Nowelizacja 500 + (będzie bubel?).

 
 
 
 
W czasie kampanii wyborczej, kiedy słyszałam o tych pięciuset złotych na każde dziecko, pierwsze o czym pomyślałam (wiem, prawnik) – to było: a jak to miałby się do spraw alimentacyjnych? Takie pieniądze byłyby czymś ekstra, traktowanym zapewne podobnie jak inne świadczenia ZUS. Tak sobie pomyślałam.

Tylko wówczas mowa była o 500 zł na KAŻDE dziecko. A to zmienia postać rzeczy z sposób zasadniczy.

Jeśli chodzi o ideę całej akcji 500 zł, to muszę przyznać, że jakkolwiek nie jestem z pewnością fanką wręczania ludziom pieniędzy i znalazłoby się moim zdaniem pięćset (plus) możliwości innej formy pomocy, to jednak jednocześnie jest według mnie bardzo pozytywne, że po ponad ćwierćwieczu wolnej Polski w końcu ktoś zauważył, że warto pomóc polskiej rodzinie – całej rodzinie. Rozumiem ten program jako inwestycję państwa polskiego w edukację i wychowanie dzieci, które mają następnie – za kilka lat – zacząć utrzymywać społeczeństwo. Jako matka trójki dzieci, jakby to banalnie nie brzmiało, czuję, że ktoś docenił wysiłek naszej rodziny w inwestowanie w przyszłość społeczeństwa.

Czytamy w ustawie, że celem świadczenia 500+ jest częściowe pokrycie wydatków związanych z wychowywaniem dziecka, w tym z opieką nad nim i zaspokojeniem jego potrzeb życiowych. Świadczenie to przysługuje matce, ojcu lub opiekunom dziecka. Z uzasadnienia zaś projektu do tej ustawy, możemy się dowiedzieć, że pomoc finansowa kierowana jest do rodzin wychowujących dzieci. Z uzasadnienia projektu dowiadujemy się jeszcze, że „wykształcenie i przygotowanie do życia dzieci wiąże się z dużym obciążeniem finansowym dla osób, u których pozostają one na utrzymaniu, w szczególności w rodzinach wieloosobowych”, w związku z czym niezbędne staje się wprowadzenie rozwiązań które istotnie zmniejszą ewentualne bariery finansowe.  W wielu miejscach uzasadnienia w kółko powtarza się to samo, co można skrócić następująco: dzieci są drogą inwestycją, więc aby zachęcić ludzi do dzietności, państwo będzie odciążać częściowo rodziców w trudach finansowych związanych z ich utrzymaniem i wykształceniem.
 

Muszę nawet powiedzieć, że w tej formie – jako pomoc rodzinom wielodzietnym – a nie poszczególnym dzieciom, ma to ręce i nogi. W tym sensie, nawet fakt, że „pierwsze dziecko” gdzieś zaginęło – z punktu widzenia integralności pomysłu (a nie rozliczania obietnic wyborczych) – stał się poniekąd uzasadniony. Z ciekawością przejrzałam ustawę (i uzasadnienie projektu) i trochę zaskoczyła mnie fala dyskusji na temat relacji obowiązku alimentacyjnego do tych świadczeń. Prawnicy podzielili się na 2 obozy: jeden opowiadający się za koniecznością obniżania alimentów, drugi, twierdzący, że jest to świadczenie podobne do zasiłków i powinno nie być w ogóle brane pod uwagę przy określaniu obowiązku. Przysłuchiwałam się tym dyskusjom wśród kolegów-prawników, jednocześnie zaś z podziwem traktowałam profesjonalizm ustawodawcy w tym zakresie: że sprawę taktownie przemilczał, zostawiając, jak to w takich wypadkach należy, indywidualne przypadki rozstrzygnięciom sądów. Co innego, gdyby te 500 zł miało być „na każde dziecko” – wówczas pokuszenie się o ustanowienie reguły „na sztywno” mogłoby mieć rację bytu. 
 

Już wyjaśniam, o co chodzi.
 

Załóżmy, że poznajemy Krystynę i Jana. Szaleńczo się kochają i zakładają rodzinę. Są wariatami, bo nie słyszeli jeszcze o żadnym programie 500+, a i tak decydują się na dzieci. Na świat przychodzą trojaczki: Anna, Karol i Zosia. Niestety, po kilku latach okazuje się, że z winy teściowej małżeństwo Jana i Krystyny rozpada się. Małżonkowie rozstają się, pozostają jednak w poprawnych relacjach. Oboje rodzice bardzo kochają swoje dzieci. Są to bardzo zadbane dzieci. Zdecydowali, że Krystyna będzie się nimi opiekowała w tygodniu (Jan pracuje do późna), zaś Jan spędza z dziećmi czas w prawie każdy weekend, czasem też w tygodniu wieczorem. Wspólnie ustalają, że Jan będzie w całości pokrywał wydatki na dzieci. (Krystyna i tak musi iść do pracy na kawałek etatu, żeby zarobić na utrzymanie siebie.)
 

Po kilku latach tego stanu, stosunki pomiędzy Krystyną i Janem ulegają kolejnym falom ochłodzenia. W celu zapewnienia 100% pewności, że Jan będzie nadal płacił alimenty, Krystyna zwraca się do sądu o ustalenie tego obowiązku.
 

Teraz UWAGA! WAŻNA INFORMACJA, o której ewidentnie nie wszyscy wiedzą: alimenty to nie jest „kara dla Jana”. Jest to świadczenie, które ma obowiązek łożyć rodzic na dziecko, które żyje z nim w rozłączeniu, aby ono mogło się rozwijać, rosnąć, kształcić się. Ustalając zaś wysokość obowiązku alimentacyjnego, sąd bierze pod uwagę 2 czynniki: po pierwsze – usprawiedliwione potrzeby dziecka; po drugie – możliwości zarobkowe rodzica obciążonego obowiązkiem alimentacyjnym.
 

DRUGA UWAGA jest taka, że wedle moich obserwacji wcale nie jest tak, że ludzie zazwyczaj nie mogą się dogadać co do sposobu i formy opieki nad dziećmi. Zazwyczaj mogą, w sporze jest jakiś procent, z którego jakiś procent ląduje w sądzie, z którego jakiś procent dopiero alimentów nie płaci. Statystyki zaczynają się od tych, co już trafili do sądów.
 

I                  Wariant I: Krystyna i Jan byli dosyć zasobni
 

Załóżmy, że dotychczas Jan na każde dziecko płacił po 2.000 zł. No cóż, kwota niemała, ale wiadomo: żagle, narty, prywatna szkoła, niania (Krystyna poszła do pracy), języki obce. Jan chce dla dzieci wszystkiego, co najlepsze. Najwyżej czasem rezygnował z własnego urlopu, ale dzieci zawsze były zabezpieczone.
 

Sąd w takim wypadku najprawdopodobniej zasądziłby taką właśnie kwotę, na jaką rodzice umówili się, jako stały obowiązek alimentacyjny Jana. Sąd uznałby, że potrzeby dzieci są w pełni zaspokojone.
 

Anna: 2000 zł
 

Karol: 2000 zł
 

Zosia: 2000 zł

 
 

II                Wariant II: Krystyna i Jan nie narzekali na poziom życia, jednak rozstanie znacznie powiększyło ich indywidualne koszty – i nie jest zbyt lekko
 

Jan, jak już było to powiedziane, bardzo kocha swoje dzieci, toteż do czasu uregulowania obowiązku alimentacyjnego przynosił Krystynie znaczną część zarabianych przez siebie pieniędzy. Nie miał jednak regularnej pracy, więc czasem było to kilka tysięcy złotych, czasem znacznie mniej. Ogólnie trudno było stwierdzić, ile średnio Jan płacił, poza tym Krystyna uważała, że było to zdecydowanie za mało.
 

Sąd musiał więc samodzielnie ustalić obowiązek alimentacyjny. Biorąc pod uwagę potrzeby dzieci, sąd uznał, że każde z dzieci  ma potrzeby na poziomie 1.500 zł (dzieci miały rozpoczęte kursy, lekcje dodatkowe, z „lepszych czasów”, kiedy małżonkowie żyli wspólnie).  Jednak sąd przyjrzał się sytuacji Jana: niestety jego możliwości zarobkowe nie pozwalały na zasądzenie tak dużej kwoty. Wobec tego sąd zasądził dla każdego z dzieci po 1.000 zł. Nie wszystkie potrzeby dzieci są teraz realizowane, dziewczynki zrezygnują z tańców i basenu, a Karol z piłki. Na wakacje wyjadą do babci, a nie na Teneryfę.
 

Anna:1000 zł
 

Karol: 1000 zł
 

Zosia: 1000 zł
 

III Mamy jeszcze koleżankę Krystyny, Grażynę, która widząc, jak odmłodniała jej przyjaciółka po rozstaniu z mężem, również postanowiła porzucić swego partnera i zażądała od niego alimentów dla małej Andżeliki. Tata Andżeliki jest dość zasobnym mężczyzną, poza tym mała to jego jedyna pociecha, toteż nie było problemu z uzyskaniem od niego 2.000 zł miesięcznie dla tego aniołka.
 

Co dzieje się z datą zafunkcjonowania ustawy 500+ w każdej z tych sytuacji? (Mówimy o obecnym, brzmieniu tej ustawy! O potencjalnej nowelizacji – za chwilę).
 

W wariancie I (bogaty Jan, dzieci mają zasądzone po 2000 zł): sąd powinien obniżyć alimenty płacone na dzieci przez Jana: dotychczas to na Jana barkach spoczywał cały ciężar finansowania kształcenia i rozwoju dzieci, w niczym nie uchybił jako ojciec, wiele osobistych wyrzeczeń kosztowało go regularne płacenie tak wysokich alimentów, potrzeby dzieci są zaspokojone w każdym aspekcie. Jan i Krystyna cieszą się, że państwo postanowiło wesprzeć ich rodzinę.
 

Anna: 2000 zł (I dziecko, bez 500+)
 

Karol: 1500 zł – zobowiązując matkę do uzupełnienia wydatków w pozostałym zakresie kwotą uzyskanego świadczenia z tytułu 500 +
 

Zosia: 1500 zł - zobowiązując matkę do uzupełnienia wydatków w pozostałym zakresie kwotą uzyskanego świadczenia z tytułu 500 +
 

W wariancie II (biedniejszy Jan), sąd nie powinien niczego zmieniać w wyroku. Jan powinien dalej płacić po 1.000 zł – potrzeby dzieci będą prawie zaspokojone. Mama zapewne rozdzieli dodatkowy 1.000 zł z programu 500+ pomiędzy trójkę i dzieci powrócą na utracone kursy.
 

W wariancie III (Andżelika) – nic się nie zmienia, Andżelika jest jedynym dzieckiem swoich rodziców.
 

Dwa dni temu ujrzałam tam następujący komunikat na stronach rządowych:
 
 

www.ms.gov.pl

  

Pal licho profesjonalizm, kontekst i cel oświadczenia. (Czy Ministerstwo chce wpłynąć na sądy, jak maja obecnie orzekać? To jakaś wersja „autentycznej wykładni prawa” – czyli takiej, która dokonywana jest przez jego autora?). Być może tylko w swojej naiwności wierzyłam, że nieporuszenie kwestii obowiązku alimentacyjnego w ustawie jest słusznym zamierzeniem ustawodawcy. Pozostaje mi jednak wierzyć, że ktoś w Ministerstwie się pomylił, parlamentarzyści będą decydować mądrzej. 
 

Niestety, pomylić się musiał też i Pan Prezydent, bo jego projekt nowelizacji ustawy w tym zakresie jest już podobno od wczoraj w sejmie.
 

Tyle razy powtarzana zasada: nie zmieniajcie prawa tylko nauczcie się je mądrze stosować – może zadziała, a może nie.
 

Jeśli powyższa mądrość nie zadziała (czego możemy się obawiać, patrząc na tempo komunikatów) - jakie nowelizacja przyniesie skutki dla poznanych przez nas bohaterów?
 

W wariancie I) – Anna będzie nadal otrzymywać 2000 zł, Karol – 2500 , Zosia 2500 zł
 

W wariancie II ) – Anna 1000 zł, Karol 1500 zł, Zosia 1500 zł
 

Wszystkiemu przyglądać zaś się będzie Andżelika, która może zauważyć, że świadczenie 500 + nie jest jednak świadczeniem dla rodziny wielodzietnej (skoro Jan został pominięty) tylko dla drugiego i kolejnego dziecka. Może się to jej nie spodobać i może wnieść skargę do Trybunału Konstytucyjnego na taką nierówność wobec prawa. Ciekawa jestem, jak będzie się tłumaczyć temu aniołkowi, że kolega Karolek ma 2.500 zł, a ona dalej 2.000 zł. Podobnie jak Jan, wzorowy tata, który poczuje się zapewne „ukarany” – jego dzieci żyją ponad stan, a on od tylu lat, pomimo świetnych zarobków, nie miał urlopu. Czy Jan nie jest częścią rodziny, której państwo udziela wsparcia? Podejmuję się poprowadzenia sprawy przed Trybunałem Konstytucyjnym – zarówno w imieniu Jana, jak i Andżeliki. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego będzie zaś następnie stosowany  przez sądy powszechne, w to nikt nie powinien wątpić.

O poszanowaniu prawa i dlaczego tak nam to ciężko idzie.




 Dziś w Sejmie podczas obrad  jeden z posłów musiał opuścić salę, poprosił więc koleżankę, aby zagłosowała za niego. To znaczy - wcisnęła guzik, podniosła rękę. Tak też zrobiła, co zostało zauważone przez innych posłów. Niektórzy uznali, że taka sytuacja jest niedopuszczalna. Część komentarzy zbagatelizowała sprawę (i tak głosowanie miałoby analogiczny rezultat), zaś poseł, który „zlecił” koleżance przysługę, wypowiedział się przed kamerą, że „moralnie jest w porządku”, ponieważ chciał głosować, a wyjść musiał. Nic specjalnego się nie stało, bo większość sejmowa zagłosowała.
Jest to sytuacja wielce zdumiewająca dla obserwującego ją adwokata. Zdarzenie też przygnębiające, tym bardziej, że poseł, który „oddał swój głos” koleżance, rzeczywiście pozostawał dotychczas niekwestionowanym (dla chyba żadnego środowiska) autorytetem.
W pewnym sensie można mówić o podobieństwie sytuacji opisywanych posłów (z których jeden prosi drugiego o oddanie za niego głosu) do dość niestety powszechnego w życiu codziennym zjawiska – a mianowicie przestępstwa złożenia za kogoś (podrobienia) podpisu. Zdarza się to na przykład mężom lub żonom, którzy wypełniają deklaracje podatkowe za siebie i swoją druga połowę, nie jako pełnomocnicy, tylko właśnie poprzez „podpisanie się” – za zgodą nieobecnego – za inną osobę. Kodeks karny jest w takich sytuacjach bezwzględny. Nie szkodzi, że była zgoda na podpis, nie szkodzi, że nikt nie ucierpiał. Nie szkodzi, że to nie osoba, za którą się podpisano składa zawiadomienie do prokuratury. Nie szkodzi, że deklaracja odpowiada prawdzie. Można próbować bronić się argumentem, że czyn taki charakteryzuje się niską szkodliwością społeczną, jednak argument ten nie zawsze będzie trafny. Sądy nie umarzają co do zasady postępowań w takich sprawach. Jest skazanie (nawet, jeśli wyrok łagodny), osoba jest uważana za karaną, co bywa bardzo dolegliwe życiowo.
Zakładam, że w trochę bardziej zaawansowanej demokracji, taki poseł czy posłanka oddający za kogoś głos mogliby pożegnać się z mandatem. U nas takie sytuacje już miały miejsce i nikt mandatu nie oddawał, jednak stwierdzano, że prawo zostało naruszone. Jak ta sprawa skończy się w sejmie, zobaczymy.
Bieżąca polityka nie jest tu głównym tematem. Chodzi o znacznie więcej. O podejście do prawa, do poszanowania zasad, do stosowania pewnych reguł.
Nie mogę posłowi na sejm mojego kraju darować, że lekce sobie waży prawo, które przecież on właśnie, wraz z innymi posłami, stanowi. Nie mogę przede wszystkim podarować tych słów, że „moralnie jest w porządku”. Kiedy przedstawiciel władzy ustawodawczej wysyła społeczeństwu sygnał, że jakaś „wewnętrzna moralność” – którą określa kto? - przeważa nad przyjętymi zasadami prawnymi, jest to prosta droga do usprawiedliwienia absolutnie wszystkiego. W imię różnych idei wiele popełniono bezeceństw.
fot. Krzysztof Białoskórski www.sejm.gov.pl

 
Spotykałam się – w różnych wariantach i okolicznościach – z sytuacjami, w których jakieś osoby składały „za kogoś” podpis. Wielokrotnie odżegnywałam klientów od takiego procederu. Muszę powiedzieć, że może nawet spotykałam się z przekonaniem, że w sumie podrobienie podpisu za czyjąś zgodą, to sprawa bagatelna; jednak kiedy zwracam uwagę, że przepis to przepis – i są pewne przesłanki, które spowodowały, że jest tak stanowczy, spotykałam się też zawsze z ostatecznym zrozumieniem. Chcemy szanować prawo, bo chcemy być szanowani. Osoby, które "uwikłane" były w niemiłą sytuację z podpisem - zawsze ostatecznie żałowały, że w ogóle doszło do takiego zdarzenia. Nie słyszałam od nich, że były "moralnie w porządku". Dlatego nie mogę zrozumieć, jak można bagatelizować łamanie prawa w analogicznych sytuacjach w Parlamencie. O wiele gorszy, bo demoralizujący, był komentarz pana posła. Już przez sam fakt, że złamane zostało prawo na oczach całego społeczeństwa - moralnie nie jest w porządku.