić do ustalenia „normalnych” kontaktów ojca z dziećmi. Wystarczy czasem kilka drobnych faktów przeinaczyć i tata, z porządnego człowieka, w oczach dziecka i instytucji przeradza się w egoistycznego potwora.

Pamiętacie Państwo wpis z tego bloga zamieszczony [tutaj] o matkach-bohaterkach? Tych, które dla dobra dziecka poświęcają swoje uczucia, chowają emocje, połykają łzy i godzą się na radość dziecka z kontaktów z tatą. Choćby dla nich było to osobiście bardzo trudne, bo przecież, jeśli w sprawę wkracza sąd, to najczęściej kontakt  pomiędzy matką a ojcem nie układa się najlepiej. A jednak starają się, by dzieci miały jak najlepsze dzieciństwo, z obecnym w nim ojcem. Dla dobra dziecka. W moim przekonaniu to są bardzo dzielne mamy.

Jest też niestety zupełnie inna kategoria matek. Tych, które z egoistycznych pobudek, bynajmniej nie dla dobra dziecka, nie dopuszczają do kontaktów dzieci z ojcami. Które naprawdę krzywdzą wszystkich wokół, byleby sprawić ból swym dawnym partnerom. I zazwyczaj udaje im się ten ból wywołać, jednak jakim kosztem? Niestety, działania tych antybohaterek bywają wspierane przez instytucje państwowe, które a priori często dają większą wiarę oświadczeniom matek niż ojców. A jeśli nie uda się (już w sądzie) obalić często bardzo krzywdzących i niesprawiedliwych oskarżeń, wówczas taki ojciec pozostaje bezradny, zrozpaczony. Ten stan może wywołać frustrację i skutki tragiczne, np. w postaci porwań rodzicielskich. Aby do sytuacji takich nie dochodziło, czasem wystarczy trochę więcej empatii ze strony osób, które zajmują się sprawami konkretnej rodziny – kuratorów, policji, biegłych, sędziów. Zanim wydarzy się tragedia.

I jeszcze jedno. Piszę tu ponownie o sytuacji stereotypowej, jaką najczęściej zastajemy w polskim porządku prawnym: mama, która na co dzień zajmuje się dzieckiem i ojciec, który domaga się „kontaktów”. Tak bywa nadal w większości wypadków i dlatego taką praktykę opisuję. Na szczęście ten stereotyp również w Polsce ulega powolnym zmianom. Z doświadczeń wynika, że nie ma powodu, aby dziecko nie spędzało większości czasu z tatą, a z matką miało „ustalone kontakty” – i zapewniam, że takie sytuacje się zdarzają. Dzieci mogą być przez ojców otoczone najlepszą, troskliwą opieką. Spodziewam się, że niedługo i do polskiego sądownictwa dotrze informacja, że w tym zakresie nastąpiła (i nadal trwa) wielka i bardzo pozytywna rewolucja społeczna. Bardzo życzyłabym sobie (i Państwu), aby równouprawnienie płci w tym zakresie nie było tylko ładnie brzmiącym frazesem. Formalnie w Polsce nie ma bowiem przecież prymatu macierzyństwa nad ojcostwem.

 

 

 

Udostępnianie wizerunku dzieci w Internecie



Kilka dni temu media obeszła sensacyjna wiadomość, że podobno sąd w Portugalii zakazał rodzicom publikowania wizerunku swojej córki w sieci. Skrót myślowy uzasadnienia, jest taki, że dziecko jest człowiekiem, a każdy człowiek ma prawo do prywatności i ochrony wizerunku. Toteż rodzice, którzy nie są właścicielami dzieci, a ich opiekunami jedynie, nie mają prawa niszczyć tej sfery poprzez zamieszczanie zdjęć  i informacji o dzieciach w Internecie.
Nie udało mi się dotrzeć do samego źródła tej informacji czyli wyroku, a jedynie do relacji w mediach. Sam temat został potraktowany jako rodzaj przełomu, że sądy zajęły stanowisko. Sprawa była analizowana „przy okazji” rozwodu rodziców. Na temat portugalskiej sprawy więcej niż podała prasa nie wiem, jednak warto zastanowić się, czy mogłaby trafić na polską wokandę.
fot. archiwum własne

Temat ciekawy i ważny. A także aktualny i wcale nieodległy. Trudno mieć pewność, czy podobna sprawa była badana przez polskie sądy, sądzę, że nie. Jednak mogę zapewnić, że może się to w każdej chwili zdarzyć – i wcale nie byłby to żaden przełom.
Wszystko jest w porządku, kiedy rodzice są zgodni. Właściwie w takim wypadku, dopóki nie powstaną precyzyjne przepisy regulujące sprawy dzieci w sieci, nie ma podstaw, by ktokolwiek reagował czy zabraniał umieszczania zdjęć dzieci w Internecie (pomijam kwestię, gdy takie udostępnienie jest z innych względów niezgodne z prawem, np. ze względu na charakter zdjęć lub treść wpisu). To ostatecznie rodzice mogą na razie więc zdecydować, gdzie i kiedy pojawi się zdjęcie ich dziecka.
Jeśli jednak jedno z rodziców wyraża chęć i wolę publikacji informacji o dzieciach w sieci (na przykład prowadzi o nich bloga), zaś drugie z rodziców stanowczo sprzeciwia się takim działaniom, uważając na przykład, że jest to naruszanie prywatności dzieci – i rodzice nie mogą osiągnąć porozumienia, przepisy prawa rodzinnego wskazują, że każde z nich może o decyzję zwrócić się do sądu. Jak z każdym innym problemem dotyczącym istotnych spraw dziecka, co do którego nie mogą osiągnąć zgody.
I wówczas rzeczywiście sąd może badać, czy w danej sytuacji, w konkretnym przypadku, rację ma rodzic, który zamieszcza zdjęcia dzieci na fejsbuku czy blogu, czy też ten rodzic, który zgody na to nie wyraża. Wyobrażam sobie każdy wyrok w takiej sprawie – i aprobujący publikacje, i zabraniający ich. Wszystko bowiem zależy w takim wypadku od okoliczności konkretnych i dotyczących tej rodziny, co do której sąd zabiera głos.
Zakładam, że podobnie rzecz mogła się mieć w przypadku wyroku portugalskiego. Jak zostało to napisane, wbrew doniesieniom medialnym, nie byłby to więc wielki przełom. Co nie zmienia faktu, że sprawa wykorzystywania wizerunku dzieci, czy ich opisywanie w sieci w taki sposób, że jest to odbierane przez wiele osób, jest kwestią bardzo delikatną i na razie nieuregulowaną prawnie. Tym bardziej, jeśli decydujemy się na takie działania, pamiętajmy, że dzieci dorosną. I zapytajmy sami siebie, czy chcielibyśmy, aby nasze zdjęcia i informacje o nas z dzieciństwa były tak ogólnodostępne, jak my to fundujemy naszym pociechom.
Temat przyszłych ewentualnych roszczeń dzieci względem rodziców, jeśli poczułyby się urażone treściami, jakie na ich temat zostały w sieci udostępnione, to zagadnienie zupełnie inne. Na razie, przynajmniej w Polsce, na szczęście jest to zagadnienie wyłącznie teoretyczne. Jednak wszyscy musimy pamiętać, że w Internecie łatwo zamieścić  wszystko. Oraz, że to wszystko właśnie – tam zostaje na bardzo długo.


O sprawach większej i mniejszej wagi.


Sprawy sądowe o charakterze rodzinnym zazwyczaj nie są zbyt skomplikowane z punktu widzenia prawnego. Za to zwykle dotykają jednocześnie najbardziej żywotnych kwestii, są dla stron trudne emocjonalnie, często również dla osób profesjonalnie w nich uczestniczących – sędziów, adwokatów, psychologów – niełatwe do oceny. Tam, gdzie mamy do czynienia z zaangażowaniem dzieci, mogą przybierać dramatyczny przebieg.

Kiedy jeszcze do tego dodamy tło w postaci transgranicznego charakteru sprawy lub wielokulturowości stron, napięcie może być bardzo wysokie. Zdecydowanie chodzi więc o to, by sprawy rozstrzygać szybko i sprawnie. Z tego względu ustawodawca przewidział dla niektórych z nich specjalny, szybszy tryb postępowania. I bardzo słusznie, z założenia.

Myślę tu między innymi o postępowaniach, jakich ostatnio pojawia się w Polsce coraz więcej – o sprawach dotyczących wydania dzieci na podstawie tzw. Konwencji Haskiej. Jeśli np. matka-Polka, mieszkająca dotychczas za granicą, rozstając się ze swym dotychczasowym partnerem i ojcem swych dzieci, postanowi zamieszkać z dziećmi w Polsce, a nie uzyska na to uprzednio zgody ojca, powinna liczyć się z uruchomieniem dość bezwzględnego postępowania, którego celem będzie powrót dzieci do kraju, w którym żyły dotychczas. Tam zaś, już w zwykłym trybie, sądy mogą zająć się orzekaniem co do poszczególnych spornych rodzinnych kwestii pomiędzy stronami.

W takich wypadkach to pomiędzy państwami (na poziomie ministerialnym) dochodzi do wymiany informacji o tzw. uprowadzeniu  - i sprawy trafiają do sądów za pośrednictwem organów rządowych. Konwencja przewiduje krótki czas na rozstrzygnięcie sprawy, przy czym jednocześnie stworzono mechanizmy wymuszające stały kontakt na drodze sąd – ministerstwo w Polsce – ministerstwo za granicą. Oraz konieczność składania odpowiednich raportów w przypadku zwłoki.

fot. archiwum własne
 
W ostatnim miesiącu uczestniczyłam w dwóch takich konwencyjnych postępowaniach. Nie odnosząc się do szczegółów żadnej z bieżących spraw, muszę przyznać, że za każdym razem pozostaję pod wrażeniem sprawności sądów, ich elastyczności, doręczania dokumentacji, kontaktów z pełnomocnikami, możliwości wyznaczania szybkich terminów kolejnych rozpraw, czy też przeprowadzania badań psychologicznych bez żadnej zwłoki i niwelowania wszelkich innych niedogodności. W takich warunkach naprawdę można pracować, z satysfakcją.

I tylko przychodzi mi taka natrętna, powracająca myśl do głowy. Że dlaczego nie może tak być we wszystkich sprawach. Bo że się da, to już wiemy – na przykładzie tych transgranicznych, gdzie przepisy postępowania sądowego są te same, tylko jakoś lepiej stosowane. Czy więc dzieci całkiem polskie, a odebrane rodzicom tytułem tzw. zabezpieczenia i czekające na termin badania psychologicznego po cztery, pięć miesięcy – gorsze są  od tych zagranicznych? Czy sądy nie dysponują faksami i telefonami w celu informowania w takich zwykłych sprawach o zmianach terminów lub o nowym piśmie, które do sprawy wpłynęło? Czy kiedy sędzia idzie na urlop, mógłby go zastąpić w niezbędnych czynnościach kolega, czy sprawy musza być na wiele tygodni odkładane?

Mogę wyrazić nadzieję, że i zwyklejsze postępowania będą z czasem przebiegać coraz sprawniej. Kiedy sprawa trafia do sądu, a zwłaszcza rodzinna, dla stron jest to zazwyczaj jedna z istotniejszych  w ogóle spraw życiowych. Konwencja Haska i inne dotyczące jej przepisy przypominają o tym uczestnikom postępowań i nie pozwalają na opieszałość. I na tych sprawach powinniśmy się wzorować, oczekując tych samych standardów dla postepowań lokalnych. O ile byłoby łatwiej, gdyby w każdym postępowaniu, nie tylko tych wybranych, Wysoki Sąd miał w pamięci, że ludzie przed nim stojący przychodzą, oczekując sprawiedliwości, która powinna być realizowana sprawnie i bez zbędnej zwłoki – w każdym wypadku, tej większej i tej mniejszej wagi.