Czy wywieszanie plakatów antyaborcyjnych to przestępstwo?

Wyjątkowo tym razem napiszę Państwu o konkretnej sprawie, nawet więcej - o sprawie niemal osobistej, ponieważ właśnie stałam się jednym z uczestników postępowania. Mianowicie złożyłam zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa.

Otóż jestem nie tylko adwokatem "na obcasach" - a więc płci żeńskiej, ale również mamą trójki dzieci. Od kilku dni wożąc te dzieci do szkoły natykam się na takie zdjęcie (jest tak obsceniczne, że pozwoliłam sobie na użytek tego wpisu maksymalnie je zneutralizować zmianą koloru i cieniami, nie chciałabym takich zdjęć propagować na blogu w żadnej formie):
Umieszczone jest ono na ciężarówce zaparkowanej na naszej trasie, w pobliżu domu. Odwróciłam uwage dzieci kiedy przejeżdżaliśmy koło niego po raz pierwszy, a potem jadąc w następnych dniach - zmieniłam trasę. Nie muszę się pewnie zwierzać ze swoich poglądów, ale wcale nie jestem zwolenniczką liberalizacji ustawy aborcyjnej. Jednak to, na co naraża się obecnie moją rodzinę w związku z wdrażaniem ideologii tzw. antyaborcyjnej - jest karygodne. Zwłaszcza karygodne powinno być zaś przecież w oczach tych osób, które 10-tygodniowy płód uznają za człowieka. Czy zdjęcie (bardzo drastyczne zdjęcie) ludzkich szczątków - ludzkich zwłok wystawione w miejscu publicznym w celu wywołania konkretnej reakcji społecznej - nie jest wykorzystaniem ich w celu instrumentalnym? Jeśli tak, to bardzo proszę, aby właściwe organy zajęły się tą sprawą.
Nie zgadzam się na narażanie moich dzieci na takie widoki. Proszę więc prokuraturę o sprawdzenie, czy w tej sprawie nie popełniono przestępstwa. jeśli ktoś z Państwa chciałby złożyć analogiczne zawiadomienie w swoim mieście - proszę się nie krępować. Można skorzystać ze wzoru.
Zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa
Działając w imieniu własnym, niniejszym zawiadamiam o możliwości popełnienia w dniach ________________________ przy ul. ______________________________ przestępstwa usiłowania znieważenia zwłok ludzkich, tj. przestępstwa określonego w art. 262 § 1 k.k. w związku z art. 13 § 2 k.k.  
Uzasadnienie 
W dniach _________________________ przy ulicy _________________________ stał zaparkowany samochód  ciężarowy o numerach rejestracyjnych ______________________________, pokryty w całości wielkoformatowymi drastycznymi zdjęciami ludzkiego płodu poddanego aborcji z napisem „Aborcja zabija. Aborcja w 10 tygodniu życia”. Obok zdjęcia płodu znajduje się wizerunek monety. Jak wynika z odniesienia do strony internetowej umieszczonego na plakacie (stopaborcji.pl), stanowi on część kampanii Fundacji PRO - prawo do życia. 
Dowód:
Zdjęcie samochodu.   
Uprzejmie wskazuję, że wprawdzie abortowany płód nie jest zwłokami ludzkimi w rozumieniu powszechnie obowiązujących przepisów prawa,  to jednak autorzy kampanii prezentując przekonanie, że są to zwłoki człowieka, popełniają przestępstwo ich zbezczeszczenia. Na tym bowiem polega instytucja usiłowania nieudolnego, że sprawca przestępstwa działa w mylnym przekonaniu wypełniania znamion przestępstwa (przykładowo będzie odpowiadała w granicach odpowiedzialności za zabójstwo osoba, która strzela do manekina, w mylnym przekonaniu, że strzela do człowieka). Toteż eksponowanie zdjęć szczątków ludzkich w drastycznym ujęciu z przekonaniem, że są to zwłoki, z pewnością wypełnia znamiona przestępstwa z art. 262 § 1 k.k. w związku z art. 13 § 2 k.k. Nie ma chyba wątpliwości, że obklejenie samochodu zdjęciem zwłok dorosłego człowieka w drastycznym ujęciu spełniałoby znamiona przestępstwa określonego w art. art. 262 § 1 k.k. 
Zgodnie z definicją zawartą w rozporządzeniu Ministra Zdrowia z dnia 7 grudnia 2001 r. w sprawie postępowania ze zwłokami i szczątkami ludzkimi, zwłoki to ciała osób zmarłych i dzieci martwo urodzonych. Tym samym zdjęcie płodu poddanego aborcji nie podlega tej definicji. Niemniej, jak wskazano w  art. 13 § 2 k.k. usiłowanie popełnienia przestępstwa zachodzi także wtedy, gdy sprawca nie uświadamia sobie, że dokonanie jest niemożliwe ze względu na brak przedmiotu nadającego się do popełnienia na nim czynu zabronionego lub ze względu na użycie środka nie nadającego się do popełnienia czynu zabronionego. Brak w tym wypadku zwłok ludzkich, które stanowiłyby przedmiot przestępstwa nie jest przeszkodą do wystąpienia formy stadialnej czynu zabronionego, jaką jest usiłowanie. Strona podmiotowa czynu, objętego usiłowaniem nieudolnym, może charakteryzować się błędem w ocenie stanu faktycznego, nierozpoznawaniem stanu faktycznego przez sprawcę usiłowania, który jest subiektywnie przekonany, że podjęte przez niego zachowanie doprowadzi do realizacji zamierzonego czynu (Komentarz do kodeksu karnego, pod red. M. Dębskiego, wyd. 2, 2017, Legalis). Omawiany przypadek realizuje wszystkie znamiona art. 13 § 1 k.k., tj.: zamiar popełnienia czynu zabronionego, zachowanie zmierzające bezpośrednio do dokonania tego czynu oraz brak dokonania. W przypadku usiłowania nieudolnego elementem dodatkowym, charakteryzującym tę postać usiłowania, jest obiektywna niemożliwość dokonania czynu zabronionego, z której sprawca nie zdaje sobie sprawy.  
W niniejszej sprawie bez znaczenia pozostaje więc, czy organ prowadzący postępowanie uzna płód poddany aborcji za zwłoki człowieka (co może być trudne ze względu na brzmienie ustawy), ponieważ w omawianym przypadku sprawca ewidentnie jest przekonany, że umieszcza wizerunek ludzkich zwłok na widok publiczny. Użycie hasła „zabija” na plakacie, a także z treści artykułów, znajdujących się na stronie internetowej, do której odsyła plakat (stopaborcji.pl) sugeruje, że autorzy akcji i członkowie fundacji uznają dziecko poczęte nienarodzone za człowieka, a dokonujących aborcji nazywają mordercami. Nadanie takiemu płodowi cech człowieka w rozumieniu autorów kampanii oznacza, że dokonanie aborcji to zabójstwo, a skoro tak, płód poddany aborcji to zwłoki człowieka. Tym samym wypełnione są znamiona usiłowania nieudolnego, o których mowa powyżej. Plakat może nie przedstawiać zwłok ludzkich w rozumieniu prawa, ale według autorów kampanii to są właśnie zwłoki człowieka.  
Nie budzi wątpliwości, że umieszczenie na widoku publicznym drastycznych zdjęć zwłok (nawet jeśli są to zwłoki tylko w rozumieniu sprawców a nie według prawa), przy których umieszczono monetę, jest działaniem instrumentalnym, tj. w celu osiągnięcia celu znanego autorom plakatu i kampanii i powinno być uznane za zbezczeszczenie zwłok, tj. nietraktowanie ich z należnym szacunkiem.  
Na marginesie wskazuję, że trudno dać przy tym wiarę, aby celem właściciela pojazdu/autorów kampanii była ochrona życia poczętego, ponieważ kampania w takim kształcie raczej  narusza godność tego poczętego życia. W sensie zaś ogólnospołecznym, efekt takich działań długofalowo może przyczynić się do wzrostu wykonywanych aborcji, ze względu na powszechnie znane w psychologii zjawisko tzw. oswojenia przemocy („opatrzenia się” drastycznych widoków w społeczeństwie).  
Z ostrożności, w przypadku stwierdzenia braku podstaw do kwalifikacji opisanego czynu jako usiłowania znieważenia zwłok, możliwa jest kwalifikacja jako wykroczenie z art. 140 albo 141 k.w., tj. nieobyczajnego wybryku lub umieszczenia nieobyczajnego rysunku w miejscu publicznym. Uprzejmie wskazuję, że przedstawiony samochód znajduje się na trasie, którą wiozę moje dzieci (13 i 8 lat) do szkoły i obecnie (od kiedy samochód jest zaparkowany w miejscu publicznym na drodze) staram się jechać inną trasą, aby nie narażać małoletnich na zgorszenie. 
Uprzejmie proszę o podjęcie czynności zmierzających do ustalenia sprawców przestępstwa i następnie ich ukarania.

Sądownictwo dyscyplinarne - upadek idei.

Są takie zawody, które ze względu na swoją specyfikę wymagają od ich przedstawicieli wyjątkowej samokontroli. Należą do nich zarówno zawód adwokata, jak i lekarza. Chcę dziś o tej samokontroli właśnie napisać, w kontekście bardzo praktycznym i nieco zasmucającym. Wbrew temu, co się może wydawać, w większości wypadków – poza już zupełnie oczywistymi, „bijącymi po oczach” zaniedbaniami – niedociągnięcia nie do końca rzetelnego (uczciwego zawodowo) adwokata czy lekarza  - może skutecznie zweryfikować jedynie jego kolega po fachu. Dodatkowo, zarówno adwokat, jak i lekarz, może mieć wiele pokus, aby w swoich działaniach, podejmowanych decyzjach – iść na tzw. skróty. Czasem łatwiej podejmować decyzje bezpieczne niż skuteczne. Czasem bez naruszania przepisów prawa da się zasugerować klientowi czy pacjentowi drogę, na której się więcej zarobi, a klient/pacjent nawet nie spostrzeże się, że było jakieś inne wyjście - prostsze i tańsze. Z punktu widzenia zasad etyki takie zachowanie jest skandaliczne, jednak nasuwa się odwieczne pytanie  – jak takie patologie skutecznie eliminować?

Jeśli chodzi o błędy i nieetyczne zachowania prawników (zarówno adwokatów, jak i radców prawnych) to, moim zdaniem, jednym z coraz bardziej powszechnych i bardzo z mojej perspektywy oburzających zjawisk jest np. inicjowanie niepotrzebnych postępowań sądowych i „brnięcie” w te postępowania, pomimo, że przy odrobinie wysiłku pełnomocnika istniałaby możliwość rozwiązania problemu bez sądu; lub co najmniej możliwość, przy przewidywanym negatywnym wyniku postępowania „odradzenia” sporu klientowi. Niektórzy zaś rozpoczynają przegrany spór, by na końcu w mniej lub bardziej zawoalowany sugerować, że przegrana jest wyłączną winą sądu, który nie pojął mądrości wywodów strony. I nikt takiemu prawnikowi nie dowiedzie, że mógł postąpić inaczej, że złamał jakiś przepis prawa.

Napisałam, że pokusy są stare jak świat.  Aby im zapobiec, zarówno adwokaci, jak i lekarze (a także inne zawody, o których tu nie wspominam, ale które rządzą się analogicznymi zasadami) stworzyli wewnętrzne reguły postępowania – zasady etyki zawodowej – które w surowy sposób (z założenia o wiele bardziej surowy i wymagający niż obowiązujące przepisy) określają zasady postępowania. Przez fakt, że ktoś korzysta z usługi profesjonalisty – klient ma podlegać ochronie dodatkowej, pewnej gwarancji wynikającej z zaufania do zawodu. Podkreślam, że zasady etyki zawodowej stworzyliśmy sobie sami, aby sobie wzajemnie i klientom gwarantować, że jeśli ktoś podpisuje się tytułem ADWOKAT (czy lekarz) – to coś za tym stoi. Więcej, niż tylko ten jeden człowiek. Stoi za nim historia jego zawodu, wypracowane zasady, których przestrzegania mamy również wzajemnie pilnować.  

Wobec przyjęcia  zasad etyki (o wiele bardziej rygorystycznych niż bieżące przepisy prawa) każdy członek korporacji ma prawo „wytknąć” koledze nieetyczne zachowanie. Ba, w niektórych wypadkach ma nawet taki obowiązek. Występują też rozliczne kary dyscyplinarne, jeśli wobec danej osoby jest prowadzone postępowanie: upomnienie, nagana, zawieszenie w czynnościach zawodowych czy nawet zakaz prowadzenia działalności. Czasem jest tak, że nie jesteśmy pewni, czy relacja z klientem/pacjentem pozwalała koledze na pełen ogląd sytuacji i podjęcie właściwych decyzji; sprawy są tak delikatne, że nie zawsze sposób jest wydać jednoznaczny „wyrok”. Może się wówczas zakończyć upomnieniem i temat zostaje zamknięty. Mogę sobie wyobrazić, że ma to miejsce np. w sytuacjach, kiedy nie złamano żadnego przepisu, a jednak środowisko koleżeńskie ocenia, że coś nie było do końca w porządku, czego ostatecznie nie da się stwierdzić z całkowitą pewnością.
Thomas Rowlandson and Augustus Pugin, Old Bailey źródło:
https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Old_Bailey_Microcosm_edited.jpg
 

Tam zaś, gdzie naruszenie zasad jest jednoznaczne, gdzie naruszono przepisy obowiązującego prawa, klient lub pacjent ma zawsze prawo domagania się naprawienia wyrządzonej szkody – na drodze sądowej, przy czym zarówno adwokaci jak i lekarze są ubezpieczeni obowiązkowo. System autokontroli własnego środowiska ma z założenia na celu podwyższenie standardów, jakie powinien spełniać członek korporacji. Mam świadomość, że nie zawsze i nie wszędzie w praktyce działało to idealnie, jednak założenia były czytelne i rozsądne. Zachowanie tajemnicy postepowania dyscyplinarnego dawało zaś środowisku zawodowemu gwarancję, że może swobodnie podwyższać założone standardy nie będąc niesprawiedliwym i nie krzywdząc kolegi w przypadku zbyt nawet krytycznej oceny.

Już od wielu lat, w imię niepojętej dla mnie w tym wypadku zasady transparentności, postanowiono jednak „otworzyć” postępowania dyscyplinarne; pokrzywdzony staje się ich stroną i ma dostęp do wszystkich akt postepowania i opinii wydawanych w sprawie. W tym momencie – moim zdaniem – sądownictwo dyscyplinarne straciło ten dodatkowy efekt poprawiania niedoskonałości, a właściwie powoli w ogóle może utracić rację bytu. Widzę to na podstawie opinii, jakie trafiają do mojej kancelarii z postępowań przeciwko lekarzom. Uważny czytelnik z pewnością spostrzeże, że znaczna część tych opinii sporządzana jest z przewodnią myślą: jak to napisać, żeby tego nie napisać. I wcale się nie dziwię. Jeśli lekarz oceniając kolegę ma świadomość, że każde negatywne sformułowanie to „wyrok” w postępowaniu cywilnym (lub nawet karnym), to dziesięć razy się zastanowi zanim cokolwiek stwierdzi, nawet w trybie przypuszczającym. Ten sam lekarz mógłby być o wiele surowszy, gdyby pozostawał w pewności, że jego ocena jest jedynie jedną z wielu, jest wypowiedzią, która może być różnie interpretowana, że czytający ma świadomość miliona zależności, jakie mogą dotyczyć sprawy – oraz celu postepowania, tj. POPRAWY pracy i poziomu środowiska, nie zaś WYGRANIA sporu czy zniszczenia konkretnego przeciwnika procesowego.

Aby realizować ten cel, jaki przyświecał postępowaniu dyscyplinarnemu na początku jego tworzenia, kluczowe jest zachowanie poufności, tajemnicy postępowania. Opinie jawne stają się w znacznej części obecnie zupełnie bezużyteczne, niczego nie wnoszą ani dla lekarza, ani dla pacjenta, ani dla całego środowiska. W efekcie „otwarcia” postępowań dyscyplinarnych, stały się one bardziej przedsądem cywilnym (i karnym) – dotyczy to zwłaszcza spraw medycznych, kiedy pacjenta nie stać na sporządzenie prywatnej opinii w sprawie, zakłada więc sprawę dyscyplinarną, „bo może się uda”. I oczywiście, że czasem jest to narzędzie skuteczne, ponieważ w niektórych wypadkach – zapewne gdy dochodzi do naruszenia prawa przez lekarza – znajdzie to odzwierciedlenie również  w opinii w sprawie dyscyplinarnej. Jednak – podkreślam – sądownictwo dyscyplinarne „za zamkniętymi drzwiami”, nie miało  zadania zajmowania się wyłącznie sprawami oczywistymi, gdzie doszło do złamania prawa. Sąd koleżeński miał orzekać w sprawach bardzo  trudnych, tam, gdzie jest pole do dyskusji, czasem sam fakt przeprowadzenia postępowania (bez sankcji) mógł być nauką lub rodzajem kary.

Opisane cele i założenia wypaczają całkowicie sens dyscyplinarnego w dawnym rozumieniu. Równie dobrze można je zlikwidować lub przenieść na poziom postępowania karnego czy cywilnego przed sądami (co poniekąd wydaje się być dalszą perspektywą zmian obecnie rządzących, sądownictwo dyscyplinarne adwokatów poza środowiskiem adwokackim) – wszystkich i wszystko traktować „od linijki”, wedle tej samej miary. Taka zmiana formalnie może się wydawać kusząca, mamy przecież transparentność i jawność. Na dłuższą metę jednak, jestem o tym głęboko przekonana, stanowi to jedynie likwidację zupełnie dodatkowej drogi samodoskonalenia zawodowego, równanie w dół, obniżanie standardów, w efekcie z oczywistą szkodą dla naszych klientów oraz dla pacjentów.

Biegli sądowi - słaby punkt w wymiarze sprawiedliwości.


Temat funkcjonowania sądownictwa stał się w ostatnim czasie bardzo modny, a to ze względu na projektowane i wprowadzane reformy wymiaru sprawiedliwości. Ubolewam, jak zapewne każdy, kto miał jakąkolwiek styczność z sądem w Polsce, że nie wygląda obecnie niestety na to, aby którykolwiek z pomysłów polityków oferował społeczeństwu konkretne rozwiązania, które przybliżyłyby nas choć odrobinę do usprawnienia systemu i poprawy jego wydolności. No może za wyjątkiem jednego – który (wbrew pozorom) może nastrajać pozytywnie.

Jest sporo zagadnień, jakimi powinien zająć się ustawodawca w odniesieniu do wymiaru sprawiedliwości. Moim zdaniem jedną z bardziej palących kwestii jest sprawa biegłych i postępowania dowodowego. I nie ustaję w nadziei, że kwestie te zostaną w końcu poddane próbie naprawy. Uważam jednak, że nawet zanim dojdzie do zmian, sędziowie mają możliwość samodzielnego usprawnienia niektórych postępowań, z czego jednak niestety rzadko korzystają.

Biegli, czyli osoby, które posiadają tzw. wiadomości specjalne, powinni być powoływani do wydania opinii w sprawie, gdy sędzia zdecydowanie nie może sobie samodzielnie poradzić, ponieważ nie posiada odpowiedniej specjalistycznej wiedzy. Krótko mówiąc, zadaniem biegłego jest „przetłumaczenie” sytuacji, którą ma za zadanie opiniować, z niezrozumiałej – na wytłumaczalną. Jeśli biegły prawidłowo wykonuje swoją pracę, to w zrozumiały i przystępny sposób – nie hermetycznym językiem – opisze procesy, o które jest pytany, tak, aby sąd mógł ocenić obiektywnie sprawę i wydać sprawiedliwy wyrok.

Muszę stwierdzić, że moim zdaniem w znaczącej części przypadków przedłużające się spory sądowe są wynikiem tego, że sądy zdecydowanie zbyt często posiłkują się opiniami biegłych. Jest mnóstwo rodzajów spraw, w których sąd musi skorzystać z wiedzy specjalistów. Jednak mogę odnieść wrażenie, że obecnie biegłych powołuje się do niemal każdej sytuacji, podczas gdy większość z nich (zwłaszcza drobnych) powinna być rozstrzygana na podstawie zdrowego rozsądku, wiedzy ogólnożyciowej. Mogę podać przykład sprawy już dawno w mojej kancelarii zakończonej, kiedy – pomimo, że wcale nie złożyliśmy takiego wniosku – sąd powołał z urzędu (czyli samodzielnie) biegłego, który na podstawie książki rachunkowej miał za zadanie policzyć straty zakładu fryzjerskiego. Było to tak proste, jak dwa dodać do dwóch – i nawet dość zabawnie w tej sprawie okazało się, że biegły się kompletnie pomylił w swojej opinii, a był to starszy pan, który następnie przyszedł na rozprawę i nic nie pamiętał z tego, co napisał. Drugiej strony nie było na rozprawie – i wspólnie z sędzią próbowaliśmy od biegłego uzyskać prawidłową odpowiedź, którą znał sędzia i znałam ja – ale ewidentnie nie biegły. Spokojnie mogliśmy się więc bez biegłego obejść.

W tym miejscu płynnie mogę przejść do innego spostrzeżenia. Otóż bywa niejednokrotnie, że biegłym – wbrew nazwie tej funkcji – brak kompetencji. Przykro to pisać, ale ponad dekada moich doświadczeń  z sal sądowych nie pozostawia złudzeń: mamy wśród osób biegłych sądowych wybitnych specjalistów, ale mamy też osoby, które nie powinny się na liście biegłych nigdy znaleźć. Nie chciałabym tego wątku zbytnio przeciągać, trochę dla zilustrowania pewnego problemu zrozumiałości tego, co może napisać specjalista, wklejam poniżej fragment opinii w sprawie, która jeszcze jest w toku, od kilku już lat nadal w pierwszej instancji przed Sądem Okręgowym w Gdańsku. Zaskarżenie kosztów tej opinii, choć skuteczne, to spowodowało kilkumiesięczną przerwę w postepowaniu.
Jest to fragment autentycznej opinii sądowej
 

Kłopot z kompetencjami łączy się z poniekąd z problemem z dostępnością biegłych – a co za tym idzie, z czasem oczekiwania na opinię. Skoro sędziowie mają świadomość, że nie każdy biegły z listy będzie dawał rękojmię rzetelnej opinii, większość ma „swoje” typy co do osób, które powołuje do „swoich” spraw, nie chcąc narażać się na konieczność powtarzania czynności przy udziale innego biegłego. To powoduje zatory – czas oczekiwania na niektóre specjalistyczne opinie to nawet ponad 3 lata.

Podstawowym sposobem na rozwiązanie tych problemów jest nadanie wprost waloru dowodu z opinii – opiniom prywatnym stron. Nigdy nie było dla mnie zbyt zrozumiałe, na jakiej podstawie opinia pana magistra z listy sądowej ma być ważniejsza od opinii pana profesora, tylko dlatego, że pan profesor uzyskał wynagrodzenie bezpośrednio od klienta, nie zaś za pośrednictwem sądu. Systemowo takie rozwiązanie potrzebowałoby zapewne wsparcia legislacyjnego – postawienia kropki nad „i” i zapisania – że zarówno dla potrzeb postepowania cywilnego, jak i karnego – dowodem w sprawie może być opinia prywatna, wykonana przez specjalistę na zlecenie strony; należałoby jedynie mieć pewność, że sporządzający opinię jest świadomy odpowiedzialności karnej w przypadku sporządzenia opinii nieprawdziwej (fałszywej). Można sobie tylko radośnie wyobrazić, jak wiele spraw kończyłoby się szybkimi ugodami, gdyby przeciwnicy procesowi mieli świadomość, że prywatne opinie mogą stać się znaczące procesowo!

Pewnym sposobem, choć zbyt rzadko stosowanym, jest powołanie jako biegłego osoby, która daje rękojmię posiadania wiadomości specjalnych i już wykonała – choć częściowo – opinię prywatną w sprawie; formalnie nie ma przeszkód, aby taką osobę (o ile nie jest w sprawie świadkiem) powołać jako biegłego, jednak sądy nie zawsze przyjmują to rozwiązanie; zapewne z tyłu głowy sędziego pobrzmiewa przepis wykluczający jako biegłego osobę, co do której pojawiają się „powody osłabiające zaufanie do bezstronności”– jednak przecież takim powodem nie powinna być sama okoliczność, że zamawiający opinię (strona)  za nią płaci! Takie rozumowanie byłoby zupełnie absurdalne, bowiem punktem wyjścia dla niego musiałoby być założenia, że „każdy za pieniądze wszystko napisze”. Nawet jeśli przecież są tacy, którzy w zamian za korzyści podpiszą się pod każdą, nawet fałszywą opinią, to należy raczej takie osoby eliminować poprzez ich wykluczenie z życia zawodowego wyrokiem karnym, niż eliminować w ogóle możliwość powoływania się na opinie wykonane na zlecenie strony w sprawach sądowych. Dziecka razem z kąpielą nie trzeba wylewać, wystarczy znaleźć na nie sposób.

Z tego powodu podzielam w pełni idee, jakie przyświecały ustawodawcy, który niedawno w kodeksie karnym zaostrzył rygory (odpowiedzialność karną) za złożenie do sądu fałszywej opinii. Uważam, że wprowadzanie w błąd organów sprawiedliwości powinno być uznawane za przestępstwo zagrożone szczególnie wysoką sankcją. Moim zdaniem polski wymiar sprawiedliwości niestety zdecydowanie zbyt często przyzwala (również poprzez brak sankcji) na niepodawanie prawdy przed sądem i organami państwowymi – dotyczy to zarówno świadków, jak i stron oraz biegłych. W tym zakresie zmiany, mające na celu również uświadomienie stopnia odpowiedzialności za słowo, należy ocenić bardzo pozytywnie. Mam też nadzieję, że te zmiany stanowić mogą  dobry wstęp do przyjęcia prywatnych opinii jako równoprawnych dowodów w postępowaniu sądowym. Złożenie opinii fałszywej ma być przecież dostatecznie surowo karane, jak w każdym cywilizowanym społeczeństwie.

 

Antyszczepionkowcy mogą otwierać szampana.


Od kilkunastu dni śledzimy w mediach losy małżeństwa, które uciekło wraz z nowonarodzonym dzieckiem ze szpitala w Białogardzie. Początkowo dowiedzieliśmy się, że para zniknęła wraz z dzieckiem ze szpitala po tym, jak sąd – dzień po narodzinach dziecka – ograniczył rodzicom władzę rodzicielską w sprawach związanych z decydowaniem o leczeniu małoletniego. Następnie rodziny poszukiwała policja,  ojciec dziecka z ukrycia nagrał oraz wypuścił do Internetu coś w rodzaju apelu tłumaczącego postępowanie rodziców (tutaj). W tzw. międzyczasie przedstawiciele szpitala składali również oświadczenia do mediów, mające na celu przedstawienie punktu widzenia lekarzy. Po kilku dniach można było zebrać już cały pakiet różnych głosów i komentarzy, w tym wybijające się komentarze środowiska medycznego na temat tego, że matka dziecka skorzystała z wszelkich dobrodziejstw medycyny, w tym ze środków przeciwbólowych, zaś swojemu dziecku odmówiła podstawowej opieki po urodzeniu, narażając je na utratę zdrowia i życia.

screen z youtube
 
 
 

Sprawa ta – z elementem „suspensu”  (medialne poszukiwania rodziny) – przykuła uwagę całej Polski i mnie również poruszyła. Akurat wyjątkowa tu mieszanka, że prawo wkracza zarówno w sferę ochrony małoletniego (prawo rodzinne), jak i prawa medycznego. Obie te gałęzie są powszednim chlebem w mojej codziennej pracy zawodowej. Takiego zaś steku bzdur, nieporozumień i fałszu, jakie przy okazji tej sprawy przeczytałam czy usłyszałam, dawno nie słyszałam. A wszystko ze szkodą dla dziecka. W sensie społecznym winę za całą tę historię (niezależnie od tego, kto „miał bardziej rację” na początku sporu) ponosi moim zdaniem szpital. Oburza mnie poparcie środowiska medycznego dla postawy personelu szpitala, które paradoksalnie odbija się wprost proporcjonalnie poparciem społecznym dla rodziny, którą upatruje się jako ofiarę systemu .

Emocjonalne wypowiedzi przedstawicieli szpitala, że matka dziecka skorzystała z dobrodziejstw nowoczesności przyjmując środki przeciwbólowe w kontekście niepoddania dziecka badaniom jest skrajnie nieprofesjonalne. Mam poważną obawę, że w związku z takimi wypowiedziami naruszono tajemnicę lekarską. Dlaczego cała Polska ma wiedzieć, z jakich świadczeń korzystała matka? Trudno uwierzyć, aby to od niej przeniknęła do mediów informacja o przyjmowaniu środków przeciwbólowych.

Zupełnie niedopuszczalne jest również twierdzenie, że jak ktoś chce naturalnie - to niech do szpitala nie idzie, bo tam MUSI poddać się wszystkim oferowanym propozycjom świadczeń. Otóż nie musi. Jeśli sobie pacjent jakiegokolwiek świadczenia nie życzy, należy to odnotować w dokumentacji - i taki pacjent bierze wówczas na siebie ryzyko niepowodzenia leczenia. Tezy stawiane w mediach, że mianowicie pacjent trafiający do szpitala ma obowiązek poddania się w całości leczeniu zgodnie z przyjętymi w tym szpitalu założeniami - są nieprawdziwe. To polityka szpitala, podejście do pacjenta, to, co w innych instytucjach nazywamy "obsługą klienta",  najbardziej tu szwankuje. Owszem, pacjent ma prawo do wyrażenia braku zgody na każde świadczenie – i choćby była to najbardziej nieracjonalna decyzja, personel medyczny ma obwiązek ją uszanować. Odmienne twierdzenia, takie na przykład, że „jak chciała naturalnie, to trzeba było rodzić w domu” są skandaliczne w świetle zasad cywilizowanego kraju.

 W tej sytuacji (Białogard) sprawa miała się o tyle tylko inaczej, że rodzice chcieli zadecydować za małoletnie dziecko - i (jedynie być może) mogli narazić tą decyzją dziecko na utratę zdrowia czy nawet życia. Tym własne zajmował się sąd, który został zaalarmowany przez pracowników szpitala. I w tym miejscu przechodzimy do sprawy ochrony małoletniego. Rodzice mają co do zasady prawo podejmowania decyzji co do sposobu funkcjonowania ich dziecka – jego wyznania, kierunku nauki, również opieki medycznej. Jeśli jednak nadużywają władzy rodzicielskiej, tym samym działając na szkodę dziecka – wkraczają instytucje państwowe, których obowiązkiem jest podjęcie takich działań, które mają na celu ochronę dzieci.

Zakładam, że skoro miała miejsce sytuacja, że w trybie pilnym zwoływano posiedzenie sądu, to sąd miał do czynienia ze stanem zagrażającym życiu dziecka. W takich okolicznościach sądy działają na szczęście zazwyczaj bardzo sprawnie. Z pewnością, skoro lekarze wzywali sąd, to sąd nie miał wyjścia – opierał się przecież na opiniach wydawanych przez tych lekarzy. W takich wypadkach nie ma zazwyczaj czasu na konsultacje zewnętrzne – racjonalnie zakłada się, że zespół medyków mówiący jednym głosem, ma po prostu rację: wie lepiej od rodziców, że dziecko jest zagrożone. Sąd wysłuchuje stron, ale decyzję podejmuje mając na względzie przede wszystkim ochronę dziecka. I wygląda na to, że w tym wypadku, zapewne przekonany przez lekarzy, wydał decyzję ograniczającą władzę rodzicielską w zakresie leczenia na czas pobytu w szpitalu.

Nawiasem mówiąc, zastanawiałam się nad tym – i sądzę, że z chwilą podjęcia tej decyzji, szpital powinien był niezwłocznie wdrożyć procedury właściwej opieki medycznej i powinien był „pilnować” małoletniego. Jeśli sytuacja zagrażała jego życiu, to według mnie należy rozważać również odpowiedzialność szpitala za dopuszczenie do uprowadzenia dziecka, które było pod szpitalną opieką.

Dramatem jest to, że rodzice świadomie uciekli ze szpitala po wydaniu przez sąd postanowienia. Jeszcze jednak większym dramatem jest to, że część społeczeństwa popiera takie działania rodziców. Rozpoczęto podobno społeczną zbiórkę „na adwokata” dla rodziny i zebrano kwotę kilkukrotnie przewyższającą założony budżet. Emocjonalna retoryka przedstawicieli szpitala na temat "złej "matki na środkach przeciwbólowych jest nieprofesjonalna i (moim zdaniem) niezgodna z etyką lekarską. Społeczeństwo to czuje. Rodzice dziecka twierdzą, że czuli się zaszczuci, są to zapewne młode osoby, być może podejmowali decyzje pod wpływem jakiejś organizacji czy po prostu wiedzy z google, nikt nie wierzy chyba, aby chcieli zaszkodzić swojemu dziecku; szkoda, że szpital nie zapewnił np. rozmowy z psychologiem, próby zrozumienia intencji rodziców.

Powstaje też zasadnicze pytanie, czy była to faktycznie sprawa zagrażająca życiu dziecka, czy też „próba sił”: mądry lekarz versus niedouczony pacjent, któremu należy się nauczka. Jeśli bowiem z powodu tylko braku podania witaminy K czy braku szczepienia sąd miałby zwoływać rozprawę w szpitalu i ograniczać władzę rodzicom, to świat stanąłby na głowie. Naprawdę sądy mają dość pracy. Sędziowie rodzinni prowadzą nieraz po kilkaset spraw w jednym czasie! Kwestie dotyczące szczepień powinny być przez instytucje państwowe stanowczo rozwiązywane, jednak raczej na drodze administracyjnej. Nawet jeśli jednak ta sprawa dotyczyła bezpośrednio ratowania życia (czego nie wykluczam), to i tak nie trzeba było lekceważyć czy poniżać rodziców, traktując ich skrajnie przedmiotowo. Zachowanie przedstawicieli środowisk medycznych, które nazwałabym aroganckim, paradoksalnie przyczyniło się do wzrostu popularności ruchów antyszczepionkowych oraz środowisk im sprzyjających. Myślę też o tej młodej mamie w połogu, że jej czas, który powinien być w całości poświęcony więzi z maleństwem, przeżywała w strachu i upokorzeniu. Jako adwokat mam poważne wątpliwości, czy procedury medyczne, choćby dotyczące zachowania poufności czy prawa do informacji, nie wspominając o prawie do godności czy intymności, poszanowania życia prywatnego i rodzinnego, zostały w tym szpitalu zachowane. Mleko więc już się rozlało. Czas wyciągnąć nauczkę na przyszłość. Ruch antyszczepionkowy nie powinien zyskiwać zwolenników za sprawą niewłaściwej polityki szpitala.

 

 

 

 

Upadek niezależności sądów?


Zmiany, które zostają właśnie wprowadzane do funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości w Rzeczypospolitej Polskiej powodują, że jako czynny adwokat czuję się w obowiązku napisać dla Państwa kilka słów, aby wyjaśnić, co obecnie się dzieje i jakie może to przynieść skutki.

Po pierwsze,  trzeba wskazać, że obowiązująca w naszym kraju Konstytucja celowo rozłożyła układ sił w taki sposób, aby żaden polityk (Prezydent czy tym bardziej Minister Sprawiedliwości) nie decydował o tym, kto miałby być sędzią, ponieważ sędzia powinien zawsze być wolny od nacisków.

W tym celu organem, który decyduje o nominacjach i awansach sędziowskich jest Krajowa Rada Sądownictwa (dalej również: KRS). Suweren (naród) uchwalając Konstytucję dopuścił wpływ przedstawicieli władzy na nominacje i awanse sędziowskie, skład KRS ustalając w proporcjach 17 sędziów do 8 przedstawicieli władzy. Sposób wyboru członków – jak wskazuje Konstytucja – ma określać ustawa.

Dotychczas sędziowie do Krajowej Rady Sądownictwa wybierani byli przez sędziów, co wydawało się oczywiste jako wynikające  z  zasady odrębności sądownictwa od innych władz. Przypuszczam, że autorom Konstytucji nie śniło się nawet, że ktoś wpadnie na pomysł, by skład KRS wybierany był... przez Sejm. A więc że obecnie politycy będą wpływać na to, kto z sędziów zasiądzie w składzie organu wybierającego nowych i awansującego dotychczasowych sędziów.

Dodatkowo ustawodawcy planują wymienić dotychczasowych prezesów i wiceprezesów sadów oraz „wygasić” (co to w ogóle znaczy?) dotychczasowe kadencje członków KRS, co oznacza, że lada chwila Krajowa Rada Sądownictwa uzyska nowy, zgodny z życzeniem nowej władzy, skład. Wszyscy obecni sędziowie Sądu Najwyższego mają przejść w stan spoczynku z dniem następującym po dniu wejścia w życie nowej ustawy o Sądzie Najwyższym. Do dnia osiągnięcia wieku emerytalnego mają otrzymywać uposażenie w wysokości 100% wynagrodzenia sędziego SN. Do tego jeszcze kwestia wieku emerytalnego: sędzia Sądu Najwyższego ma przejść w stan spoczynku z dniem ukończenia 60 roku życia (kobiety) lub 65 roku życia (mężczyźni), chyba że Minister Sprawiedliwości (w wersji, którą ja czytam, chociaż z doniesień medialnych wynika, że może zgodnie z nową poprawką będzie to KRS) wyrazi zgodę na kontynuowanie pracy przez sędziego. Dotychczas w stan spoczynku miał przejść sędzia Sądu Najwyższego, który osiągnął wiek lat 70 – i to tylko, jeśli nie wyraził odmiennej woli. Powyższa zmiana ma oczywiście na celu usunięcie sędziów, którzy z jakichś względów nie odpowiadają obecnej władzy, bo chyba nikt nie wierzy w to, że 60 czy 65-letni prawnik z powodów starczych jest niezdolny do wykonywania zawodu.  Jest to potworne marnotrawienie zasobów – najlepsi według mnie orzekający sędziowie to osoby 60+. W imię politycznego zwycięstwa partyjnego zdecydowano, że nie będą oni orzekać, ale będą pobierać uposażenie, bo może część sędziów ostatecznie dojdzie do przekonania, że i tak nie dadzą rady z tym systemem zwyciężyć, a skoro otrzymają pieniądze za nicnierobienie takie same, jak mieliby otrzymać za ciężką pracę, to może nawet nie warto się sprzeciwiać?
Dzięki obecnym zawirowaniom wróciłam do tej wspaniałej lektury - myślę, że obowiązkowej dla każdej osoby zajmującej się prawem w teorii lub w praktyce
 
 

A teraz najważniejsze: dlaczego zależności powyższe mają wpływ na życie każdego obywatela?

Muszą Państwo wiedzieć, że prawnicy mają okazję obserwować, jak wygląda funkcjonowanie systemu, w którym polityka ma wpływ na podejmowane decyzje. Tak niestety dzieje się już – od dawna, choć obecnie w bardziej zauważalnym stopniu – w prokuraturze. I jest to niezwykle przygnębiające, ale doskonale wiemy, że prokuratorzy mają często związane ręce, zdarza się, że podejmują decyzje – też decyzje procesowe – niemal na zamówienie. Każdy czynny adwokat, jak sądzę, mógłby dać osobisty przykład sprawy, w której decyzje podjęte przez prokuraturę nie miały nic wspólnego z zasadą praworządności, za to były zgodne z jakąś pożądaną przez kogoś (władzę) linią działania.

Jest naprawdę dużo narzędzi, które można zastosować, aby ludzie zaczęli stosować choćby zwykłą autocenzurę. W przypadku organów ścigania - na przykład nie kwalifikowali sprawy czyjejś śmierci jako zabójstwa (bo trzeba szukać sprawcy, należy go znaleźć i oskarżyć) tylko wpisali w statystykę jako zwykłe zaginięcie. Nie wszczynali w takiej sprawie śledztwa w ogóle. Dopiero jakby zabójca się znalazł, to wszczynają i od razu mogą iść w proces – no i mamy wykrywalność zabójstw chyba najwyższą w Europie w taki sposób, a i mniej roboty. Wydaje się, że drobiazg, bo nawet nikomu wprost nieszkodzący (tylko zabójca chodzi na wolności i nikt go nie szuka).

Trzeba dodać, że często jest to o wiele subtelniejsze, niż mogłoby się zdawać. Nie sądzę, aby ktoś do kogoś dzwonił i „zamawiał”. Wystarczy, że nadgorliwi prokuratorzy, którym zasada praworządności czy sprawiedliwości jest bliższa niż choćby nieubłagana zasada uczynienia zadość statystyce, otrzymują od przełożonych dwa razy więcej pracy. Albo dwa razy gorsze sprawy. Albo zawsze dyżury tylko w najgorszych datach, kiedy inni odpoczywają. Albo nie otrzymują awansu, po prostu. Znam wspaniałych prokuratorów, którzy wciąż robią swoją robotę naprawdę dobrze, pomimo wszystko. Byłabym skłonna powiedzieć, że jest ich wielu – i ogromnie podziwiam determinację tych osób. Ale znam też takich, którzy – gołym okiem widać – czują swoją niemal nieograniczoną władzę w postępowaniu przygotowawczym i w sposób zasadniczy szkodzą zarówno postępowaniu, wymiarowi sprawiedliwości, zasadzie praworządności – jak i zwykłym ludziom, którzy są „klientami” prokuratury.

Na szczęście (do tej pory) zawsze mieliśmy ostatecznie niezawisły sąd, który ratował sytuację. W swoim doświadczeniu zawodowym jeden raz spotkałam się z sytuacją, która wywołała pewne moje wątpliwości co do bezstronności sądu, jednak być może i co do tego wypadku moje odczucie było mylne. Prowadziłam sprawy przeciw instytucjom państwowym, Skarbowi Państwa, podmiotom publicznym. Nigdy nie miałam cienia wątpliwości, że sąd rozstrzyga bezstronnie. Po wygranej sprawie Skarb Państwa musiał wypłacać zasądzone kwoty. Nie chcę nawet myśleć, co miałabym doradzić klientowi mojej kancelarii, gdybym miała przekonanie, że sprawa jest „do wygrania”, jednak w sprawie tej orzekać będzie sąd, który tyle będzie miał wspólnego z niezależnością i niezawisłością, co obecnie prokuratura. Na przykład w sprawie, w której drugą stroną będzie już nawet nie Skarb Państwa, ale polityk rządzącej partii lub jego rodzina.

W żadnym stopniu nie znajduję usprawiedliwienia dla projektów i planów, które lada chwila będą obowiązującym prawem, skoro pomysłodawcy mają większość w Sejmie i Senacie, a Prezydent zdaje się pełnić rolę fasadową i podpisuje wszystko. Skrót myślowy podawany przez media – że koniec w trójpodziałem władzy  – niesie niestety prawdziwy przekaz.

I jeszcze jedno: od ponad dziesięciu lat obserwuję działalność sądów z punktu widzenia pełnomocnika. Wcześniej „załapałam” się jeszcze na takie prawdziwe praktyki na aplikacji, spędzając – jeśli dobrze pamiętam – 6 miesięcy, po jednym miesiącu w konkretnych wydziałach sądu oraz prokuraturze. Byłam gorliwym obserwatorem, ze świadomością, że przeżywam jedyny czas, kiedy mogę przyjrzeć się mechanizmom funkcjonowania tych instytucji, przy których za chwilę będę działać od zewnątrz. Napatrzyłam się na wiele nieprawidłowości  - zarówno obserwując system „od środka” – jak i od zewnątrz, z punktu widzenia adwokata. Uważam, że reformy są niezbędne. Reformy, nie zaś zadeptanie naczelnej zasady Konstytucji odnoszącej się do Sądów i Trybunałów, że są one władzą odrębną i niezależną od innych władz (art. 173 Konstytucji).

 

 

 

 

Potencjał przyszłych pokoleń


Zbliżający się koniec roku to jak zwykle czas małych i wielkich podsumowań oraz wyciągania wniosków na przyszłość. Analizując miniony rok, chciałabym się z Państwem podzielić optymistycznymi  wnioskami z minionego roku oraz zaprosić do odrobiny rozrywki intelektualnej.
W ostatnim czasie uczestniczyłam w programie szkoleń pod hasłem „Adwokat przydaje się w życiu” w ramach programu organizowanego przez samorząd adwokacki. Miałam okazję prowadzić szkolenia dla seniorów, a także – i o tym chciałam napisać przede wszystkim – spotkałam się młodzieżą szkolną, licealną. 
Szczerze mówiąc, idąc na pierwsze spotkanie, do jednego z sopockich liceów, miałam prawdziwą tremę. Przede wszystkim, szłam z obawą, że nie trafię do słuchaczy, że ta dzisiejsza młodzież faktycznie ma wszystko w nosie oprócz fejsa i snapa, i czego tam jeszcze. Że nikt mnie nie będzie słuchał, a jak będzie, to co najwyżej z pobłażliwej uprzejmości. Z tyłu głowy miałam tylko odrobinę nadziei, że jednak całość akcji ma sens.

fot. Katarzyna Antończyk
 
Tymczasem rzeczywistość przebiła najśmielsze moje wyobrażenia. Spędziliśmy dwie godziny lekcyjne, w których udało nam się pomieścić całą niemal teorię prawa cywilnego (pierwsza lekcja) i karnego (lekcja druga). Prawo cywilne wyjaśnialiśmy sobie za pomocą sporządzania umowy, która była naszym „planem działania” (pisałam kiedyś o tym tu). Jednak absolutnym hitem było prawo karne! Poczucie sprawiedliwości, finezja komentarzy, dociekliwość, rzetelność, zaangażowanie, a także przenikliwość i wyczucie prawne (tak, prawne!) u tych młodych ludzi przekroczyło wszelkie moje założenia. Szczerze mówiąc, odnoszę wrażenie, że skorzystałam z tej lekcji świeżego, bezpośredniego i bezpretensjonalnego podejścia do świata co najmniej w równym stopniu, co ci młodzi ludzie z nauki o prawie. Za to im dziękuję.

Dzięki spotkaniom z młodzieżą, mam nie tylko nadzieję, ale głębokie przekonanie, że poczucie sprawiedliwości ma się doskonale w młodych ludziach, że jednocześnie mają oni silnie wpojone zasady praworządności. Wszelkie więc perturbacje, jakie możemy obecnie obserwować w naszym państwie uważam za przejściowe, ponieważ ci młodzi, mądrzy ludzie, z którymi było dane mi się spotkać, dojdą do głosu prędzej, niż mogłoby się zdawać.

A teraz zapraszam Państwa do trochę tylko rozrywkowego ćwiczenia z prawa karnego, gdyż sprawa jest poważna. Zadanie, jakie zostało postawione, to rozstrzygnąć – czy złodziej powinien zostać ukarany. Zapewniam, że można dojść do podwalin sytemu prawa karnego ;-). Zapraszam do komentowania bezpośrednio pod artykułem Państwa pomysłów, będę w miarę możliwości odpowiadać na pytania.

 

Mąż, żona i złodziej

Jean de La Fontaine

Tłumaczenie: Władysław Noskowski

 

Mąż, wyżej uszu w żonie zakochany.

Choć cel swych pragnień posiadał,

Narzekał przecie i biadał:

<<Żeby choć raz, dla odmiany,

Uśmiech lub wyraz pieszczony

Dał mi poznać, co się dzieje

W sercu mojej żony!

Żebym miał chociaż nadzieję,

Choć iskierkę nadziei, chociaż cień dowodu,

Że dzieli moje zapały –

Nic i nic! Istny kamień, albo bryła lodu!>>

Nie dziwię się tym skargom. Na nic się nie zdały

Prawa hymenu, jeśli blaskiem swych płomieni

Miłość ich nie rozpromieni.

Kiedy raz w nocy mąż rozwodził żale,

Że go małżonka nie kocha nic wcale,

Złodziej przerwał dysputę. Żona, wystraszona,

Pada mężowi w ramiona:

<<Ach, mój najmilszy! Ratuj, ja się boję!...>>

<<Dobrodzieju – mąż rzecze – niech się waść nie płoszy:

Po raz pierwszy prawdziwej doznaję rozkoszy

Dzięki tobie; w nagrodę bierz, co chcesz, jak swoje>>.

Tego złodziejom nie mówić dwa razy:

Z ochotą spełnił rozkazy

Uszczęśliwionego męża;

A ja zaś wnoszę z  niniejszej powieści,

Że obojętność, nawet wstręt niewieści

Trwoga zwycięża.

 

 

 

Prawo ojca do (nienarodzonego) dziecka.


Przychodzą do mnie rodzice, którzy pragną dobrego, normalnego kontaktu ze swoimi dziećmi, a z powodów życiowych kontakt ten jest niemożliwy lub bardzo trudny. Coraz częściej sprawy dotykają również kwestii ochrony nienarodzonego życia, to znaczy dzieci nienarodzonych jeszcze, nazywanych po prawniczemu dość okropnie brzmiącym określeniem nascituturus. Dopóki problem nie dotyka nas osobiście, mało kto zastanawia się nad prawami tych dzieci do relacji z ojcem czy nad prawem ojców do współdecydowania o nienarodzonym dziecku. O wyborze miejsca porodu, na przykład,  szczególnie, jeśli wiemy, że dziecko będzie potrzebowało natychmiastowej pomocy medycznej po urodzeniu.  A prawo do wiedzy ojca, że jest ojcem? A do wiedzy o tym, gdzie znajduje się jego nienarodzone dziecko (siłą faktu, wraz z matką)? Czy ojcowie mają takie prawo, a jeśli zechcą je egzekwować, to czy powyższe narusza, czy nie narusza wolności matki? Bo jak już dziecko jest „na zewnątrz”, to przecież ojciec ma prawo wiedzieć, gdzie jego dziecko jest. A jak dziecko jest „tylko” nasciturusem?

Żyjemy w społeczeństwie zmian, truizm. Rewolucja obyczajowa, rewolucja techniczna, przełomy w myśleniu, zmiany schematów, ludzkość chce panować nad wszystkim, lecimy na Marsa, przeszczepiamy organy, badamy DNA. Jesteśmy w ciągłym ruchu, zmieniamy miejsca pracy i zamieszkania. Mówimy wieloma językami, jeździmy po świecie. Mówimy, że świat się skurczył. Mężczyźni, kobiety, dzieci – wszyscy  jakoś sobie z tymi zmianami, z tym tempem niesamowitym musimy radzić. A kiedy coś nie gra, albo ma grać inaczej niż ktoś to sobie założył, to zmieniamy PRAWO, żeby UREGULOWAĆ nowe sytuacje społeczne. Tak to wygląda.
Komedia z 1994 r., w którym główny bohater - mężczyzna - zachodzi w ciążę; wbrew pozorom (i nie chodzi o medyczne możliwości czy niemożliwości) nie taka znów absurdalna sytuacja. Źródło: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/e/e2/Juniorposter.jpg
 
Jest wielu ojców, którzy czują się odpowiedzialni za dziecko od chwili poczęcia. W ciąży nie mają właściwie żadnych praw. Nie, nie mogą zdecydować, by ich córka urodziła się w lepszej klinice, nawet jeśli chcieliby to w pełni sfinansować. Po urodzeniu mogą mieć kłopot, gdy okaże się, że chcieliby mieć choćby kontakt z dzieckiem, które nie pochodzi z małżeństwa, jeśli jego matka nie zechce podać swego adresu. Matka może (niemal) bezkarnie wpisać do aktu urodzenia, że ojciec nie jest znany, choć doskonale wie, kto ojcem jest. Jeszcze gorzej, gdy wyjedzie z dzieckiem za granicę. Wówczas nie lada kunsztu prawnego, a z pewnością długiego czasu, wymaga doprowadzenie spraw do ich właściwego wymiaru. Wbrew pozorom, nie mówię o przypadkach teoretycznych. Mówię o prawdziwych ludzkich dramatach. Ojcowie też są kochającymi rodzicami i trudno wytłumaczyć, dlaczego mieliby być rodzicami drugiej kategorii.

Prawo stoi trochę w opóźnieniu za zmianami społecznymi. Nie zawsze nadąża. A zwłaszcza ostatnio – słabo nadąża. Przy każdej więc kolejnej sytuacji bezradności przychodzi pokusa zmiany przepisów. Nie zawsze jest to pozytywne. Czasem lepiej nie zmieniać nic, za to mądrze wspierać praktykę. Jeśli zaś mowa o ochronie dzieci – nienarodzonych czy już narodzonych – zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby zmiany – jeśli mają nastąpić – dotyczyły raczej umożliwienia realizacji odpowiedzialnego rodzicielstwa przez oboje rodziców, nie tylko matkę.

Jeśli chodzi o ochronę dziecka poczętego, jak również dzieci już urodzonych, to warto wiedzieć, że np. we Francji takie dzieci są już dziś znacznie lepiej niż u nas chronione, choćby poprzez penalizację  ukrywania macierzyństwa czy faktu urodzenia dziecka, a także nieujawnienia przez matkę wiadomego ojcostwa. Jeśli do tego dodać, że wszelkie postawy rodzicielskie, które naruszają prawo dziecka do kontaktu z obojgiem rodziców  karane są sowitymi grzywnami, będziemy mogli zrozumieć, dlaczego „zagraniczne” dzieci często w większym zakresie mają możliwość korzystania z opieki i pomocy (również finansowej) obojga rodziców. Odpowiedzialności trzeba się czasem nauczyć i dobrze, gdy odpowiedzialne Państwo daje społeczeństwu narzędzia, aby było to możliwe.