Nowelizacja 500 + (będzie bubel?).

 
 
 
 
W czasie kampanii wyborczej, kiedy słyszałam o tych pięciuset złotych na każde dziecko, pierwsze o czym pomyślałam (wiem, prawnik) – to było: a jak to miałby się do spraw alimentacyjnych? Takie pieniądze byłyby czymś ekstra, traktowanym zapewne podobnie jak inne świadczenia ZUS. Tak sobie pomyślałam.

Tylko wówczas mowa była o 500 zł na KAŻDE dziecko. A to zmienia postać rzeczy z sposób zasadniczy.

Jeśli chodzi o ideę całej akcji 500 zł, to muszę przyznać, że jakkolwiek nie jestem z pewnością fanką wręczania ludziom pieniędzy i znalazłoby się moim zdaniem pięćset (plus) możliwości innej formy pomocy, to jednak jednocześnie jest według mnie bardzo pozytywne, że po ponad ćwierćwieczu wolnej Polski w końcu ktoś zauważył, że warto pomóc polskiej rodzinie – całej rodzinie. Rozumiem ten program jako inwestycję państwa polskiego w edukację i wychowanie dzieci, które mają następnie – za kilka lat – zacząć utrzymywać społeczeństwo. Jako matka trójki dzieci, jakby to banalnie nie brzmiało, czuję, że ktoś docenił wysiłek naszej rodziny w inwestowanie w przyszłość społeczeństwa.

Czytamy w ustawie, że celem świadczenia 500+ jest częściowe pokrycie wydatków związanych z wychowywaniem dziecka, w tym z opieką nad nim i zaspokojeniem jego potrzeb życiowych. Świadczenie to przysługuje matce, ojcu lub opiekunom dziecka. Z uzasadnienia zaś projektu do tej ustawy, możemy się dowiedzieć, że pomoc finansowa kierowana jest do rodzin wychowujących dzieci. Z uzasadnienia projektu dowiadujemy się jeszcze, że „wykształcenie i przygotowanie do życia dzieci wiąże się z dużym obciążeniem finansowym dla osób, u których pozostają one na utrzymaniu, w szczególności w rodzinach wieloosobowych”, w związku z czym niezbędne staje się wprowadzenie rozwiązań które istotnie zmniejszą ewentualne bariery finansowe.  W wielu miejscach uzasadnienia w kółko powtarza się to samo, co można skrócić następująco: dzieci są drogą inwestycją, więc aby zachęcić ludzi do dzietności, państwo będzie odciążać częściowo rodziców w trudach finansowych związanych z ich utrzymaniem i wykształceniem.
 

Muszę nawet powiedzieć, że w tej formie – jako pomoc rodzinom wielodzietnym – a nie poszczególnym dzieciom, ma to ręce i nogi. W tym sensie, nawet fakt, że „pierwsze dziecko” gdzieś zaginęło – z punktu widzenia integralności pomysłu (a nie rozliczania obietnic wyborczych) – stał się poniekąd uzasadniony. Z ciekawością przejrzałam ustawę (i uzasadnienie projektu) i trochę zaskoczyła mnie fala dyskusji na temat relacji obowiązku alimentacyjnego do tych świadczeń. Prawnicy podzielili się na 2 obozy: jeden opowiadający się za koniecznością obniżania alimentów, drugi, twierdzący, że jest to świadczenie podobne do zasiłków i powinno nie być w ogóle brane pod uwagę przy określaniu obowiązku. Przysłuchiwałam się tym dyskusjom wśród kolegów-prawników, jednocześnie zaś z podziwem traktowałam profesjonalizm ustawodawcy w tym zakresie: że sprawę taktownie przemilczał, zostawiając, jak to w takich wypadkach należy, indywidualne przypadki rozstrzygnięciom sądów. Co innego, gdyby te 500 zł miało być „na każde dziecko” – wówczas pokuszenie się o ustanowienie reguły „na sztywno” mogłoby mieć rację bytu. 
 

Już wyjaśniam, o co chodzi.
 

Załóżmy, że poznajemy Krystynę i Jana. Szaleńczo się kochają i zakładają rodzinę. Są wariatami, bo nie słyszeli jeszcze o żadnym programie 500+, a i tak decydują się na dzieci. Na świat przychodzą trojaczki: Anna, Karol i Zosia. Niestety, po kilku latach okazuje się, że z winy teściowej małżeństwo Jana i Krystyny rozpada się. Małżonkowie rozstają się, pozostają jednak w poprawnych relacjach. Oboje rodzice bardzo kochają swoje dzieci. Są to bardzo zadbane dzieci. Zdecydowali, że Krystyna będzie się nimi opiekowała w tygodniu (Jan pracuje do późna), zaś Jan spędza z dziećmi czas w prawie każdy weekend, czasem też w tygodniu wieczorem. Wspólnie ustalają, że Jan będzie w całości pokrywał wydatki na dzieci. (Krystyna i tak musi iść do pracy na kawałek etatu, żeby zarobić na utrzymanie siebie.)
 

Po kilku latach tego stanu, stosunki pomiędzy Krystyną i Janem ulegają kolejnym falom ochłodzenia. W celu zapewnienia 100% pewności, że Jan będzie nadal płacił alimenty, Krystyna zwraca się do sądu o ustalenie tego obowiązku.
 

Teraz UWAGA! WAŻNA INFORMACJA, o której ewidentnie nie wszyscy wiedzą: alimenty to nie jest „kara dla Jana”. Jest to świadczenie, które ma obowiązek łożyć rodzic na dziecko, które żyje z nim w rozłączeniu, aby ono mogło się rozwijać, rosnąć, kształcić się. Ustalając zaś wysokość obowiązku alimentacyjnego, sąd bierze pod uwagę 2 czynniki: po pierwsze – usprawiedliwione potrzeby dziecka; po drugie – możliwości zarobkowe rodzica obciążonego obowiązkiem alimentacyjnym.
 

DRUGA UWAGA jest taka, że wedle moich obserwacji wcale nie jest tak, że ludzie zazwyczaj nie mogą się dogadać co do sposobu i formy opieki nad dziećmi. Zazwyczaj mogą, w sporze jest jakiś procent, z którego jakiś procent ląduje w sądzie, z którego jakiś procent dopiero alimentów nie płaci. Statystyki zaczynają się od tych, co już trafili do sądów.
 

I                  Wariant I: Krystyna i Jan byli dosyć zasobni
 

Załóżmy, że dotychczas Jan na każde dziecko płacił po 2.000 zł. No cóż, kwota niemała, ale wiadomo: żagle, narty, prywatna szkoła, niania (Krystyna poszła do pracy), języki obce. Jan chce dla dzieci wszystkiego, co najlepsze. Najwyżej czasem rezygnował z własnego urlopu, ale dzieci zawsze były zabezpieczone.
 

Sąd w takim wypadku najprawdopodobniej zasądziłby taką właśnie kwotę, na jaką rodzice umówili się, jako stały obowiązek alimentacyjny Jana. Sąd uznałby, że potrzeby dzieci są w pełni zaspokojone.
 

Anna: 2000 zł
 

Karol: 2000 zł
 

Zosia: 2000 zł

 
 

II                Wariant II: Krystyna i Jan nie narzekali na poziom życia, jednak rozstanie znacznie powiększyło ich indywidualne koszty – i nie jest zbyt lekko
 

Jan, jak już było to powiedziane, bardzo kocha swoje dzieci, toteż do czasu uregulowania obowiązku alimentacyjnego przynosił Krystynie znaczną część zarabianych przez siebie pieniędzy. Nie miał jednak regularnej pracy, więc czasem było to kilka tysięcy złotych, czasem znacznie mniej. Ogólnie trudno było stwierdzić, ile średnio Jan płacił, poza tym Krystyna uważała, że było to zdecydowanie za mało.
 

Sąd musiał więc samodzielnie ustalić obowiązek alimentacyjny. Biorąc pod uwagę potrzeby dzieci, sąd uznał, że każde z dzieci  ma potrzeby na poziomie 1.500 zł (dzieci miały rozpoczęte kursy, lekcje dodatkowe, z „lepszych czasów”, kiedy małżonkowie żyli wspólnie).  Jednak sąd przyjrzał się sytuacji Jana: niestety jego możliwości zarobkowe nie pozwalały na zasądzenie tak dużej kwoty. Wobec tego sąd zasądził dla każdego z dzieci po 1.000 zł. Nie wszystkie potrzeby dzieci są teraz realizowane, dziewczynki zrezygnują z tańców i basenu, a Karol z piłki. Na wakacje wyjadą do babci, a nie na Teneryfę.
 

Anna:1000 zł
 

Karol: 1000 zł
 

Zosia: 1000 zł
 

III Mamy jeszcze koleżankę Krystyny, Grażynę, która widząc, jak odmłodniała jej przyjaciółka po rozstaniu z mężem, również postanowiła porzucić swego partnera i zażądała od niego alimentów dla małej Andżeliki. Tata Andżeliki jest dość zasobnym mężczyzną, poza tym mała to jego jedyna pociecha, toteż nie było problemu z uzyskaniem od niego 2.000 zł miesięcznie dla tego aniołka.
 

Co dzieje się z datą zafunkcjonowania ustawy 500+ w każdej z tych sytuacji? (Mówimy o obecnym, brzmieniu tej ustawy! O potencjalnej nowelizacji – za chwilę).
 

W wariancie I (bogaty Jan, dzieci mają zasądzone po 2000 zł): sąd powinien obniżyć alimenty płacone na dzieci przez Jana: dotychczas to na Jana barkach spoczywał cały ciężar finansowania kształcenia i rozwoju dzieci, w niczym nie uchybił jako ojciec, wiele osobistych wyrzeczeń kosztowało go regularne płacenie tak wysokich alimentów, potrzeby dzieci są zaspokojone w każdym aspekcie. Jan i Krystyna cieszą się, że państwo postanowiło wesprzeć ich rodzinę.
 

Anna: 2000 zł (I dziecko, bez 500+)
 

Karol: 1500 zł – zobowiązując matkę do uzupełnienia wydatków w pozostałym zakresie kwotą uzyskanego świadczenia z tytułu 500 +
 

Zosia: 1500 zł - zobowiązując matkę do uzupełnienia wydatków w pozostałym zakresie kwotą uzyskanego świadczenia z tytułu 500 +
 

W wariancie II (biedniejszy Jan), sąd nie powinien niczego zmieniać w wyroku. Jan powinien dalej płacić po 1.000 zł – potrzeby dzieci będą prawie zaspokojone. Mama zapewne rozdzieli dodatkowy 1.000 zł z programu 500+ pomiędzy trójkę i dzieci powrócą na utracone kursy.
 

W wariancie III (Andżelika) – nic się nie zmienia, Andżelika jest jedynym dzieckiem swoich rodziców.
 

Dwa dni temu ujrzałam tam następujący komunikat na stronach rządowych:
 
 

www.ms.gov.pl

  

Pal licho profesjonalizm, kontekst i cel oświadczenia. (Czy Ministerstwo chce wpłynąć na sądy, jak maja obecnie orzekać? To jakaś wersja „autentycznej wykładni prawa” – czyli takiej, która dokonywana jest przez jego autora?). Być może tylko w swojej naiwności wierzyłam, że nieporuszenie kwestii obowiązku alimentacyjnego w ustawie jest słusznym zamierzeniem ustawodawcy. Pozostaje mi jednak wierzyć, że ktoś w Ministerstwie się pomylił, parlamentarzyści będą decydować mądrzej. 
 

Niestety, pomylić się musiał też i Pan Prezydent, bo jego projekt nowelizacji ustawy w tym zakresie jest już podobno od wczoraj w sejmie.
 

Tyle razy powtarzana zasada: nie zmieniajcie prawa tylko nauczcie się je mądrze stosować – może zadziała, a może nie.
 

Jeśli powyższa mądrość nie zadziała (czego możemy się obawiać, patrząc na tempo komunikatów) - jakie nowelizacja przyniesie skutki dla poznanych przez nas bohaterów?
 

W wariancie I) – Anna będzie nadal otrzymywać 2000 zł, Karol – 2500 , Zosia 2500 zł
 

W wariancie II ) – Anna 1000 zł, Karol 1500 zł, Zosia 1500 zł
 

Wszystkiemu przyglądać zaś się będzie Andżelika, która może zauważyć, że świadczenie 500 + nie jest jednak świadczeniem dla rodziny wielodzietnej (skoro Jan został pominięty) tylko dla drugiego i kolejnego dziecka. Może się to jej nie spodobać i może wnieść skargę do Trybunału Konstytucyjnego na taką nierówność wobec prawa. Ciekawa jestem, jak będzie się tłumaczyć temu aniołkowi, że kolega Karolek ma 2.500 zł, a ona dalej 2.000 zł. Podobnie jak Jan, wzorowy tata, który poczuje się zapewne „ukarany” – jego dzieci żyją ponad stan, a on od tylu lat, pomimo świetnych zarobków, nie miał urlopu. Czy Jan nie jest częścią rodziny, której państwo udziela wsparcia? Podejmuję się poprowadzenia sprawy przed Trybunałem Konstytucyjnym – zarówno w imieniu Jana, jak i Andżeliki. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego będzie zaś następnie stosowany  przez sądy powszechne, w to nikt nie powinien wątpić.

13 komentarzy:

  1. Fajny artykuł, ciekawe wyliczenia i analiza. Osobiście mam jednak inne spostrzeżenia a to zapewne dlatego, że znane mi jest bardziej środowisko, w którym żadne dziecko nie ma świadczenia w takiej wysokości, ponieważ niewiele więcej lub tyle zarabiają ojcowie.
    W tym kontekście to faktycznie lepiej, żeby sądy już w tych bida alimentach dodatkowo nie grzebały.
    Inne też mam spostrzeżenia co do samej ustawy. Po pierwsze odmiennie uważam, że jak to ujęłaś, rozdawanie pieniędzy" jest bardzo wskazane. Aktywnie działam na rzecz gwarantowanego dochodu bezwarunkowego. A inne formy pomocy, o których piszesz uważam wówczas za ewentualnie dodatkowe w wyjątkowych sytuacjach zależnie od wysokości dochodu podstawowego lub zbędne gdyby był w sensownej wysokości. Pomoc społeczna w formie, takiej w jakiej jest uważam przyczynia się do zwiększania wykluczenia społecznego.
    Dokładnie odwrotne poglądy mam również na 500+. Jako element pozytywny tego pomysłu uważam jedynie fakt, że wreszcie ludzie zrozumieją, że budżet nie zawali się ani nikt nie odczuje bycia płatnikiem w kontrze do bycia beneficjentem pomocy powszechnej, bezwarunkowej. O czym jeszcze niedawno wszyscy byli przekonani a szczególnie liberalni ekonomiści. (Przypomnijmy sobie jak zbolałą minę miały były premier w trakcie medialnego okpiwania narodu, w sprawie zasiłków opiekuńczych, gdy matki z niepełnosprawnymi dziećmi koczowały w Sejmie, premier kupował publisię troską o finanse Państwa). Zatem w tym kontekście 500+ może zrobić sporo dobrego. Co do intencji to już niestety ja nie potrafię się dopatrzeć żadnej innej niż realizacji nośnego hasła z kampanii wyborczej, najmniejszym możliwym kosztem. Gdyby dano rzeczywiście rodzinom wielodzietnym czyli dopiero na 3 dziecko, to miałoby się nijak to hasła z kampanii a zbyt duży obszar elektoratu byłby się obraził. Na każde to jednak koszt zbyt duży. Gdyby kazać udowadniać dochód gubiłby się kontekst powszechności plus koszty organizacji i tu znów za duże koszty. Znaleziono więc kompromis, który gdyby został umiejętnie nazwany może by tak nie doskwierał tymczasem pozostały mgliste wyjaśnienia, niejasne intencje a właściwie jasne tylko dlaczego mają je rozumieć dzieci? W mojej ocenie po zasłyszeniu jak one same to odbierają, zapewne dzięki mediom i rodzicom, widzę, że one czują w tym jawną niesprawiedliwość. Dzieci podzielone na lepsze i gorsze, bliźniaki licytujące się które urodziło się pierwsze tak jakby miały inne żołądki i inne potrzeby.I dokładnie tak zostały potraktowane. Wsparcie rodzinie potrzebne jest w Polsce bardzo. Niesprawiedliwość będzie zawsze. Państwo nie poradzi nic na to, jak bardzo mają one nierówne szanse, jak mocno ich przyszłość zależy od tego ile zarabiają ich rodzice. I dodatkowo dostają od Państwa sygnał, że są gorsze jeszcze z tego powodu, że są jedynakami, pierwszymi dziećmi w rodzinie lub dziećmi drugimi, których rodzeństwo skończyło lat 18 (jakby to sprawiało, że już nie kosztują). Dla mnie to najbardziej perfidne działanie władzy w ostatnich latach. Większość ludzi i tak jest zadowolonych, bo większość jakieś wsparcie otrzymała. Ale niechby każdy rozumiał, że to tylko mechanizm polityczny nic więcej. I gdyby chodziło o dzieci, dostałyby mniej ale wszystkie. Gdyby chodziło o wsparcie rodzin wielodzietnych, nie tyczyłoby się to rodzin z dwojgiem dzieci albo nie kreowało kwiatków jak w przykładach z artykułu. A gdyby chodziło o przyrost demograficzny to wsparcie powinno być raczej skierowane do rodzin bezdzietnych i singli, bo to tu jest potencjał prokreacyjny.
    Więc to tylko : nośne hasło, na którym wygrali wybory, potem pozorne wywiązanie z wyborczej obietnicy i grunt pod kolejne hasło wyborcze jacy to są słowni...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero od 2 dzieci rodzina zaczyna mieć pozytywny (choć "pozytywny" to tak naprawdę "neutralny") wpływ na przyrost naturalny w kraju. I to chyba jasne, że więcej wydatków ma rodzina z 2 dzieci, niż z 1 dzieckiem? A pieniądze dostają rodzice na dzieci, nie dzieci, pisanie o tym, że "pierwszemu dziecku jest przykro" to jakiś kompletny absurd, naprawdę.

      Usuń
    2. Zgoda, w przypadku jednak, gdyby doszło do nowelizacji w proponowanej formie, to już nie tak do końca absurd, moim zdaniem. Pozostając w konwencji przykładu - Jan nic nie uzyska, choć to on ponosi finansowo największe koszty. Czyli wychodziłoby na to, że jednak pieniądze miałyby otrzymać dzieci ;-)

      Usuń
    3. Ja się całkowicie zgadzam z tym, że nowelizacja nie powinna wejść w życie, dyskutuję tu tylko z argumentem o pierwszym, poszkodowanym dziecku. To prawda, że nie Jan dostanie pieniądze, ale też nie dzieci, tylko matka na dzieci. Zakładanie, że matka da drugiemu dziecku więcej niż pierwszemu to demagogia na potrzeby udowodnienia określonej tezy.

      Usuń
    4. :-) Posługując się tymi nieco przerysowanymi przykładami a artykułu, to Andżelika czuje się poszkodowana. Ona tylko obserwuje dzieci z rodziny obok i widzi, że żyją ponad stan - ich ojciec musi płacić w całości na wszystkie potrzeby, a one i tak dostają jeszcze po 500 zł. Andżelika jest wobec tego zdania, że to jednak nie pomoc dla rodziny wielodzietnej (w takim przypadku Janowi obniżono by alimenty), jak próbowano jej tłumaczyć, tylko dla konkretnych dzieci.

      Usuń
    5. Dopiero od 2 dzieci rodzina zaczyna mieć pozytywny (choć "pozytywny" to tak naprawdę "neutralny") wpływ na przyrost naturalny w kraju. I to chyba jasne, że więcej wydatków ma rodzina z 2 dzieci, niż z 1 dzieckiem? A pieniądze dostają rodzice na dzieci, nie dzieci, pisanie o tym, że "pierwszemu dziecku jest przykro" to jakiś kompletny absurd, naprawdę.

      Naprawdę to jakiś fakt bezsporny, że większe wydatki ma rodzina z dwójką dzieci niż z jednym? Zapewne o 500 zł właśnie? A rodzina z trójką ma tych wydatków więcej o 1000? Natomiast z czwórką o 1500?

      Kto to wyliczył?


      To takie oczywiste, że więcej wydatków oznacza bardziej uzasadnioną potrzebę wsparcia???? Niejedna rodzina z dwójką czy trójką dzieci ma mniejsze wydatki niż rodzina z jednym.


      Jedni moi znajomi wydają po 3000 zł na dziecko miesięcznie, mają trójkę. Inni wydają 500 zł na jedno, mają jedno. Wydają tyle bo niewiele więcej zostaje im po opłaceniu rachunków na życie. Rzeczywiście mają małe wydatki więc nie potrzebują wsparcia. Ci pierwsi mają duże wydatki i im się przyda. Nie pogardzą, na pewno uda się je wydać, albo odłożyć na studia, względnie wziąć kredyt na mieszkanie i niech się spłaca.

      Niestety w większości rodzin to kwestia podstawowych potrzeb. I niestety z ustawy wynika, że samotna matka pracująca na kasie w supermarkecie będzie finansowała egzotyczne wakacje czy tenisa bliźniaków sąsiadów ze swoich podatków. Czy ona ma mniejsze wydatki na dziecko. Oczywiście, że tak! Bo skąd miałaby wziąć na większe wydatki?


      Wkurzają mnie brednie wypisywane jako argumenty. Nie jestem utopistką. Wiele niesprawiedliwości musimy akceptować, bo na razie nie potrafimy znaleźć społecznego poparcia dla ich naprawienia lub choćby zmniejszenia. Ale ludziom należy się sensowna argumentacja. Tymczasem zachowujemy się jak bezmózgi tłum, który pozwala sobą manipulować i to za pomocą bardzo długiego kija i nadgryzionej marchewki.

      Anna

      Najgorsze jest to, że ustawodawca sam nie potrafi nazwać i uzasadnić własnej intencji.

      Usuń
    6. Doskonale rozumiem emocje, jakie towarzyszą realizacji omawianej ustawy. Zgoda, że pytania przez Ciebie stawiane, mogą same cisnąć się na usta. Nie chciałabym jednak wchodzić w dyskusję, czy ustawa jest sprawiedliwa czy nie, bo przekracza to ramy (i cel) niniejszego bloga. Na temat rozwiązań politycznych, trzeba z politykami toczyć dyskusje ;-) Ja jedynie zwracam uwagę, że z punktu widzenia prawa wprowadzenie nowelizacji wprowadzi kolejne, zupełnie niepotrzebne niesprawiedliwości. Pozdrawiam!

      Usuń
    7. Możesz napisać ze swojego punktu widzenia dlaczego dyskusja na temat nowelizacji nie przekracza a na temat samej ustawy przekracza ramy bloga? Oczywiście poza tym, że jesteś jego autorką i te ramy wyznaczasz ale jest spora szansa, że pozostaniesz również jego czytelniczką jeśli masz problem z dyskutowaniem na tematy niewątpliwie zbieżne z treścią.

      Usuń
    8. Tak, chętnie mogę to wyjaśnić. Nowelizacja ma zostać wprowadzona w związku z błędną interpretacją, zupełnie sprzeczną z zasadami myślenia wykształconego prawnika-praktyka, obecnej ustawy. Interpretacją istniejących ustaw, w celu ich praktycznego stosowania, zajmują się właśnie m.in. adwokaci (właściwie, to zajmują się nią sądy, ale adwokaci przedstawiają sądom swoje stanowiska, starając się, aby sądy interpretując brały właśnie pod uwagę konkretny punkt widzenia). Ponieważ jeszcze do nowelizacji nie doszło, przedstawiam tu taki właśnie "punkt widzenia" - czyli robię mniej więcej to samo, co robiłabym w sądzie. Liczyłabym na to, że przeczytają to ludzie, którzy nie zgodzą się na nowelizację. Zaś krytykowanie samej ustawy, zwłaszcza zaś aksjologii, jaka za nią stoi, wykracza poza taką dyskusję, zwłaszcza, że byłaby to krytyka dla krytyki, bez żadnego rezultatu czy potencjalnego celu i nie miałaby wiele wspólnego z prawem.

      Usuń
  2. Dziękuję za dogłębna analizę i rzeczowy komentarz. Przykłady w tekście są specjalnie z "górnej półki" - ponieważ w przypadku, gdy zasądzone alimenty nie wystarczają na realizację potrzeb dziecka (jak w opisywanym przez Ciebie środowisku) - ich wysokość nie powinna ulec zmianie (być obniżana) ze względu na świadczenie 500+. Chodzi mi tu wyłącznie o wyjaśnienie, że nie ma żadnej potrzeby wprowadzania przepisu, który miałby zabraniać uwzględniania tych 500 zł w ustalonym obowiązku alimentacyjnym. Taki przepis będzie bardzo szkodliwy po prostu. Co do pozostałych spraw - nie chciałabym upolityczniać dyskusji ;-) bardzo pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale rozumiem. Ja też nie chciałabym upolityczniać dyskusji. Tu oczywiście chodzi o politykę i trudno traktować tę ustawę w oderwaniu od niej. Mityczny ustawodawca to niestety bardzo realny obecny rząd. Ale też nie chciałabym by to zabrzmiało jak PeOwska demagogia. Wręcz przeciwnie. Szczerze życzyłabym sobie by interes polityczny miał jak najmniejszy wpływ na nasze życie.

      Anna

      Usuń
  3. Tak to niestety będzie wyglądało zanim (o ile) uda się to wszystko udoskonalić i dopasować do każdej sytuacji. Dobrze, że są prawnicy tacy jak Pani, którzy pozwalają otoczeniu na zrozumienie pewnych sytuacji :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziękuję za miłe słowa. Obserwujemy, jak praktyka mierzy się z tematem obecnie. Różnorako ;-). Przyjdzie z pewnością czas na uspokojenie i jednomyślność orzecznictwa. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za Twój komentarz :-)