Co mnie czeka w sądzie?


Kiedy przychodzi do nas wezwanie do sądu, sprawa od razu wygląda poważnie. Jesteśmy oficjalnie wzywani do stawienia się w określonym dniu i terminie (łącznie z godziną) pod wskazanym adresem, do sali określonej w wezwaniu. Zwracam uwagę, że w sądzie mamy STAWIĆ się, nie zaś WSTAWIĆ się, co ewentualnie możemy uczynić dopiero po rozprawie, zapewne w zależności od jej przebiegu :).

Kto czytał w dzieciństwie książkę Ludwika Jerzego Kerna „Ferdynand Wspaniały”, ten wie, że z sądem rozmowa nie zawsze przebiega łatwo. Do dziś tkwi w mojej pamięci opis całkiem absurdalnej sytuacji, kiedy Ferdynand (pies) trafia do sali rozpraw i jako podsądny ma odpowiadać na pytania. Psia logika nie pozwala mu zrozumieć, dlaczego miałby się zwracać do siedzących naprzeciw ludzi per Wysoki Sądzie. Ostatecznie przekonany, że co zasada to zasada, pies nazywa każdego z członków składu sądowego, wedle ich osobistego wzrostu: „wysoki”, „średni” bądź „niski sądzie”. Niezmiernie irytuje to sędziów, którzy nieustannie biedaka strofują i pouczają, ten zaś czuje się coraz mniej i mniej komfortowo.

Na szczęście w rzeczywistości sędziowie powinni być (i są) raczej wyrozumiali i starają się pomóc osobie zabierającej głos. Jednak swobodniej czujemy się, gdy dokładnie wiemy, co nas czeka. Przed sądem możemy występować w wielu rolach i każdej z nich przypisany jest inny zakres uprawnień i obowiązków. Dziś piszę jedynie o najbardziej uniwersalnych zasadach, które powinny znaleźć zastosowanie niezależnie od tego, czy jesteśmy świadkiem, czy oskarżonym, czy też może powodem lub wnioskodawcą w sprawie cywilnej.

Po pierwsze obecność.

Kiedy odbieramy wezwanie, upewnijmy się, czy wizyta w sądzie jest naszym obowiązkiem. W piśmie (pod treścią wezwania lub najczęściej w prawym górnym rogu) znajdziemy informację np. „stawiennictwo osobiste obowiązkowe”. W takim wypadku jedynie usprawiedliwienie od lekarza sądowego (listy lekarzy są dostępne w Internecie oraz w sekretariatach sadów) może nas uwolnić od tego obowiązku. Brak takiego usprawiedliwienia w przypadku nieobecności może skutkować nałożeniem na nas grzywny, a nawet przymusowym doprowadzeniem na termin kolejnej rozprawy (przez policję). Lepiej więc korespondencję kierowaną do nas przez sąd odbierać (o skutkach nieodbierania korespondencji napiszę innym razem), a do sądu (na wezwanie) przychodzić.

Przychodzimy punktualnie; nie ma tu miejsca na kilkuminutowe nawet spóźnienie, ponieważ może ono być potraktowane jako nieobecność, przy czym niestety ta zasada nie zawsze działa z wzajemnością – może się okazać, że będziemy czekać pod salą rozpraw z powodu opóźnień. Sądy coraz sprawniej organizują czas rozpraw (wzywając świadków na następujące po sobie godziny), jednak nie zawsze są w stanie wszystko przewidzieć. Zdarzać się mogą opóźnienia, porównywalne nawet z rozkładem jazdy PKP…

Po drugie, jak się ubrać.

Mam nadzieję, że nie narażę się na atak dwóch skrajnych skrzydeł obyczajowo-filozoficzno-religijnych, pisząc tu, że ubrać, to się proszę Państwa należy tak mniej więcej, jakbyśmy wybierali się do kościoła na porządną niedzielną sumę. Schludnie, w zakrytym obuwiu, panie z zasłoniętymi ramionami i dekoltem, spódnica raczej dłuższa niż krótsza, panowie koszule, długie spodnie.

Nie - same podkoszulki, nie - bermudy, nie - miniówki, nie - klapki, a jeśli sandały – to nie - skarpety (choć ta ostatnia uwaga raczej natury ogólnej, nie sądowej (;-)). Powyższe wyliczenie jest nieprzypadkowe, spotkałam się z takimi właśnie "letnimi" zestawami, które nie umknęły  zresztą cierpkich uwag sądu.

Pamiętajmy, że pozostałe osoby w sali (sędziowie, pełnomocnicy, prokuratorzy) występują w togach, ciemnych, ciężkich, w których jest gorąco i które – mogę zapewnić – nie są strojem zbyt komfortowym, jednak gwarantującym zachowanie i uszanowanie powagi sądu.  Każdy winien więc po prostu ubrać się stosownie do okoliczności.

Po trzecie, gdzie stanąć/usiąść.

Do sądu wchodzimy po wywołaniu sprawy. W końcu sali zobaczymy skład sądu – czasem jest to jedna osoba, czasem nawet kilkunastu sędziów. Obok składu sędziowskiego (bywa, że z przodu) siedzi protokolant, czyli pracownik sekretariatu, który notuje przebieg rozprawy. Coraz więcej spraw jest obecnie nagrywana, jednak rola protokolanta pozostała – nadal odnotowuje się najważniejsze czynności na rozprawie w formie pisanej.

Miejsca pozostałych uczestników postępowania są również ustalone. Warto wiedzieć – wybaczcie ponowne sakralne porównanie – że nieprzypadkowo układ ten przypomina biblijny obraz Sądu Ostatecznego. Sprawiedliwi (prokurator, oskarżyciel posiłkowy, powód cywilny – a więc osoby, które poszukując sprawiedliwości, spowodowały, że sprawa trafiła na wokandę) siedzą „po prawicy” składu sądowego, zaś oskarżony czy pozwany – po lewej stronie. Cóż, czasem wymowa tego układu nie wydaje się sprawiedliwa, jednak takie prawa tradycji.

Jeśli przyszliśmy na rozprawę z ciekawości – a zasada jest taka, że każdy ma prawo udziału w rozprawie, pod warunkiem, że jest osobą pełnoletnią i że sąd z jakichś względów nie wyłączył jawności postępowania – siadamy w miejscu przeznaczonym dla publiczności (w ławkach, jak na amerykańskim filmie).
źródło: http://dabrowag.sr.gov.pl/, Zeman Grzegorz 2006

Po czwarte, co i jak powiedzieć.

Niezależnie od tego, w jakim charakterze będziemy przesłuchiwani, sąd spisze podstawowe informacje na nasz temat. Koniecznie pamiętajmy, aby mieć przy sobie ważny dowód tożsamości, który zostanie sądowi okazany. Poprosi się nas, abyśmy stanęli przy specjalnej barierce, naprzeciw składu. Będziemy zapytani o nasze podstawowe dane: imię, nazwisko, miejsce zamieszkania (sama miejscowość), zawód wykonywany, wiek oraz czy byliśmy karani za składanie fałszywych zeznań. Następnie być może zostanie od nas odebrane przyrzeczenie – w takim wypadku sąd poprosi, aby wszyscy obecni w sali powstali, zaś osoba przesłuchiwana obowiązana jest powtarzać za sędzią słowa przyrzeczenia, świadek w sprawie cywilnej mówi np.: „Świadomy znaczenia mych słów i odpowiedzialności przed prawem przyrzekam uroczyście, że będę mówił szczerą prawdę, niczego nie ukrywając z tego, co mi jest wiadome”.

 I dopiero teraz zostaje nam udzielony głos. W pierwszym momencie może być nieco krępujące, że pierwsze pytanie, które zadaje sąd, zabrzmi zapewne: co jest panu/pani wiadome w sprawie, do której został pan/pani wezwany? Jest możliwe, że dłuższą chwilę nikt nam nie będzie zadawał pytań, oczekując, że w pewnym zakresie wypowiedź nasza będzie spontaniczna. Może się zdarzyć, że nie mamy zielonego pojęcia, z jakiego powodu jesteśmy wezwani, w takim wypadku trzeba to od razu powiedzieć, sąd przejdzie do swoich pytań. Zgodnie z pouczeniem, mówimy prawdę, w przeciwnym wypadku narażamy się na odpowiedzialność karną. Pytania będzie nam jeszcze zadawał sam sąd, a także (być może) strony i ich pełnomocnicy. Pamiętajmy, że niezależnie od tego, kto zadał pytanie – odpowiadamy zawsze zwróceni prosto do sądu i tak, jakby była to odpowiedź na pytanie sądu - nie odpowiadamy pełnomocnikom, nie zwracamy się do nich per proszę pana ani po imieniu, cały czas mówimy wyłącznie do sądu, bo to sąd nas przesłuchuje.

Choć czasem trudno zatrzymać emocje, zasada zwracania się wyłącznie do sądu może być wielce pomocna. Bywa, że konflikt pomiędzy uczestnikami postępowania jest tak silny, że nie potrafią mówić  do siebie inaczej, niż w sposób uwłaczający trochę obyczajności. Pamięć o tym, że to do sądu a nie do siebie mówimy (i nie do pełnomocników, którym też potrafi się „oberwać”), trzyma wszystkie emocje na wodzy i nieraz pomaga dobrnąć do cywilizowanego zakończenia sprawy.  

Kiedy odpowiadamy na jakiekolwiek pytanie sądu – zawsze robimy to na stojąco (nie trzymając rąk w kieszeniach :)). Co oczywiste, w sali rozpraw nie żujemy gumy, nie jemy, nie pijemy.  I tak, zwracamy się „Wysoki Sądzie”, ewentualnie „Proszę Wysokiego Sądu” lub „Proszę Sądu”. Bo nie ma sądu Średniego, ani Niskiego, wbrew przekonaniom Ferdynanda Wspaniałego, tylko Sąd Wysoki (i Najwyższy).

http://blogroku.pl/2014/kategorie/co-mnie-czeka-w-sa-dzie-,c51,tekst.html



Jestem w ciąży - gdzie moja położna?



Coraz częściej mówimy i myślimy o świadomości pacjentów, o możliwości żądania przez nich odszkodowań od podmiotów medycznych, kiedy „coś pójdzie nie tak”. To bardzo dobrze, że świadomość prawna i w tym obszarze wzrasta. Dobrze, że uczymy się, że jeśli ktoś popełnił błąd, może za to ponieść odpowiedzialność. Dobrze, że szukamy rozwiązań pomagających nam przynajmniej częściowo zrekompensować straty, jakie ponosimy w związku z leczeniem, po komplikacjach i perypetiach zdrowotnych. Jednak mogę z pewnością stwierdzić, że klienci szukający odszkodowania, sto razy woleliby nigdy nie mieć powodu, aby przestąpić próg mojej kancelarii. Woleliby po prostu, aby nigdy nie doszło do „zdarzenia medycznego” (tak eufemistycznie ustawa nazywa sytuację, kiedy niefachowe działanie lekarzy wywoła u nas rozstrój zdrowia). O sprawach medycznych będę tu pisać nieraz, jednak dziś trochę przewrotnie – o tym, co (być może) pomogłoby nam niektórych z nich uniknąć.

Media bombardują informacjami na temat nieprawidłowości działań szpitali i lekarzy, również przy porodach, czego skutki bywają tragiczne. Karetka nie dojeżdża na czas, lekarze odmawiają przyjęcia do szpitala, zwlekają z podjęciem decyzji o tzw. cesarskim cięciu. Pytanie, czy sytuacjom tym można byłoby zapobiec? Nie zawsze. Analizując konkretny przypadek, nigdy nie dowiemy się, „co by było gdyby”. Gdyby tak jednak wyobrazić sobie, że świadomość samych ciężarnych gwałtownie wzrasta? Gdyby tak mieć pewność, że wszystkie one, bez wyjątku, są objęte stałą, troskliwą opieką specjalisty przez wiele miesięcy przed porodem? Że już w ciąży mają zapewnioną bezpłatną fachową pomoc, bez kolejki, właściwie „na telefon”? Niemal całą ciążę? Gdyby przed tą wielką chwilą każda z nas wiedziała, co dokładnie ją czeka i jakich przeszkód (w tym biurokratycznych) może się spodziewać, jak im zaradzić?

A gdybym Wam powiedziała, że taki system pomocy ciężarnym z powodzeniem funkcjonuje w Polsce? Tylko nie wiem, naprawdę nie wiem dlaczego – mało kto o nim mówi, mało kto cokolwiek wie.

Kilka słów o prawie.

Zgodnie z art. 68 ust. 3 konstytucji RP państwo ma obowiązek objęcia szczególną opieką zdrowotną dzieci do 18. lat, kobiety w ciąży, w okresie połogu, osoby niepełnosprawne i w podeszłym wieku. Ze względu na tę zasadę, zgodnie z art. 13 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, kobieta w ciąży, która nie ma żadnego tytułu do ubezpieczenia, wciąż ma prawo do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych. Kobieta w ciąży ma prawo do wszystkich świadczeń, jakie muszą być jej udzielone ze względu na stan zdrowia. Szczegóły dotyczące tego, jaki zakres opieki przysługuje ciężarnym reguluje Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 20 września 2012 roku w sprawie standardów postępowania medycznego przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych z zakresu opieki okołoporodowej sprawowanej nad kobietą w okresie fizjologicznej ciąży, fizjologicznego porodu, połogu oraz opieki nad noworodkiem.

A teraz hit.

fot. EB


Czyli to, co chciałabym Wam dziś polecić jako wiedzę użyteczną. Kobiecie w ciąży przysługują w ramach NFZ wizyty położnej środowiskowej przed porodem - jedna wizyta tygodniowo od 21. do 31. tygodnia ciąży i dwie wizyty tygodniowo od 32. tygodnia ciąży do terminu rozwiązania. To około 30 godzin indywidualnych spotkań! Są to indywidualne zajęcia w ustalonym z położną miejscu – najczęściej  będzie to miejsce zamieszkania ciężarnej, do którego położna przyjeżdża w umówionym czasie jeden lub dwa razy w tygodniu (każde spotkanie trwa około godziny). Tematyka spotkań dostosowywana jest do indywidualnych potrzeb ciężarnej. Otrzymujemy fachowe wsparcie – porady zdrowotne, pielęgnacyjne, ale także wsparcie emocjonalne, psychologiczne. Mamy czas na ustalenie planu porodu, z którym później możemy przyjechać do szpitala, spokojnie wiedząc, czego możemy oczekiwać (a czego wymagać). Nasza położna będzie najlepiej poinformowana, w którym szpitalu jakie panują indywidualne zwyczaje i może nas dobrze praktycznie przygotować do tego, co może nas czekać. W przypadku awaryjnej sytuacji, mamy również kogoś znanego nam, oswojonego, do którego możemy zwrócić się o ewentualne wsparcie. Warto przy dokonywaniu wyboru położnej dowiedzieć się również, jakie badania będzie mogła nam zaoferować w czasie spotkań – z pewnością dokona pomiaru ciśnienia, ale zdarza się również, że położna będzie wyposażona np. w przenośny aparat KTG, co może nam oszczędzić wizyt w przychodniach czy u naszego ginekologa, gdy będziemy na „ostatnich nogach”.

Aby być pod opieką wybranej położnej, wystarczy wypełnić i złożyć w danej placówce (być może naszej przychodni, choć nie ma obowiązku rejonizacji) odpowiednią deklarację zawierającą podstawowe informacje na nasz temat, jak imię i nazwisko, adres czy numer PESEL. W przypadku chęci wyboru położnej z jakiejś dalszej lokalizacji, warto najpierw z nią porozmawiać, by nie narazić się na odmowę przyjęcia nas pod opiekę z powodu odległości do naszego miejsca zamieszkania.

Proste? Bardzo. Dobrze, że państwo zapewnia ciężarnym tak rzetelną, stałą, indywidualną opiekę specjalistyczną. Szkoda, że tak niewiele kobiet ma świadomość tych możliwości.  Położną najczęściej spotykamy po praz pierwszy w sali porodowej – kiedy wszystko już się dzieje, cały personel bywa spięty, a my mamy niewielką kontrolę nad sytuacją. Może gdybyśmy były lepiej przygotowane, świadome swoich praw jako pacjentki, spokojniejsze – udałoby się uniknąć niejednego nieszczęścia, z pewnością zaś łatwiej byłoby nam przejść ten niełatwy przecież czas rozwiązania. Czego wszystkim gorąco życzę.

Nie przyjmuję mandatu – co dalej?



Wprawdzie miało dziś być o czym innym, ale z powodu lawiny pytań i wątpliwości dotyczących tematyki poprzedniego wątku (za tę aktywność bardzo Wam dziękuję i zachęcam jednocześnie do zadawania pytań bezpośrednio pod postem J na stronie) – wyjaśnimy dziś, co dzieje się z naszą sprawą, kiedy poddamy w wątpliwość zasadność wystawianego mandatu.

Po pierwsze, zanim dojdziemy w rozmowie z funkcjonariuszem do punktu „odmawiam przyjęcia mandatu”, pamiętajmy, że mamy pewne pola negocjacji. Opisując sprawę z dużym uogólnieniem, zasada ignorantia iuris nocet (nieznajomość prawa szkodzi) wprawdzie z powodzeniem funkcjonuje w praktyce stosowania prawa i powoduje, że nie usprawiedliwia się naszego braku świadomości co do podstaw do ukarania, jednak niewiedza czasem może nam pomóc kary mimo wszystko uniknąć. Pamiętajmy, że jeśli zostajemy pouczeni, oznacza to, że w toku postępowania (czyli naszej rozmowy z policjantem) stwierdzono, że do wykroczenia doszło, jednak organ (policjant) doszedł do przekonania, że zamiast kary może zastosować tzw. środki oddziaływania wychowawczego (np. pouczenie, zwrócenie uwagi, ostrzeżenie). Wydaje się, nawiązując do poprzedniego wątku (jak pić i nie płacić mandatu ), że wyjaśnienie: ja naprawdę nie wiedziałem, że ta brama/ten mostek to ulica oraz – że to drzewo to skwer, wydaje się, powinno doprowadzić do zastosowania przez organ raczej środków wychowawczych, niż kary. Możemy machnąć wówczas ręką na nasz wewnętrzny krzyk sprzeciwu co do kwalifikacji obiektów malej architektury przez organ jako wyłącznie parki, skwery i ulice.

Ale załóżmy, że ten organ jest jednak nieprzejednany. Mostek to według niego ulica, brama lub drzewo to skwer albo park, a tak poza tym, to jak pan masz wątpliwości, to wszystko sobie możemy wyjaśnić w sądzie, za co będzie pan płacić – i to dużo, BO ZA CAŁE POSTĘPOWANIE, wyjaśnia nam organ. I robi się niemiło. Chyba, że wiemy, co nas czeka.

Po pierwsze, o co chodzi.

Kiedy odmówimy przyjęcia mandatu, sprawa trafia najpierw do postępowania przygotowawczego (możemy być jako podejrzani wezwani przez organ na przesłuchanie, ale prawdopodobne, że organ będzie na tyle przekonany o swych racjach, że zaniecha wzywania nas), następnie, w formie skierowanego przez organ wniosku o ukaranie – do sądu karnego. Ten w pierwszej kolejności, po rozpatrzeniu okoliczności zdarzenia oraz analizie przepisów, najprawdopodobniej wyda – w trybie uproszczonym – wyrok nakazowy, w którym orzeczona zostanie kara grzywny, w wysokości uznanej przez sąd; może ona być wyższa, równa lub niższa (co nierzadko się zdarza) od „propozycji” jaką złożył nam funkcjonariusz. Gdy otrzymamy wyrok nakazowy, mamy prawo wnieść sprzeciw – w terminie 7 dni od daty doręczenia wyroku – kierując go do sądu, który wyrok wydał. W sprzeciwie opisujemy szczegółowo, dlaczego nie zgodziliśmy się na przyjęcie mandatu. Możemy również poprosić, aby sąd nie wzywał nas do osobistego stawiennictwa, np. dlatego, że okoliczności w sprawie nie powinny budzić wątpliwości, zaś kwestie podlegające wątpliwościom sprowadzają się wyłącznie do analizy prawnej  (czy mostek to ulica J).
 
całonocne interwencje policji w Sopocie w czasie słynnych "Połowinek Trójmiasta" (13/14 października 2014)
źródło: sopot.policja.gov.pl
 

W takim wypadku wyrok traci moc, a sprawa zostaje rozpoznana merytorycznie od początku. Warto pamiętać, że wniesienie sprzeciwu – w przeciwieństwie do środków odwoławczych – może spowodować ostatecznie wydanie surowszego wyroku, niż ten wynikający z wyroku nakazowego.

Jeśli i z tym wyrokiem nie będziemy się zgadzać – mamy prawo do apelacji. Wnosimy ją do sądu okręgowego i tam wydane orzeczenie będzie już ostateczne.

 Po drugie, ile to kosztuje.

Jeśli sprawę wygramy, to nas ona nic nie kosztuje, poza krztyną straconego czasu. Wprawdzie nie ma w przepisach obowiązku osobistego stawiennictwa na rozprawę w postępowaniu wykroczeniowym, jednak niestety praktyka sądów jest taka, że obwinionego wzywają, pod rygorem, że „w przypadku niestawiennictwa na kolejny termin rozprawy zostanie  doprowadzony za pośrednictwem Policji po uprzednim zatrzymaniu”. Brzmi tak groźnie, że raczej każdy porządny obywatel zwalnia się z pracy i przychodzi. Warto przy tym wiedzieć, że pracownik nie wykorzystuje tu swego urlopu – pracodawca jest obowiązany zwolnić pracownika od pracy na czas niezbędny do stawienia się w sądzie i albo mu za ten dzień normalnie płaci, albo wystawia zaświadczenie określające wysokość utraconego wynagrodzenia i wówczas od sądu możemy domagać się rekompensaty utraconych zarobków.

A jak przegramy?

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Sprawiedliwości z dnia 10 października 2001 r. w sprawie zryczałtowanych wydatków postępowania oraz wysokości opłaty za wniesienie wniosku o wznowienie postępowania w sprawach o wykroczenia, przed sądem pierwszej instancji za postępowanie zwyczajne zapłacimy 100 zł, w drugiej instancji dodatkowo 50 zł. Dodatkowo będziemy zobligowani do zapłaty, na podstawie ustawy z dnia 23 czerwca 1973 r. o opłatach w sprawach karnych – 10% wysokości grzywny, nie mniej niż 30 zł.

W przypadku, gdy w sprawie zajdzie konieczność powołania biegłego (np. przy wykroczeniach komunikacyjnych) i następnie sprawę przegramy, będziemy obciążeni również kosztami wykonanej w toku sprawy ekspertyzy. Praktyka wskazuje, że w przypadku „standardowych” opinii w sprawach związanych z wykroczeniami w ruchu drogowym, jest to rząd kilkuset złotych.

Po trzecie, czy to warto.

Na to pytanie musimy odpowiedzieć sobie sami. Czasem lepiej odpuścić, kosztem niesłusznie nawet zapłaconych 200 zł, zyskujemy tzw. święty spokój. Są jednak przypadki, kiedy po prostu wiemy, że dzieje się niesprawiedliwość, że niesłusznie (w jakim celu?) ktoś chce nas przymusić do zgody na bezprawie. W takim przypadku nasz sprzeciw zyskuje wymiar nie tylko indywidulany, ale również społeczny. Uczymy się (i innych), że prawo wymaga szacunku od wszystkich.

 

 

Jak pić i nie płacić (mandatu)?


Temat trochę wakacyjny, ale pogoda bywa plażowa, więc nadal chyba warto się dowiedzieć, że nieprawdą jest, by spożywanie alkoholu w miejscu publicznym było karane. W każdym razie nie zawsze.

Ciekawe, że ta nieprawda powtarzana jest co krok i wmawiana nam przy każdej okazji. Co więcej, zdarza się, że nawet funkcjonariusze publiczni próbują nam w oparciu o tą wmawianą (nie)prawdę zaproponować mandat. Nie dajmy go sobie wcisnąć. A problem wyjaśnijmy.

Najpierw o przepisach. Po pierwsze, na pewno uraduje Czytelników, że wszystkie przepisy antyalkoholowe są wprowadzane wyłącznie dla naszego dobra. Ich źródło bowiem płynie wprost z ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, której cała treść jest następstwem uznania przez ustawodawcę „życia obywateli w trzeźwości za niezbędny warunek moralnego i materialnego dobra narodu” (to cytat z arengi czyli wstępu do ustawy). Wyjaśniwszy tę kojącą kwestię – przejdźmy do nurtujących (niektórych z) nas przepisów dotyczących samego spożywania alkoholu. Przywoływana ustawa wskazuje, że alkohol nie może być spożywany „na ulicach, placach i parkach” (z wyjątkiem miejsc przeznaczonych do ich spożycia na miejscu, w punktach sprzedaży tych napojów). Wymienia też inne miejsca, w których zabrania się picia „procentów”: na terenie szkół oraz innych zakładów i placówek oświatowo-wychowawczych, opiekuńczych i domów studenckich, na terenie zakładów pracy oraz stołówek, w miejscach i czasie masowych zgromadzeń, w środkach i obiektach komunikacji publicznej (z wyjątkiem wagonów restauracyjnych i bufetów w pociągach), w obiektach wojskowych. Dodatkowo wskazuje się miejsca i okoliczności, w jakich nie należy pic i sprzedawać alkoholu o wyższej i najwyższej procentowo zawartości. Co dość istotne, w ustawie nie ma słowa np. o plażach.



1907 r.
Obwieszczenie Magistratu zakazujące Paniom kurzyć na Plantach. To już przepis natury porządkowej.

Archiwum Narodowe Kraków, Zbiór afiszy i plakatów, sygn. 29/665/326
 
 
 

Nie cieszmy się przedwcześnie jednak, bowiem przepisy dają jeszcze upoważnienie radom gminnym, by wprowadzały czasowe lub stałe zakazy „alkoholowe” na swoim terenie. Ograniczenia te powinny  być uzasadnione troską o nasze społeczne morale (w przeciwieństwie do tzw. przepisów porządkowych, których uzasadnieniem może być po prostu utrzymanie porządku). I  tak na przykład: w Sopocie uchwała Rady Miasta z dnia 05 września 2014 r. stanowi zakaz spożywania (także sprzedaży, podawania, wnoszenia) alkoholu na terenie obiektów, na których odbywają się imprezy przeznaczone dla dzieci i młodzieży do lat 18, pierwszego dnia wiosny (dzień wagarowicza) od godz. 7.00 do 14.00, w dniu „Bożego Ciała” w czasie i na trasie procesji oraz na plaży w godzinach od 18.00 do 9.00, za wyjątkiem tzw. punktów sprzedaży, czyli kawiarni i lokali gastronomicznych; w Gdańsku i Gdyni np. na plaży alkoholu pić nie wolno wcale – i wydaje się, że ta jednak restrykcja jest zbyt daleka, zbliżona do troski o święty spokój i porządek a nie morale społeczne.

Wracając do tematu – jeśli chcemy napić się piwa z puszki, powinniśmy znać więc treść lokalnych przepisów dotyczących ograniczeń spożywania alkoholu na danym obszarze. Możemy o nią zapytać np. strażnika miejskiego, który na pewno zna przepisy gminne. A potem znaleźć miejsce, które nie jest „ulicą, placem lub parkiem” oraz dodatkowo żadnym z miejsc wynikających z uchwały i hulaj dusza. Czasem trudno znaleźć granicę, pomiędzy skwerem a parkiem, to jest niestety wykorzystywane przez funkcjonariuszy, którzy nie wnikając w takie drobne szczegóły, wypisują mandaty. Jednak zapewniam, że policjanci oraz strażnicy miejscy są świadomi ograniczeń, jakie stawiają im w tym przypadku przepisy. Jeśli więc rozsądnie uzasadnimy funkcjonariuszowi, dlaczego pijemy pod tym a nie innym drzewem lub w tej a nie innej bramie, możemy mandatu uniknąć. A jeśli i tak uparcie będzie się nam go wypisywać, możemy po prostu odmówić przyjęcia. O konsekwencjach odmowy przyjęcia mandatu napiszę przy następnej okazji.

Akt rozpaczy.



Postanowiłam się przemeldować. Z mężem. To znaczy oboje zdecydowaliśmy – jednocześnie (niespotykane?) zmienić adres zameldowania, co pociągnęło za sobą konieczność wymiany sporej liczby dokumentów, w tym – dowodów osobistych. Nie spodziewałam się, że czeka nas walka o zdrowy rozsądek. Bez znajomości przepisów – skazana na klęskę.

Wśród dokumentów niezbędnych do wymiany dowodu osobistego wymaga się przedstawienia aktu urodzenia lub – jeśli pozostajemy w związku małżeńskim – aktu małżeństwa. Odpowiednio wyposażeni (w akt) i pełni optymizmu co do perspektyw szybkiego załatwienia sprawy – wybraliśmy się więc do właściwego urzędu. Pierwsza wniosek złożyłam ja. Bardzo miło obsłużona, zostawiam wszystkie niezbędne dokumenty i czekam sobie spokojnie na męża, który już jest obsługiwany przez drugą panią, dwa okienka dalej. Nagle widzę, że wymiana zdań jest stanowcza, po czym mój małżonek drogi i nieustępliwy, ustępuje jednak i odchodzi od okienka „z kwitkiem”. Trudno uwierzyć, przecież miał ten sam wniosek i te same dokumenty, co ja. Nie chcą go w tym mieście, czy co?

 Ależ chcą, objaśnia (mnie) mąż, chcą, tylko żądają też, aby przedstawił akt naszego małżeństwa i na nic się zdaje tłumaczenie, że TEN SAM AKT już przed chwilą został złożony, tylko przeze mnie, w okienku obok. Nic z tego. Inna sprawa, inna teczka, inny akt. Ale my już nie mamy kolejnego aktu, ten był ostatni! Trudno, jechać, odpis otrzymać, przywieźć i złożyć. Takie są przepisy o dowodach osobistych.

Dobrze, że są jeszcze również inne przepisy, a właściwie przepis. Nie przez wszystkich urzędników lubiany PRZEPIS ROZSĄDKU. Który mówi, że jeśli w urzędzie jest jakiś dokument, to choćby był w innym wydziale tego urzędu, ba! w innym budynku nawet, urzędnik w toku postępowania administracyjnego  nie może od nas żądać dostarczenia tego dokumentu do jakiejkolwiek sprawy przez niego prowadzonej. Dosłownie artykuł 220 Kodeksu Postępowania Administracyjnego brzmi następująco:

Art. 220 KPA

§ 1. Organ administracji publicznej nie może żądać zaświadczenia ani oświadczenia na potwierdzenie faktów lub stanu prawnego, jeżeli:
1)    znane są one organowi z urzędu;
2)    możliwe są do ustalenia przez organ na podstawie:
a)    posiadanych przez niego ewidencji, rejestrów lub innych danych,

b)    rejestrów publicznych posiadanych przez inne podmioty publiczne, do których organ ma dostęp w drodze elektronicznej na zasadach określonych w przepisach ustawy z dnia 17 lutego 2005 r. o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne,
c)    wymiany informacji z innym podmiotem publicznym na zasadach określonych w przepisach o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania publiczne,
d)    przedstawionych przez zainteresowanego do wglądu dokumentów urzędowych (dowodu osobistego, dowodów rejestracyjnych i innych).

fot. merlin.pl

Mąż, po rozmowie ze mną i wyposażony we właściwy przepis, wrócił do pani urzędniczki, która już była zajęta kolejną sprawą. Zadowolona nie była, ale kiedy poinformował ją, że po skontaktowaniu się „ze swoim prawnikiem” (J) będzie obstawać przy wersji niedostarczania drugiego aktu, pani z obrażoną miną pofatygowała się do koleżanki, która kilka minut wcześniej przyjęła moje dokumenty, wyjęła akt, skopiowała go i włożyła do teczki męża. Cała operacja zajęła jej niecałe 5 minut, podczas gdy my musielibyśmy poświęcić co najmniej pół dnia, aby wydobyć nowy akt z urzędu w innym mieście i dostarczyć do obrażonej pani urzędnik. Dało się? Dało się J. I udało się. Polecam pamięć o art. 220 KPA za każdym razem, gdy załatwiamy swoje sprawy w urzędach. Zapewniam, przyda się Wam nieraz.